• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Pokój Życzeń Sny [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy

[09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#24
23.12.2025, 14:24  ✶  
Stałem prosto, z ogniem za plecami i tym irytującym poczuciem, że rozmowa przyspiesza szybciej, niż powinienem na to pozwalać. To było dziwne, drażniące i przyjemne jednocześnie, jak rozciąganie mięśni, których dawno się nie używało, bez cienia wątpliwości było między nami miejsce na słowa, na ironię, na to drobne przeciąganie liny, podobało mi się to bardziej, niż mógłbym przyznać.
- Rozumiem, lubisz szufladki. Świat jest wtedy mniejszy, bardziej przewidywalny, daje poczucie kontroli. - Uniosłem lekko głowę, jakbym przyjmował do wiadomości coś, co już dawno podejrzewałem. Kiwnąłem, uznając punkt, choć nie zamierzałem się cofać. - Ja z kolei lubię, kiedy się z nich wysypuje zawartość. - Wzruszyłem ramionami. - Bo widzisz, problem z „normą” polega na tym, że zwykle opisuje coś martwego, spreparowanego, a ja mam alergię na formalinę. - Parsknąłem cicho, bardziej z niedowierzaniem niż z irytacją, to był ten moment przed burzą, kiedy jeszcze wszystko iskrzyło, ale nikt nie spodziewał się, że zaraz poleci grad. - Nie mieszczę się, bo nie próbuję, nie za bardzo nadaję się do gabloty. - Dodałem, wszystko było ostrzejsze, lżejsze jednocześnie, jakby świat dawał nam kredyt na bezczelność.
Słuchałem jej uważnie, z tym skupieniem, które zwykle zostawiałem na momenty, kiedy ktoś naprawdę próbował mnie rozebrać na części pierwsze, a nie tylko wygrać rozmowę. Ona machnęła ręką, więc odbiłem piłeczkę bez zwłoki, zrobiło się szybciej, słowo na słowo.
- Nie ustawiasz mnie, jasne. - Prześmiewczy ton wślizgnął się sam. Mówiła gładko, z przekonaniem, jakby każda kolejna linia była już wcześniej przećwiczona, a ja byłem kolejnym przypadkiem do sprawdzenia w terenie. - Tylko próbujesz mnie przypiąć do tablicy korkowej, bo jednocześnie aż skręca cię potrzeba, żeby mnie jednak jakoś nazwać. A ja nie jestem motylkiem. Prędzej czymś, co wyrywa szpilkę i ucieka przez okno. - Pauza, krótka, napięta. Kosa i kamień, dwa twarde materiały - iskry nie brały się znikąd. - To adaptacja w najprostszej formie. - Ciągnąłem, ostrzej, ale z błyskiem rozbawienia. - „Taki” to zresztą moja ulubiona kategoria, dziękuję bardzo. - Podchwyciłem natychmiast. To było… Interesujące. I drażniące. - Bardzo pojemna. Zwykle trafiają do niej rzeczy, które są niewygodne, ale ciekawe. Albo ludzie, których nie da się przewidzieć na trzy ruchy do przodu. - Spojrzałem na nią uważniej, z tym samym niepokojącym zainteresowaniem, które pojawiło się między słowami dużo wcześniej, bo jeszcze nie zdecydowałem, czy pozwolić sobie na obrót na pięcie i odejście, czy kopnąć stół i patrzeć, jak notatki lecą na ziemię. - Może po prostu twoja skala nie obejmuje wszystkiego. I to nie jest mój problem. - Wzruszyłem ramionami, z tym półuśmiechem, który mówił „nie biorę tego do siebie”, chociaż brałem aż za bardzo. - Nie jestem z tych, co dobrze znoszą klatki, nawet te eleganckie. Ja z tym akurat potrafię żyć. - Przeniosłem ciężar z jednej nogi na drugą, ogień trzaskał, a rozmowa zaczynała przypominać napiętą linię lotu nad stromo ukształtowaną doliną.
Deklaracja, że „od początku nie mogło się udać”, trafiła we mnie jak kamień rzucony zbyt wcześnie - nie zabolało, ale obudziło przekorę.
