26.12.2025, 00:29 ✶
Słońce miało dziś osobistą vendettę przeciwko moim oczom, każdy ruch był negocjacją, każde mrugnięcie prowokacją. Kac nie był subtelny, był bezczelny, jak ja, tylko mniej zabawny. Nie pamiętałem prawie nic z poprzedniej nocy, co było tak niepokojące, że zarazem irytowało mnie bardziej niż ból skroni. Zwykle pamiętałem wszystko albo przynajmniej tyle, ile było mi wygodne, tym razem w głowie miałem rozsypane szklane odłamki, wbijające się w mój mózg, lekko śnieżące, niczym w pobitej śnieżnej kuli. Kilka błysków. Gwiazdy. Zimno. Śmiech. Ogień w gardle i to uczucie, że świat przez chwilę przestał się mnie czepiać. Czapka. Moja czapka. Też była w tym wszystkim, co było samo w sobie podejrzane. Wiedziałem tylko tyle, że obudziłem się bez niej, za to z poczuciem, że coś wymknęło mi się z rąk, chociaż nawet nie wiedziałem, co takiego.
Czułem się jak bohater greckiej tragedii - prekognita, który niby wiedział, że wszystkie części składowe tragedii już się wydarzyły, klocki domino poszły w ruch i nie było możliwości zapobiegnięcia przyszłości, ale jeszcze nie miał pojęcia, jak połączyć ze sobą posiadane przez niego puzzle, urywki emocji i obrazów, i jakie będą długotrwałe konsekwencje tego, z czym przyjdzie mu się zmierzyć. Jak na kogoś, kto bardzo nie lubił tracić kontroli - to było fatalne uczucie, niestety, zupełnie nie do uniknięcia. Tym bardziej, jeśli nie chciałem spędzać reszty życia pod pierzyną, kryjąc głowę pod poduszką i jęcząc niczym potępiona dusza. Byłem Gryfonem, czystej krwi, Rookwoodem, a mimo to czułem się jak dzieciak, który przegrał zakład z własną wątrobą.
Wielka Sala była moim pierwszym celem tego dnia, zawsze była nim z samego rana, chociaż nigdy tak późno, nie mogłem jednak przecież spędzić całego dnia w łóżku, to nie byłoby w moim stylu. Musiałem chociaż udawać, że jestem głodny, nawet jeśli pokarmy stałe były ostatnim, na co miałem ochotę. Śniadanie, świadkowie, normalność - maskowanie szkód, zawsze byłem ekspertem w udawaniu, że wszystko jest w porządku, nawet jeśli wcale nie było. Korytarze Hogwartu były za jasne, za długie i za bardzo istniały, a ja stawiałem wolniejsze i cięższe kroki niż zazwyczaj, bolała mnie głowa w sposób, który sugerował, że ktoś w nocy próbował wydostać się z niej kilofem, każdy kolejny dźwięk podeszwy dotykającej kamiennej podłogi odbijał się nieprzyjemnie, nieprzyzwoicie głośnym echem w mojej czaszce, chociaż zazwyczaj chodziłem praktycznie bezszelestnie. Parokrotnie prawie źle skręciłem, gubiąc drogę, ale wreszcie stanąłem przed wejściem. Tak naprawdę pozostało mi już tylko kilka kroków i pchnięcie ciężkich, drewnianych drzwi, zza których docierał do mnie szmer rozmów i zapach świątecznego śniadania. Przesunąłem się do przodu i…
Odruch zadziałał szybciej niż myśl - złapałem ją w pasie i przyciągnąłem do siebie, w swoją posiniaczoną klatkę piersiową, żeby nie poleciała do tyłu jak źle rzucony kafel, moje dłonie same znalazły jej talię, pewnie, bez pytania, jakby robiły to od zawsze. Zapach - to był pierwszy cios - czysty, znajomy, uderzający gdzieś głęboko pod skórą. Pachniała porankiem, pergaminem i czymś jeszcze, czymś, co sprawiło, że mój żołądek wykonał nieautoryzowany obrót. Serce zabiło mi szybciej, co przy kacu było wybitnie niegrzeczne. Drugi przyszedł zaraz potem, kiedy spojrzałem w dół i zobaczyłem jej twarz, bladą, zmęczoną, z tym charakterystycznym napięciem w rysach, które mówiło, że świat dziś z nią nie współpracował. Na moment obraz przed moimi oczami zupełnie się rozjechał - nie byłem już w drzwiach Wielkiej Sali, byłem gdzieś indziej.
Noc, parapet, gwiazdy nad nami, zbyt blisko, jakby można było je strącić palcami, jej śmiech, cichy, trochę niepewny, potem głośniejszy i mniej powstrzymywany, bardziej szczery. Moja czapka zsunęła się jej na te wielkie, brązowe oczy. Twarz znalazła się bardzo blisko mojej. Pojawiło się uczucie, że robię coś głupiego i jednocześnie cholernie właściwego. Alkohol, dużo alkoholu, zdecydowanie za dużo, i to wrażenie, którego nie powinno tam być, a było, jak drzazga wbita głęboko pod skórę - poczułem ukłucie irytacji, zmieszane z czymś, czego nie chciałem nazywać. Mrugnąłem.
