To wszystko mogło być możliwe tylko dlatego, że dali sobie szansę. Że oboje bardzo łatwo dostrzegali ten scenariusz, w którym są małżeństwem, ale są też przeciwko sobie. Że się nie znoszą i gdy tylko nie unikną się na korytarzu, to lecą aż iskry. Te negatywne iskry oczywiście. I tak z początku było… tylko, że Victoria była uparta i bardzo tego dla siebie nie chciała. Na całe szczęście Sauriel też to dostrzegł i… jakoś tak to się kręciło. Starali się oboje coś wypracować na tym polu i choć w innych warunkach może by siebie wzajemnie nie wybrali, to byli jasnym przykładem, że pomimo różnic, jeśli są chęci i włoży się w to wszystko pracę, to można spojrzeć na drugiego człowieka inaczej. Choć może powodem było faktycznie to, że oboje tutaj nad tą relacją pracowali. I Tori mogła szczerze powiedzieć, że go polubiła. Nie był nudny, nie gadał tylko o swojej kochanej mamusi aż do porzygu, był pewną zagadką i ćwiczeniem umysłowym. No i był zadziorny. Ach no, dobrze się czuła w jego towarzystwie po prostu. Było też trochę za wcześnie i za mało się znali, by o jakiejkolwiek miłości w ogóle tutaj mówić, ale nawet opcja tej platonicznej nie brzmiała przecież tak źle? Niektórzy wszak tkwili w swoich związkach czy małżeństwach i nie doświadczali nawet tego.
Jak wiele dla niego poświęcała i jak bardzo jej zależało, oraz jak mocno brała pod uwagę wygodę Sauriela było widać dopiero wtedy, gdy się wiedziało o jej strachu. A niewiele osób wiedziało, bo nie było się przecież czym chwalić. Bo tak się śmiesznie składało, że Victoria, wielki auror, perfekcyjna córka Lestrange, ma lęk wysokości. Więc tak – nie była zbyt rozmowna. Bo była całkiem skupiona na tym, żeby nie zwariować ze strachu, kiedy tak siedziała w tym ciasnym powozie, który wzbił się w powietrze. Ten strach niemalże ją paraliżował i można było odnieść wrażenie, że zamieniła się w jakąś rzeźbę, kiedy Sauriel odsunął trochę zasłonkę po swojej stronie, a ona dość mimowolnie spojrzała przez to okienko. I gapiła się i gapiła, i gapiła, gapiła… widząc… ciemność. Światełka. Nie miała odwagi zamknąć oczu. A później po prostu przyglądała się Saurielowi w tej jego „drzemce”. Widziała różnicę, rysy jego twarzy się wygładziły. Ona, nawet gdyby chciała (A NIE CHCIAŁA!), nie mogłaby tutaj zasnąć.
A wtedy zaczęły się te westchnienia, a potem… głos. Który na początku ją wmurował, a później uświadomiła sobie, że to musiał być abraksan z hodowli Prewettów, pewnie właśnie po to, żeby nie potrzeba było targać ze sobą woźnicy.
- N-nie – wydusiła z siebie po chwili. - Ja nie mam… A ty? – widziała, że ciemne oczy Sauriela się otworzyły znaczy… przestał już hibernować. Czy cokolwiek tam robił. - A-ale… może skoro już jesteś zmęczony to wylądujemy? Gdzieś? Daleko jeszcze w ogóle? – jej poczucie upływającego czasu i odległości jakoś kompletnie zwariowało i nie miała zielonego pojęcia gdzie w ogóle są. OPRÓCZ TEGO, ŻE GDZIEŚ WYSOKO W POWIETRZU.