- To zabawne - nie zaprzeczyłem, nie zaśmiałem się nawet - mówisz o lataniu i o gotowości na upadek, a jednocześnie ogłaszasz porażkę, zanim cokolwiek faktycznie się wydarzyło. Brzmi mniej jak odwaga, a bardziej jak zabezpieczenie wyniku. - Parsknąłem krótko, bardziej nosem niż śmiechem, bo to kolejne zdanie trafiło dokładnie tam, gdzie nie powinno, a ja nie miałem zamiaru udawać, że tego nie poczułem. Gotowałem się pod skórą, ale na zewnątrz pozwoliłem sobie tylko na krzywy uśmiech, ten, który pojawiał się zawsze, kiedy ktoś próbował mnie przyszpilić.
- Doświadczenie? Owszem. Z ptakami, które udawały delikatne, a potrafiły dziobać do krwi. Dlatego w przeciwieństwie do ciebie wolę wiedzieć, kto naprawdę siada na żerdzi, zamiast liczyć skrzydła w tłumie. - Odparłem bez pośpiechu, uśmiech wrócił, tym razem ostrzejszy. Oparłem się ciężarem na pięcie, bliżej ognia, jakbym chciał zaznaczyć przestrzeń, a nie ją skrócić. - Nie stoję tu, żeby piać. Ani przed tobą, ani przed sobą. - Zaprzeczyłem, po raz kolejny wzruszywszy ramionami, w moim tonie wciąż była zaczepka. - Stoję, bo rozmowa jest ciekawsza niż większość rzeczy, które oferuje ten karmnik. Rzadko trafia się ktoś, kto potrafi krążyć tak blisko, nie próbując od razu usiąść na grzędzie. To przyciąga uwagę, nawet jeśli człowiek nie planował jej nikomu poświęcać. - „Kogucik”. No jasne. - Dzięki za troskę o mój spokojny sen. - Powiedziałem sucho, z cieniem ironii. - Zawsze miło wiedzieć, że ktoś tak uważnie analizuje moje nocne perspektywy. - Parsknąłem krótko i skinąłem głową, jakby właśnie odhaczyła jakiś punkt na liście. - Pełny karmnik to jeszcze nie dowód życiowego powodzenia, brzmi dumnie, dopóki nie zajrzysz bliżej. Czasem to tylko znak, że ktoś sypie ziarno byle komu. - Przechyliłem głowę, przyglądając jej się uważniej, bo właśnie potwierdziła coś, co i tak już chyba wiedziałem o kobietach w takich miejscach, chociaż miałem naiwną nadzieję, że nie dotyczyło to każdej, najwyraźniej moje instynkty wyjątkowo mocno dziś szwankowały. - Ja wolę mieć pusto i wybrednie niż tłoczno i bez smaku. Serio. Nie mam w zwyczaju połykać komentarzy tylko dlatego, że kogoś drażni bezpośredniość. Jak to ma cię razić, to masz rację, zmarnowalibyśmy sobie czas. W takich warunkach wolę wrócić do namiotu i zająć się sobą, niż udawać, że to prowadzi dokądkolwiek sensownego. - Spojrzałem na nią spod rzęs, po czym uniosłem ramiona w teatralnie bezradnym, ale w pewnym sensie szczerym geście, bez cienia zażenowania i skruchy. - Jeśli mam wybierać między byciem kolejnym ptakiem w czyimś mentalnym rejestrze a świętym spokojem… To wolę sobie zwalić i iść spać. Sam ze sobą nie muszę negocjować granic, nie muszę zgadywać gatunku ani udawać, że chodzi o coś innego. To nie ujma na honorze. Za to trochę gorzej znoszę hipokryzję. - Uniosłem kącik ust w czymś, co było bardziej ironią niż uśmiechem. - Ujmą jest pakowanie się w cudze gniazda i nazywanie tego „wolnością”. Połowa tych ptaków, które tak chętnie liczysz, ma już obrączki na łapach. Jedne błyszczą bardziej, inne są sprytnie schowane, ale nadal tam są. To dopiero ryzykowny inwentarz. Jeśli natomiast masz to rzeczywiście tak kompletnie w dupie, jak sugerujesz, to życzę powodzenia i dobrej zabawy. Tym bardziej się nie dogadamy. - Odwróciłem lekko głowę, sprawdzając obóz za jej plecami, jakby sprawa była zamknięta. Miałem sporo za uszami, nie dało się ukryć, nawet na samym początku tej nocy umówiłem się z nią na coś bez zadawania zbędnych pytań o jej status, najwyraźniej bardzo debilnie zakładając, że nie musiałem… No, cóż, przynajmniej wiedziałem, kiedy odlecieć, zanim ktoś zacznie mnie traktować jak rezerwowe piórko w cudzym ogonie.

