Sauriel był zdziwiony. Ale nie tym, co mówili towarzysze, tylko tym, że był przekonany, że wszystko jest dogadane i teraz zostało jedynie powiedzieć każdemu, kto co ma robić. Najwyraźniej nie było. Czy mu to przeszkadzało? Tylko w stopniu, w którym naprawdę nie znosił wszystkich tych mądrych głów, które nagle zbierały się i radziły, co dalej, jak to zrobić i każdy próbował być najmądrzejszy. I nie to, że nie byli, czy że mieli złe pomysły. Po prostu tworzyła się z tego burza mózgów i paplanina, w której nie chciał uczestniczyć. A skoro nie chciał - nie uczestniczył. Nie wywrócił oczami tylko dlatego, że wyjątkowo spodobało mu się to, co tamci mówią, bo mówili z sensem. To jest - każdy swoim. Mieli prawo nie wiedzieć, że "wielki" Czarny Pan (który według Sauriela miał po prostu przerost ego nad własnym kutasem i bogowie, oby nikt tej myśli nigdy nie odkrył, bo sam się jej bał) chciał "przesłanie". Socjopata, który dorwał się do władzy i z jakiegoś kompletnie niezrozumiałego dla Sauriela powodu - ludzie za nim podążali. Sam to robił, więc hipokryzja, tak? Troszkę - gdy nie znało się przyczyn. Bo dla Sauriela nie było niezrozumiałe to, że ktoś próbował coś za tym ugrać, na ten przykład. Czy rządził nim strach - dlatego biegał jak pudelek za tym... no dobra, to trzeba powiedzieć - przystojniakiem. Niezrozumiałe dla niego było to, że z przekonań o czystości krwi można było zamienić się w takiego pojebanego potwora. I za tym potworem latać.
Był za to bardzo ciekaw, czy teraz wyszedł on sam na kompletnego zwyrola i szaleńca. To, że się za takiego nie uważał, nie oznaczało, że nim nie jest, tak? Choć tak teraz to było dla niego wręcz żartobliwe. Ludzie mieli różny próg strachu, co było jednak faktem to to, że najbardziej przerażało nieznane. Niepewne. Jak to Wilhelm słusznie zresztą przedstawił. Zamiast jednak się wdawać w dyskusje Sauriel oparł się o stół i uśmiechał tylko pod nosem słuchając tego. Mogło to wyglądać na kpiące, ale jak zostało napisane - podobało mu się. Więc tak naprawdę było to uznaniowe.
- Oooch, już mnie tak nie przeceniaj, Słodziaku. - Machnął lekko rączką niczym nadobna niewiasta, która zaraz się miała zarumienić i zawstydzić na słówka o tym, że stać go na więcej. Może. Ale do tego musiałoby mu się chcieć. A nie chciało. Dla niego przedstawiony plan był absolutna prostotą, która nie wymagała od niego więcej pomyślunku niż parę sekund. Skoro ktoś chciał przekaz, to musiał być dosadny. - Ja "nie sądzę", że aurorzy by się nad tym głowili. Ja wiem. - Smirknął. Znał protokoły i znał sposób działania aurorów. Aurorzy nie przychodzili żeby sprzątnąć i już. Rzeczy były poddawane analizom. Ale nie każdy musiał o tym wiedzieć, a Sauriel nie zamierzał niczego tłumaczyć ani nikogo przekonywać. Nie był tu od tego. Tak samo jak nie był tu od wymyślania czegokolwiek.
- Nie bardzo. - Dodał co do tego pytania Roberta czy wszystko jest zrozumiałe. Bo nie było. - Na szczęście nie muszę wszystkiego rozumieć. - Odbił się od stołu. - Ja się na transmutacji nie znam. Ale wiem, gdzie można się pozbyć ciała. - W najbardziej łobrzydliwym i niedopuszczalnym do głowy Śmierciożerców miejscu. U mugoli. - Powodzenia, młody. - Wystawił w kierunku Stanleya kciuk w górę. - Nie spierdol się z rowerka, bo jeszcze przyjdzie mi polować na ciebie. - Zamiast na aurorów, na ten przykład. Sauriel uśmiechnął się pięknie w kierunku Stanleya, po czym spojrzał na Wilhelma. - Budynek? - Zapytał skrótowo. W razie konieczności wyjaśnienia dodał je: - Czy zajmiesz się budynkiem.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.