- Uważaj, Ptaszyno. - Rzuciłem zupełnie automatycznie, nawet się nie namyślając, z tym bezczelnym półuśmiechem, który był moją zbroją odkąd nauczyłem się chodzić i zwykle ratował mnie z opresji. - Wielka Sala nie odleci, grunt może. - Dodałem tonem aroganckiego dzieciaka, który zawsze ma kontrolę, nawet jeśli właśnie ją zgubił. Głos miałem przy tym trochę zbyt chrapliwy, niższy niż zazwyczaj, zdradliwie cichszy niż zwykle, nie tak pewny siebie, bo przecież czułem, że wydarzyło się coś ważnego - coś, co nie miało prawa się wydarzyć, i to zupełnie wybijało mnie z rytmu. W mojej głowie mignął obraz roześmianych oczu i śmiechu, bardzo blisko mojego ucha - to ciepło, które nie miało prawa istnieć w grudniową noc, myśl, że było mi dobrze w sposób, który nie pasował do żadnej z moich dotychczasowych kategorii. Cholera, cholera, cholera. Dopiero po kilku sekundach uświadomiłem sobie, że nadal ją trzymałem.
Puściłem niechętnie, jakby coś protestowało wewnątrz, i zrobiłem pół kroku w tył, krzywiąc się przy tym, bo ból głowy natychmiast upomniał się o swoje. Przeciągnąłem dłonią po twarzy, próbując poskładać myśli w coś używalnego, ale to déjà vu nie chciało zniknąć, zamiast tego zawisło między nami, ciężkie i lepkie, jakby noc zostawiła na nas swój odcisk palca.
- Wyglądasz gorzej niż ja. - Dodałem z udawaną swobodą, chociaż wiedziałem, że to kłamstwo. - A to już wyczyn. - Uniosłem brew, maskując moment zawahania kolejną warstwą arogancji - pewny siebie dzieciak, który zawsze wie, co robi, nawet jeśli nie ma pojęcia, co robił wczoraj.
Wpuściłem ją do Wielkiej Sali pierwszą, cofając się o krok, ale moje spojrzenie zatrzymałem na niej na sekundę dłużej, niż było to rozsądne. Coś między nami wisiało, niewypowiedziane, ciężkie jak niewypity toast - coś, czego nie pamiętałem, a co moje ciało najwyraźniej pamiętało aż za dobrze. Wczoraj było… Intensywnie, musiało być, co dokładnie o tym świadczyło, to była już inna, znacznie bardziej mglista opowieść. Wiedziałem jedno - cokolwiek wydarzyło się poprzedniego wieczoru, nie było tylko alkoholem i głupotą, to było najgorsze.
Czułem się jak bohater greckiej tragedii - prekognita, który niby wiedział, że wszystkie części składowe tragedii już się wydarzyły, klocki domino poszły w ruch i nie było możliwości zapobiegnięcia przyszłości, ale jeszcze nie miał pojęcia, jak połączyć ze sobą posiadane przez niego puzzle, urywki emocji i obrazów, i jakie będą długotrwałe konsekwencje tego, z czym przyjdzie mu się zmierzyć. Jak na kogoś, kto bardzo nie lubił tracić kontroli - to było fatalne uczucie, niestety, zupełnie nie do uniknięcia. Tym bardziej, jeśli nie chciałem spędzać reszty życia pod pierzyną, kryjąc głowę pod poduszką i jęcząc niczym potępiona dusza. Byłem Gryfonem, czystej krwi, Rookwoodem, a mimo to czułem się jak dzieciak, który przegrał zakład z własną wątrobą.