Katastrofa zrobiła z nas dwoje ludzi, którzy nie mieli już siły na ciąg dalszy wojny, zostało coś cichszego, miększego, podszytego świadomością, że przed chwilą los mógł nas zwyczajnie wykreślić. Kiedy przesunąłem dłoń na jej ramieniu, zrobiłem to odruchowo, bardziej jak sprawdzenie, czy nadal tu ze mną mentalnie była, niż jakikolwiek gest zaplanowany. Poczułem, że się nie odsunęła, wręcz przeciwnie, przysunęła się bliżej, ciężar jej ciała ułożył się pewniej, a ja zorientowałem się, że wstrzymany wcześniej oddech w końcu ze mnie schodzi.
- Wiesz, to nie jest aż tak sprzeczne, jak brzmi. Krąg bez rdzenia jest pusty, a rdzeń bez granicy potrafi zeżreć wszystko dookoła. Różne metody, ten sam ogień. Efekt bywa podobny. Coś się odsłania, coś przestaje drapać od środka, w obu przypadkach wystarczy światło, żeby zobaczyć, z czym się właściwie siedzi przy stole. -  Odchyliłem głowę, patrząc w niebo nad nami. - Świece i tak robią swoje, niezależnie od naszych teorii, dają punkt zaczepienia, a punkt zaczepienia, jak się już okazało, potrafi uratować życie. - Zamilkłem na chwilę, dalej spoglądając gdzieś w górską ciemność. - Czasem dobrze jest po prostu mieć światło, kiedy noc robi się zbyt gęsta.
W myślach wiedziałem swoje - ratowanie kogoś zostawia ślad. Widziałem to już wcześniej, u innych, u siebie też, nie było w tym czystej kalkulacji, raczej instynkt - kiedy pochylasz się nad czyimś losem, przestajesz być anonimowy, nawet jeśli bardzo byś chciał. Zamknąłem na chwilę oczy, wsłuchując się w jej oddech i w noc dookoła. Ciepło drugiego człowieka było zaskakująco skuteczne w przywracaniu poczucia, że świat znów ma stałe krawędzie.
Parsknąłem cicho, kiedy wspomniała o autopromocji. Adrenalina wciąż krążyła mi pod skórą, nie miała gdzie ujść, więc pozwalałem tej nadwymiarowej energii rozlewać się w słowach. Gdybym przestał mówić, przestał żartować, wszystko by do mnie wróciło naraz - śnieg, lodowaty, duszący ciężar lawiny, moment, w którym ciało decydowało szybciej niż głowa, chwile tuż przed umknięciem kostusze. Wbrew pozorom - nie byłem na to aż tak odporny, jak chciałbym być, wciąż mną to wstrząsnęło.
- Śnieg zrobił nam tę uprzejmość i pominął kilka etapów. - Powiedziałem lekko, wzruszając ramieniem, choć moja dłoń nadal spoczywała na jej barku. - Niegrzecznie byłoby tego nie wykorzystać. W końcu nie codziennie los robi tak nachalną prezentację. - Dorzuciłem z udawaną nonszalancją.
Leżeliśmy w śniegu, a ja czułem jej ciężar na sobie, realny, ciepły, przypominający, że to nie był sen. Ramię bolało, plecy piekły od zimna, ale nie poruszyłem się ani o centymetr, bo w tym momencie stabilność była walutą cenniejszą niż komfort. Czułem, jak napięcie wreszcie zaczyna się we mnie rozplątywać, każdy jej komentarz w odpowiedzi był kolejnym supełkiem puszczonym bez bólu. Nie było w tym żadnej wielkiej deklaracji, żadnego patosu. Był dialog - ludzki, prosty, uczciwy, wystarczający po tym, co nas przed chwilą niemal zmiażdżyło, gadanie było liną ratunkową, na której oboje wisieliśmy.
