Chyba każda dziewczyna na takim wydarzeniu prędzej czy później musiała trafić do łazienki, gdzie mogła przypudrować nosek, poprawić szminkę i fryzurę. Nie inaczej było z Victorią, która miała przechadzkę po ogrodzie, ale też wypiła eliksir, drinka i objadła się owoców w czekoladzie.
– Chcę to zobaczyć – parsknęła, słysząc słowa Brenny na temat Atreusa. – A co mu się stało, że miał w sobie taką żądzę mordu? – zapytała jeszcze, uśmiechając się pod nosem. – Prawda? Można odwalić akcję życia, a potem się wykpić, że co złego to nie ja – oznaczało to, że ludzie byli trochę bardziej wyluzowani, niż byliby bez tych masek, impreza spełniała więc swoją rolę idealnie. Choć niektórym to luzowało gatki aż za bardzo, jak choćby tej czarownicy, która podeszła do Christophera wyznając mu miłość, po czym chciała go pocałować. – Nie mamy żadnych topielców w sadzawce – skwitowała krótko, marszcząc przy tym brwi. – Wampirzyce i wilkołaki – parsknęła, bliska przewrócenia oczami. Wampiry na pewno odwiedzały ogród, jakieś wilkołaki pewnie też, ale obie z Brenną wiedziały, że chodzi o coś zupełnie innego. Weszły już do łazienki i ta cicha rozmowa, choć może nieco wyrwana z kontekstu, była słyszalna też dla jeszcze jednej osóbki, która już tutaj była, ale Victoria nie miała nic do ukrycia.
Spojrzała na nią zresztą, po uwadze Brenny i sama uśmiechnęła się do młodej czarownicy, którą akurat znała. Nie jakoś dobrze, ale na tyle, by być w stanie ją rozpoznać w makijażu i bez maski.
– Cześć, Lysso – przywitała się z dziewczyną i podeszła do jednej z umywalek. – Jak się bawisz?
Zerknęła krytycznie w lustro. Usta rzuciły jej się w oczy, bo szminka minimalnie jej się zjadła chyba razem z tymi owocami w czekoladzie, którymi się uraczyła. Ale przy tym spojrzała też na resztę twarzy widocznej poniżej maski zasłaniającej tylko jej górną część, tu i ówdzie makijaż wymagał poprawek, zresztą tak samo jak fryzura, postanowiła więc na chwilę ściągnąć maskę – delikatnie, i położyła ją na umywalkę, po czym wydobyła podręczną kosmetyczkę.