24.12.2025, 10:14 ✶
Lyssa patrzyła w lustro i poprawiała makijaż. Maska leżała obok, na blacie szafki, bo dziewczyna oprócz drobnych poprawek musiała spojrzeć sobie prosto w zastanowić się, czy po wszystkich balach chodziły walnięte na głowę prorokinie. No dobrze, nie walnięte na głowę, to było chyba odrobinę zbyt nieprzyjemne określenie, ale kiedy słuchała tamtej kobiety, nagle wezbrała w niej cała niechęć do wszystkiego co mogło jej wydrzeć przyszłość z jej własnych rąk i możliwości podejmowania decyzji.
Pierwszy znak.
Czuła jak nieprzyjemny dreszcz na nowo wspina się po karku. Bardzo nie podobała jej się wizja, ze cokolwiek zatrzęsie się w posadach i przestanie stać pewnie. Lubiła swoje życie, o tyle o ile. Wciąż czuła się w nim odrobinę niepewnie, bo na obcej ziemi, ale nie mogła przecież powiedzieć że było to życie złe. Pełne luksusów, bezpieczeństwa, z obecnością ojca na czele - to wszystko było dobre i wcale nie chciała tego tracić.
Drugi znak.
Nie zamierzała też słuchać żadnych szeptów przyszłości. Przyszłość była jej wrogiem, szczególnie ta określana jej przez innych i czająca się w kartach, kryształowych kulach czy wizjach. Czuła się, jakby niewiele wtedy miała niewiele do powiedzenia w temacie tego, co dla niej najważniejsze. Wolała pozostawać nieświadoma, tylko momentami prosząc o rozkłady i to raczej dla zabawy.
Trzeci znak.
Nie chciała się bać, bo kto by chciał? Za strachem krył się brak stabilności, a ona tego potrzebowała, szczególnie wyrwana z bezpiecznych murów Francji. Nie interesowały jej nowe drzewka, szczególnie kiedy te które aktualnie hodowała, nie zapuściły jeszcze pewnych korzeni i nie rozwinęły pąków.
Ciekawa była, ilu gości zaczepiła ta kobieta. Ilu wytrąciła z równowagi i co ważniejsze, czy szanowni organizatorzy w ogóle zdawali sobie sprawę z tego, że ktoś taki im się tutaj pałętał.
Przyjrzała się uważniej swojemu odbiciu i delikatnie poprawiła szminką usta, zanim nie zakręciła jej i schowała, uznając całość czynności za zakończonych. Wciąż jednak jeszcze nie założyła maski, niepewna gdzie dalej iść i czym się zająć, kiedy już opuści bezpieczne wnętrze łazienki.
Pierwszy znak.
Czuła jak nieprzyjemny dreszcz na nowo wspina się po karku. Bardzo nie podobała jej się wizja, ze cokolwiek zatrzęsie się w posadach i przestanie stać pewnie. Lubiła swoje życie, o tyle o ile. Wciąż czuła się w nim odrobinę niepewnie, bo na obcej ziemi, ale nie mogła przecież powiedzieć że było to życie złe. Pełne luksusów, bezpieczeństwa, z obecnością ojca na czele - to wszystko było dobre i wcale nie chciała tego tracić.
Drugi znak.
Nie zamierzała też słuchać żadnych szeptów przyszłości. Przyszłość była jej wrogiem, szczególnie ta określana jej przez innych i czająca się w kartach, kryształowych kulach czy wizjach. Czuła się, jakby niewiele wtedy miała niewiele do powiedzenia w temacie tego, co dla niej najważniejsze. Wolała pozostawać nieświadoma, tylko momentami prosząc o rozkłady i to raczej dla zabawy.
Trzeci znak.
Nie chciała się bać, bo kto by chciał? Za strachem krył się brak stabilności, a ona tego potrzebowała, szczególnie wyrwana z bezpiecznych murów Francji. Nie interesowały jej nowe drzewka, szczególnie kiedy te które aktualnie hodowała, nie zapuściły jeszcze pewnych korzeni i nie rozwinęły pąków.
Ciekawa była, ilu gości zaczepiła ta kobieta. Ilu wytrąciła z równowagi i co ważniejsze, czy szanowni organizatorzy w ogóle zdawali sobie sprawę z tego, że ktoś taki im się tutaj pałętał.
Przyjrzała się uważniej swojemu odbiciu i delikatnie poprawiła szminką usta, zanim nie zakręciła jej i schowała, uznając całość czynności za zakończonych. Wciąż jednak jeszcze nie założyła maski, niepewna gdzie dalej iść i czym się zająć, kiedy już opuści bezpieczne wnętrze łazienki.
la douleur exquise
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.