Słuchałem jej słów jak czegoś, co przychodzi z opóźnieniem, jak echo po huku lawiny - dotarły do mnie przez ten szum, miękko, ale celnie, „pod ścianą”, „dłuższy spacer”, „nie do końca fair” - oczywiście że stawiałem ją pod ścianą, ściany dziś miały tendencję do pojawiania się nagle.
Uśmiechnąłem się pod nosem, krótko, bardziej do siebie niż do niej. Dopiero potem odchyliłem głowę na bok, żeby móc spojrzeć na nią lepiej, choć półmrok wciąż robił swoje.
- To zabawne ujęcie, biorąc pod uwagę, że jeszcze chwilę temu ścianą była góra, która próbowała nas zabić. - Świat dopiero wracał na swoje miejsce, a ja mówiłem szybciej, niż zwykle myślałem, bo cisza po lawinie była gorsza niż hałas. - Pod ścianą to ja zwykle stawiam się sam. - Dorzuciłem lekko, jakby to była błahostka. - Ten spacer i tak by się wydarzył. Po czymś takim nie da się po prostu odwrócić i pójść w swoją stronę, nawet jeśli bardzo się chce. Fair czy nie fair nie ma tu wiele do gadania.Zawsze jest fair, na ile się da, Cindy Lou. - Mruknąłem spokojnie, nie próbując się podnosić, jakby to, że wciąż leżała częściowo na mnie, było najnaturalniejszą rzeczą na świecie. - Po tym, co właśnie zrobiliśmy ze statystykami przeżywalności, uczciwość nagle bardzo zmienia definicję. - Przeciągnąłem dłonią po własnym udzie, strzepując z niego śnieg, bardziej nerwowo niż chciałem - palce miałem jeszcze sztywne, lekko drżące, więc zacisnąłem je na chwilę w pięść, jakbym sprawdzał, czy nadal mam nad nimi kontrolę, potem rozluźniłem uścisk.
Kiedy mówiła o swojej odporności, przechyliłem głowę, jakbym ją oceniał pod innym kątem, kącik ust uniósł mi się krzywo - ten uśmiech pojawiał się zawsze, gdy coś mnie bawiło i intrygowało jednocześnie, i - cóż - w setkach, jeśli nie tysiącach innych okoliczności też, był najbardziej naturalny ze wszystkich moich wyrazów twarzy.
- Poza tym „łatwo się we mnie zakochać” to nie jest obietnica, raczej ostrzeżenie. Z gatunku tych, które się ignoruje, bo brzmią zbyt pewnie siebie. A potem człowiek udaje, że nic się nie stało. Ja tylko… Informuję o możliwościach. - Parsknąłem, krótko, niemal bezgłośnie. Spojrzenie zatrzymałem na niej na ułamek sekundy dłużej, niż było to konieczne.
Wciągnąłem powietrze głębiej, potem wypuściłem je powoli przez nos, jakbym próbował się uspokoić, nie całkiem skutecznie, serce nadal waliło mi jak młot.
Uniosłem brew, kiedy to przyznała mi rację, a potem zaśmiałem się krótko, pod nosem - ten śmiech był szczery, trochę zmęczony, trochę rozbawiony faktem, że leżeliśmy na śniegu po prawie-śmierci i prowadziliśmy rozmowę, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie.
- „Na prowadzeniu” brzmi podejrzanie oficjalnie. W takich warunkach to już sukces sam w sobie. Kurnik bez dachu, śnieg zamiast grzędy, a i tak ktoś dostaje punkty. Wezmę to. - Rzuciłem, kręcąc głową. Przez chwilę pozwoliłem sobie na ten drobny, zupełnie niepotrzebny triumf - nie dlatego, że coś wygrałem. Raczej dlatego, że ona wciąż tu była, oparta o mnie, żywa, ciepła wbrew całej tej białej pustce, ja też tu byłem, to wystarczało.