Wielka Sala była moim pierwszym celem tego dnia, zawsze była nim z samego rana, chociaż nigdy tak późno, nie mogłem jednak przecież spędzić całego dnia w łóżku, to nie byłoby w moim stylu. Musiałem chociaż udawać, że jestem głodny, nawet jeśli pokarmy stałe były ostatnim, na co miałem ochotę. Śniadanie, świadkowie, normalność - maskowanie szkód, zawsze byłem ekspertem w udawaniu, że wszystko jest w porządku, nawet jeśli wcale nie było. Korytarze Hogwartu były za jasne, za długie i za bardzo istniały, a ja stawiałem wolniejsze i cięższe kroki niż zazwyczaj, bolała mnie głowa w sposób, który sugerował, że ktoś w nocy próbował wydostać się z niej kilofem, każdy kolejny dźwięk podeszwy dotykającej kamiennej podłogi odbijał się nieprzyjemnie, nieprzyzwoicie głośnym echem w mojej czaszce, chociaż zazwyczaj chodziłem praktycznie bezszelestnie. Parokrotnie prawie źle skręciłem, gubiąc drogę, ale wreszcie stanąłem przed wejściem. Tak naprawdę pozostało mi już tylko kilka kroków i pchnięcie ciężkich, drewnianych drzwi, zza których docierał do mnie szmer rozmów i zapach świątecznego śniadania. Przesunąłem się do przodu i…
Odruch zadziałał szybciej niż myśl - złapałem ją w pasie i przyciągnąłem do siebie, w swoją posiniaczoną klatkę piersiową, żeby nie poleciała do tyłu jak źle rzucony kafel, moje dłonie same znalazły jej talię, pewnie, bez pytania, jakby robiły to od zawsze. Zapach - to był pierwszy cios - czysty, znajomy, uderzający gdzieś głęboko pod skórą. Pachniała porankiem, pergaminem i czymś jeszcze, czymś, co sprawiło, że mój żołądek wykonał nieautoryzowany obrót. Serce zabiło mi szybciej, co przy kacu było wybitnie niegrzeczne. Drugi przyszedł zaraz potem, kiedy spojrzałem w dół i zobaczyłem jej twarz, bladą, zmęczoną, z tym charakterystycznym napięciem w rysach, które mówiło, że świat dziś z nią nie współpracował. Na moment obraz przed moimi oczami zupełnie się rozjechał - nie byłem już w drzwiach Wielkiej Sali, byłem gdzieś indziej.
Noc, parapet, gwiazdy nad nami, zbyt blisko, jakby można było je strącić palcami, jej śmiech, cichy, trochę niepewny, potem głośniejszy i mniej powstrzymywany, bardziej szczery. Moja czapka zsunęła się jej na te wielkie, brązowe oczy. Twarz znalazła się bardzo blisko mojej. Pojawiło się uczucie, że robię coś głupiego i jednocześnie cholernie właściwego. Alkohol, dużo alkoholu, zdecydowanie za dużo, i to wrażenie, którego nie powinno tam być, a było, jak drzazga wbita głęboko pod skórę - poczułem ukłucie irytacji, zmieszane z czymś, czego nie chciałem nazywać. Mrugnąłem.
- Uważaj, Ptaszyno. - Rzuciłem zupełnie automatycznie, nawet się nie namyślając, z tym bezczelnym półuśmiechem, który był moją zbroją odkąd nauczyłem się chodzić i zwykle ratował mnie z opresji. - Wielka Sala nie odleci, grunt może. - Dodałem tonem aroganckiego dzieciaka, który zawsze ma kontrolę, nawet jeśli właśnie ją zgubił. Głos miałem przy tym trochę zbyt chrapliwy, niższy niż zazwyczaj, zdradliwie cichszy niż zwykle, nie tak pewny siebie, bo przecież czułem, że wydarzyło się coś ważnego - coś, co nie miało prawa się wydarzyć, i to zupełnie wybijało mnie z rytmu. W mojej głowie mignął obraz roześmianych oczu i śmiechu, bardzo blisko mojego ucha - to ciepło, które nie miało prawa istnieć w grudniową noc, myśl, że było mi dobrze w sposób, który nie pasował do żadnej z moich dotychczasowych kategorii. Cholera, cholera, cholera. Dopiero po kilku sekundach uświadomiłem sobie, że nadal ją trzymałem.
Puściłem niechętnie, jakby coś protestowało wewnątrz, i zrobiłem pół kroku w tył, krzywiąc się przy tym, bo ból głowy natychmiast upomniał się o swoje. Przeciągnąłem dłonią po twarzy, próbując poskładać myśli w coś używalnego, ale to déjà vu nie chciało zniknąć, zamiast tego zawisło między nami, ciężkie i lepkie, jakby noc zostawiła na nas swój odcisk palca.
- Wyglądasz gorzej niż ja. - Dodałem z udawaną swobodą, chociaż wiedziałem, że to kłamstwo. - A to już wyczyn. - Uniosłem brew, maskując moment zawahania kolejną warstwą arogancji - pewny siebie dzieciak, który zawsze wie, co robi, nawet jeśli nie ma pojęcia, co robił wczoraj.
Wpuściłem ją do Wielkiej Sali pierwszą, cofając się o krok, ale moje spojrzenie zatrzymałem na niej na sekundę dłużej, niż było to rozsądne. Coś między nami wisiało, niewypowiedziane, ciężkie jak niewypity toast - coś, czego nie pamiętałem, a co moje ciało najwyraźniej pamiętało aż za dobrze. Wczoraj było… Intensywnie, musiało być, co dokładnie o tym świadczyło, to była już inna, znacznie bardziej mglista opowieść. Wiedziałem jedno - cokolwiek wydarzyło się poprzedniego wieczoru, nie było tylko alkoholem i głupotą, to było najgorsze.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)