- Tak. Jesteśmy. - Przyznałem bez oporu. - Wkurwiający, ale funkcjonalni. - Powiedziałem z naciskiem. Oparłem głowę odrobinę wygodniej, śnieg skrzypnął cicho. - To ważna kategoria. Są ludzie mniej irytujący, ale kompletnie bezużyteczni. Ja jak już się uprę, to raczej nie znikam przy pierwszym przeciągu. To chyba da się policzyć jako zaletę, nawet jeśli nie jest szczególnie romantyczna. - Był w tym spokój, nie przechwałka. Przesunąłem dłonią po jej ramieniu w tym samym, uspokajającym geście co wcześniej.
Jej uwaga o gadaniu wywołała u mnie krótki śmiech - prawdziwy, nie ten na pokaz. Zamilkłem na krótką chwilę, jakbym naprawdę sprawdzał, czy potrafię. Potem pokręciłem głową, już z tym lżejszym tonem, który znałem u siebie najlepiej. Trafiła w punkt i… Zupełnie mnie nie zatrzymała.
- Dużo gadam, bo jeszcze oddycham. Da się zignorować, kiedy bilans się zgadza. A bilans, umówmy się, nie wygląda dziś tragicznie. Żyjemy, nie zamarzliśmy, nie leżymy metr pod śniegiem. To już trzy punkty na plus. -  Odparłem. Wola przetrwania wciąż trzymała mnie za kark, miałem w sobie za dużo energii, więc słowa wylewały się same, jedno popychało kolejne, jakby gadanie było wentylem bezpieczeństwa. - Jak przestanę, wtedy będzie się trzeba martwić. Poza tym nie możesz mi tego zabronić. Mogę mówić wolniej, ciszej… Ale mniej? Nie. To część zestawu. Urocza, irytująca, nierozłączna. - Obróciłem głowę tak, żeby spojrzeć na nią z boku, z tym półuśmiechem, który bardziej prowokował niż uwodził. - Poza tym lubisz to. Nie mów, że nie. Gdybyś nie lubiła, nie podbijałabyś piłeczki. A robisz to całkiem sprawnie. Oboje wiemy, że gdyby to było naprawdę nie do zniesienia, już dawno kazałabyś mi zamilknąć w dużo mniej uprzejmy sposób. - Zawyrokowałem, czując to znajome, lekko absurdalne wrażenie, że znowu robiliśmy dokładnie to samo co na początku - zamiast uciekać w rozsądek, znowu krążymy słowami, testowaliśmy powietrze między nami, sprawdzaliśmy, czy da się w nim utrzymać lot. Zbyt dużo adrenaliny, zbyt mało tlenu, zbyt blisko było końca, żeby teraz udawać obojętność.
Wzmianka o złamanym sercu sprawiła, że uniosłem brew i pochyliłem się minimalnie bliżej, głos automatycznie zszedł niżej.
- Zatrzymajmy się przy tym. - Rzuciłem, niby mimochodem, ale z wyraźnym zainteresowaniem, zerkając na nią spod półprzymkniętych powiek. - Dlaczego właściwie miałabyś skończyć ze złamanym sercem. Co dokładnie mi tu insynuujesz, leżąc na mnie po wspólnej ucieczce spod lawiny i proponując testy w terenie. - To nie do końca były pytania, ton zdecydowanie nie był pytający, raczej dociekliwy.
Skinąłem głową powoli, jakby to było coś więcej niż tylko słowa rzucone w noc i śnieg. „Chwilowe zawieszenie w migracji” brzmiało zaskakująco sensownie, jak na rozmowę prowadzoną na śniegu, po tym jak góra próbowała nas zjeść - niemal elegancko, jak na warunki, w których leżeliśmy, oblepieni lodem i adrenaliną, z sercami jeszcze zbyt głośnymi, by udawać cokolwiek.
- Możemy sprawdzić, jak to działa. Bez budowania gniazda na siłę, bez obietnic wyrytych w lodzie. Tu i teraz wystarczy. Reszta może poczekać, nawet bardzo daleko stąd. - Nie musiałem wiele mówić, nie tym razem, bo zabrzmiało to dokładnie tak, jak coś, na co i tak już się zgodziłem, tylko jeszcze nie nazwałem tego na głos. Zatoczyliśmy koło i wróciliśmy do punktu wyjścia, tylko już po drugiej stronie strachu, to było znajome uczucie - to samo, które pojawiło się na samym początku, zanim zaczęliśmy się gryźć, zanim padły słowa ostrzejsze niż trzeba. Teraz brzmiało spokojniej, dojrzalej, jak decyzja podjęta mimo wszystko, a nie przez przypadek. - Mamy układ. Ty udajesz, że się nie zakochasz. Ja udaję, że potrafię mówić mniej. Oboje wiemy, że żadne z nas nie jest w tym dobre, ale to chyba część naszego uroku. - Zamiast uciekać w prostotę, znowu zakręciliśmy rozmowę, jakby to było naturalne, a nasze głowy znały już ten rytm. Leżała na mnie, ciepła, żywa, po wszystkim, co przed chwilą się wydarzyło, to „cokolwiek” było więcej niż wystarczające.
Na myszołowa tylko skinąłem głową, przyjmując to jak coś oczywistego.
- Myszołów i sójka. - Powtórzyłem. - Masz rację, tych przynajmniej nikt nie pomyli na pierwszy rzut oka. Jedno krąży wysoko, drugie udaje, że kontroluje wszystko poniżej. Brzmi znajomo. - Uśmiechnąłem się pod nosem. Za dużo mówiłem, wiedziałem to gdzieś na obrzeżach świadomości, ale nie potrafiłem przestać, słowa płynęły same, szybciej niż myśli, szybciej niż oddech, jakby organizm próbował zagadać coś, czego jeszcze nie umiał nazwać. Czułem jej ciepło wyraźniej niż zimno śniegu, wyraźniej niż wiatr, który szarpał namiotami gdzieś daleko, o ile w ogóle jeszcze istniały, to ciepło było konkretne, przyjemne, zakotwiczało mnie tu i teraz, więc nie cofnąłem się ani o centymetr, kiedy przysunęła się bliżej.  - Komplikacje… Jasne, że nie są złe, zwłaszcza jeśli oboje je dokładamy z premedytacją. - Kiwnąłem głową, jakbyśmy właśnie przypieczętowali coś bardzo ważnego, chociaż oboje wiedzieliśmy, że to było raczej porozumienie na miękkich zasadach. Było w tym coś naturalnego, bez napięcia, bez tej wcześniejszej wojny na słowa. - Dajmy na to, te lata krążenia nie brzmią źle. W gruncie rzeczy to całkiem miłe komplikacje. Jest za czym wypatrywać, coś się pojawia na horyzoncie, znika, wraca, to utrzymuje czujność. Całkiem dobrze wiedzieć, że jest na co patrzeć na niebie. - Uśmiechnąłem się półgębkiem, czując jej ciepło i własny oddech, który wreszcie się uspokajał. Oddychałem już równiej, serce przestało walić, świat zdawał się wracać na swoje miejsce. Skupiłem się na jej ciemnej twarzy nad sobą, na tym, jak gwiazdy rysowały się za jej profilem. Mrugnąłem kilka razy, gwiazdy zadrżały, jakby ktoś poruszył całym firmamentem.
- Całkiem dobrze… - Ni to odchrząknąłem, ni to parsknąłem cicho, rozbawiony własną myślą. Coś we mnie zadrżało, nagle, nieprzyjemnie znajomo, obraz się przesunął, jak źle nałożona klisza, Appalachy odpłynęły na ułamek sekundy, może krócej, śnieg został, gwiazdy zostały, ale góry już nie były już ważne. Zacisnąłem palce w śniegu, potem rozluźniłem je z cichym westchnieniem, jakbym właśnie przypomniał sobie coś ważnego, coś, co zawsze przychodziło za późno. - Całkiem dobrze jest mieć na czym zawiesić wzrok. - Głos miałem swobodny, nawet pewny, ale gdzieś pod tym wszystkim ciało zaczynało robić się ciężkie, obce. Uśmiech nie schodził mi z ust, choć ramiona zaczęły robić się dziwnie ciężkie, ciepło, które czułem, przestało być tylko jej ciepłem, zlało się z czymś innym, gęstym, rozlewającym się pod skórą. Nie zarejestrowałem tego od razu. Zarejestrowałem za to ten moment, kiedy przesunęła się lekko, niebo za jej plecami było czarne i pełne gwiazd.
Mrugnąłem - raz, drugi - skupiłem się na zarysie jej twarzy, na tym jak rysowała się na tle nieba, rozmyta mleczną poświatą śniegu. Mrugnąłem kolejny raz, potem drugi, bo obraz na moment się rozwarstwił, jakby ktoś przesunął kliszę nie tam, gdzie trzeba. Ten sam układ ciała, ten sam kąt głowy, tylko tło się nie zgadzało. Zimno zaczęło wciskać się głębiej, ostrzej. Zorientowałem się nagle, że ona drży, albo że wydaje mi się, że drży. Wrażenie skostnienia wgryzało się nagle i bez ostrzeżenia, poczułem je w palcach, w karku, w miejscu, gdzie plecy stykały się ze śniegiem. Mrugnąłem kilka razy, próbując złapać ostrość, coś się nie zgadzało, ale nie potrafiłem jeszcze nazwać tego uczucia.
Zmarszczyłem brwi z irytacją, sięgając do szalika, splątanego między nami, chcąc go rozplątać, rozwiązać, oddać jej, bo przecież marznie, zawsze marzła, a ja zawsze o tym pamiętałem… Tylko że węzeł nie chciał puścić. Palce nie chciały współpracować. Materiał wymykał się z uchwytu. Frustracja przyszła nagle, ostra i dziecinna.
Westchnąłem ciężko i bez większego namysłu ściągnąłem chustę z własnej szyi, ruchem bardziej gwałtownym, niż planowałem, i wsunąłem ją pod jej dłoń, dociskając lekko, żeby nie wypadła. Wcisnąłem ją jej pod palce, nie patrząc nawet, czy protestuje.
- Weź… - Mruknąłem. - Tobie bardziej się przyda. - Powiedziałem cicho, z tą samą troską, którą pamiętało moje ciało, nawet jeśli rozum gubił adresata, zbyt cicho jak na rozmowę tu i teraz. - Zawsze miałaś ten sam problem… - Milczałem przez ułamek sekundy dłużej, niż wypadało. - Zimno kompletnie cię nie interesowało, kiedy byłaś skupiona. Mogłaś stać pod gołym niebem, byle myśl ci się nie urwała. - Stwierdziłem niemal z rozbawieniem, jakby to była stara anegdota, którą opowiadaliśmy sobie wielokrotnie.
Odchrząknąłem, a potem parsknąłem cicho, rozbawiony myślą, która przyszła mi do głowy, choć nie potrafiłem już powiedzieć, skąd dokładnie.
- Śmieszne. - Dodałem, rozproszony tą nie do końca klarowną konkluzją, która właśnie mnie znalazła. - Że człowiek potrafi pomylić niebo, jeśli gwiazdy są wystarczająco podobne. - Nie byłem pewien, do kogo mówię, w końcu się nie znaliśmy. Wiedziałem tylko, że głos mi zmiękł, zdradliwie, jakby nie miał już siły trzymać tej bezczelnej nuty, którą tak lubiłem. Zrobiło mi się zimniej, a jednocześnie jej ciepło było jedyną rzeczą, która trzymała mnie przytomnego. W piersi miałem dziwnie pusto, jak po zbyt długim wstrzymaniu oddechu, więc znowu zaczerpnąłem lodowaty wdech, kręcąc głową.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (20801), Prudence Fenwick (15920)




Wiadomości w tym wątku
[09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 16.12.2025, 14:58
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 16.12.2025, 17:30
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 16.12.2025, 18:19
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 16.12.2025, 19:19
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 16.12.2025, 20:17
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 16.12.2025, 21:07
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 16.12.2025, 21:37
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 16.12.2025, 22:33
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 16.12.2025, 22:55
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 17.12.2025, 00:58
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 17.12.2025, 01:46
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 17.12.2025, 03:40
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 17.12.2025, 15:38
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 17.12.2025, 18:55
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 17.12.2025, 20:26
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 18.12.2025, 01:18
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 18.12.2025, 16:53
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 18.12.2025, 23:37
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 19.12.2025, 19:32
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 20.12.2025, 17:18
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 22.12.2025, 00:07
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 22.12.2025, 19:23
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 22.12.2025, 23:34
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 23.12.2025, 14:24
RE: [09.10.1972 noc - sen] once upon a time | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 24.12.2025, 01:03

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa