26.12.2025, 03:56 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.12.2025, 04:00 przez Benjy Fenwick.)
Patrzyłem na nią spod półprzymkniętych powiek, gdy oderwała wzrok od mojego ciała i unosiła głowę ku niebu. Gwiazdy odbijały się w jej oczach, a przynajmniej tak to sobie wyobrażałem, choć widziałem je tylko fragmentami, jakby ktoś zasłaniał mi połowę obrazu dłonią. Chciałem coś powiedzieć, rzucić głupią uwagę o astronomii, o tym, że Polaris zawsze była przewodniczką dla tych, którzy nie bardzo wiedzieli, dokąd idą, ale słowa ugrzęzły mi w gardle. Zamiast tego tylko oddychałem, licząc w myślach wdechy, starając się nie zgubić rytmu.
- Hej… Wyjątkowo nie protestuję, bo nie za bardzo mogę. Nie jestem łatwy. - Wymsknęło mi się, z wywróceniem oczami. Zacisnąłem palce w śniegu, bo kolejna fala zawrotów głowy próbowała mnie pociągnąć gdzieś w bok. Oparłem potylicę o glebę, mrugnąłem kilka razy. Czułem jej dłonie pod moim ubraniem, konkretne, zdecydowane, nieprzepraszające za swoją obecność, to było dziwnie intymne w sposób, którego nie dało się pomylić z flirtowaniem przy ognisku, a jednak mój mózg i tak próbował iść w tę stronę, jak pies wracający na znaną ścieżkę. - Chociaż muszę przyznać, że twoje „póki co” też brzmi obiecująco. Daje człowiekowi coś, na co może czekać, jak już przestanie krwawić. - Oddech miałem płytszy, ciało coraz cięższe, ale gadanie nadal przychodziło mi zbyt łatwo. - Tylko zapamiętaj, że to ty zaczęłaś. Jak wyjdziemy z tego cało, będę to wykorzystywał jako argument. - Dodałem z ledwie wyczuwalnym uśmiechem. - Egzemplarz powystawowy, czy nie, nadal jestem całkiem przywiązany do idei dalszego użytkowania. Jak już mnie sobie „przywłaszczyłaś”… - Uprzedziłem. - I żeby była jasność… - Mruknąłem, przymykając na moment oczy, zanim znowu na nią spojrzałem. - To nie jest ten rodzaj sytuacji, w którym masz być delikatna. Jak już mnie obmacywać, to porządnie. Profesjonalnie. Z zaangażowaniem. - Mrugnąłem, próbując skupić na jej twarzy, na tym, że była tu, naprawdę tu, pochylona nade mną. Palce same zacisnęły mi się na jej rękawie, ledwie zauważalnie, bardziej odruchem niż świadomą decyzją. - I na litość, nie bądź pokrzepiająca. Wolę ból od kłamstwa. - Parsknąłem cicho, ale zaraz potem musiałem wciągnąć powietrze ostrożniej, jakby płuca nagle przypomniały sobie, że jednak obowiązują je jakieś zasady.
- Jak zacznę bredzić, to… Cokolwiek. Zadawaj pytania. Nawet głupie. Dobrze mi idzie odpowiadanie na głupie pytania. - Odetchnąłem płytko i dodałem, niemal szeptem, z cieniem dawnej zadziorności. Jej palce na moim nadgarstku były stanowcze, profesjonalne, a jednocześnie zaskakująco… Przyjemne. Czułem, jak liczyła, skupiała się na rytmie, przez moment naprawdę nic nie mówiłem, pozwalając jej robić swoje. To było dziwnie kojące, być w czyichś rękach w tak dosłowny sposób.
- Hm. - Mruknąłem w końcu, oddech uciekł mi w krótki śmiech, który zaraz potem przeszedł w cichsze, nierówne nabranie powietrza. Bolało. - To zależy, jak definiujesz „poległeś”. - Przekręciłem lekko głowę w jej stronę, próbując złapać jej spojrzenie, choć świat dalej miał tendencję do falowania, jakby ktoś źle ustawił mi ostrość. Zamrugałem parokrotnie, mając wrażenie, że na chwilę urwał mi się wątek.
Drgnąłem, jeszcze zanim różdżka rozświetliła powietrze, jakbym instynktownie wyczuł, że zaraz wydarzy się coś, na co nie miałem już żadnego wpływu. Słowa dotarły do mnie z opóźnieniem, bardziej jako wibracja niż dźwięk, a potem… Potem świat na moment wyostrzył się aż za bardzo. Wciągnąłem gwałtowniej powietrze, ramiona napięły się same, zupełnie wbrew rozsądkowi. To „dziwnie”, o którym mówiła, nie było abstrakcyjne, to było ciepło wlewane w żyły, jakby ktoś nagle dolał paliwa do silnika, który od dawna pracował na oparach. Serce przyspieszyło, ból stał się bardziej punktowy, wyraźniejszy, ale też… Bardziej znośny, jakby organizm przypomniał sobie, że jeszcze ma coś do powiedzenia. Znałem to uczucie, nie z tej strony, nie w tej konfiguracji, ale znałem moment, w którym magia przestawała być czysta, książkowa, podpisana pieczęcią szpitala i zaczynała… Skręcać, robić coś po swojemu, pod skórą rozlało mi się ciepło, inne niż wcześniej, cięższe, bardziej intymne, jakby ktoś majstrował nie przy ranie, tylko przy samym mechanizmie podtrzymywania mnie przy życiu.
Wypuściłem powietrze przez zęby, krótko, z tym krzywym parsknięciem, które zwykle oznaczało, że coś mnie rozbawiło i zaniepokoiło jednocześnie - bardziej z niedowierzania niż z rozbawienia, i przekręciłem minimalnie głowę w jej stronę.
- Wiesz… - Wymamrotałem, głos miałem słaby, ale myśl zaskakująco jasną. - Mogę się nie znać, ale to… - Mój oddech złapał inny rytm, serce przyspieszyło nieprzyjemnie, ale stabilniej, to było dziwne uczucie, jakby organizm dostał rozkaz, a nie pomoc. - To nie jest standardowe „proszę nie umrzeć na moich rękach”, prawda? To jest co najmniej z pogranicza legalności. Średnio legalne. Albo bardzo nielegalne. Zależy, gdzie zapytasz. - Rzuciłem z rozbawioną bezczelnością, która brzmiała, jakbym komentował czyjś nieprzepisowy manewr drogowy, a nie fakt, że ktoś właśnie przelewał we mnie coś, co zdecydowanie nie było „zalecane”. - Robiłem w bardzo nielegalnych obejściach zabezpieczeń przez wystarczająco długi czas, żeby wiedzieć, kiedy ktoś mi właśnie… Omija protokół. - Mruknąłem, głos miałem niższy, zachrypnięty, ale świadomy, jak ktoś, kto dokładnie rozpoznaje, że przekracza się rubikon. Nie mówiłem tego oskarżycielsko, raczej z uznaniem i nutą rozbawienia, która była absolutnie nie na miejscu.
Skupiłem się na wrażeniu, które wcale nie było lekkie, raczej ciężkie, gęste, jakby nie należało wyłącznie do mnie. To było jak zawieszenie między „jeszcze żyję” a „zaraz będę miał do niej pretensje, że mnie to kręci”, jakby ktoś wsunął dłoń nie tam, gdzie wolno, tylko tam, gdzie się nie zagląda bez zaproszenia. Wiedziałem, że robiła coś więcej, nie umiałem nazwać zaklęcia, ale wiedziałem, czym nie było - właśnie to sprawiło, że uśmiech sam wpełzł mi na usta. Świat nadal falował, ale jej sylwetka była ostra, skupiona, realna - to pomagało. Powietrze zgęstniało, a we mnie coś się przesunęło, jakby ktoś dotknął mechanizmu, który nie powinien być dotykany przez osoby trzecie. Oddech na moment mi się urwał, potem wrócił z wyraźniejszym pulsem, serce przyspieszyło, ale nie panicznie. Raczej…
Na moment spoważniałem, naprawdę, jakby coś we mnie uznało, że skoro ona sięgała po ciężką artylerię, ja też powinienem zmienić ton.
- Słuchaj mnie. - Stwierdziłem nagle poważnie, z tą drugą barwą głosu, której używałem tylko w terenie, kiedy nie było miejsca na żarty, aż sam się zdziwiłem tym tonem. - Słuchaj mnie teraz, dobrze? - Odchrząknąłem krótko, aż zabolało mnie w piersi. - Nie jestem tu kimś w rodzaju… Szychy. Wiesz. Radzę sobie sam. - Oddech mi się urwał, ale uśmiech pojawił się na swoim typowym miejscu - był stary, wyuczony, niezależny od stopnia skomplikowania sytuacji. Przełknąłem ślinę, czując zmęczenie, które zaczynało ciążyć mi pod skórą inaczej niż przedtem. - Nie wykorzystuj na mnie sił, musisz wrócić do obozu. - Chciałem podnieść rękę, wskazać kierunek, ale palce nie chciały współpracować, zamiast tego zamknąłem je na jej kurtce, zbyt mocno, jak dzieciak, który bał się, że ktoś mu zniknie. - Wiem. - Dodałem szybko, zanim zdążyła zaprotestować. - Wiem, że jest zasypany. To nie ma znaczenia. Musisz tam iść. Jak mnie z tobą nie będzie. - Stwierdziłem, a potem parsknąłem, bo to brzmiało patetycznie. - Nie, inaczej, jak wrócisz do obozu… W moim namiocie, tym po lewej od paleniska, jest torba. Ciemna, z przetartym paskiem. Masz ją wziąć. Weź torbę i idź na południowy zachód. Zawsze południowy zachód. Kompas nie kłamie. Ludzie tak. Jak będziesz sama, musisz się bronić. Nie negocjuj tego ze mną, dobrze. Nie negocjuje się z górami ani z ludźmi, którzy przeżyli. - Westchnąłem, rzucając kolejnymi krótkimi, urywanymi zdaniami, bo takie były teraz najlepsze. - Nie improwizuj. Idziesz na południowy zachód, trzymasz linię lasu. Nie skracaj przez żleb. W torbie masz broń, mapę i kompas. Weź wszystko. Broń na wierzchu. Mapę do kieszeni wewnętrznej. Kompas na szyję. Znasz takie instrukcje. Zawsze byłaś dobra w instrukcjach. - Ciągnąłem, jakbym dyktował raport, innym głosem, twardszym, dorosłym, tym, którego używałem, kiedy wydawałem polecenia i ludzie je wykonywali. To było absurdalne, bo obóz mógł nie istnieć, ale mój głos trzymał się faktów jak kotwicy. - Nie filozofuj. To nie jest miejsce na elegancję. - Parsknąłem krótko, bo to było zabawne w najgorszy możliwy sposób - elegancja, ona zawsze ją miała, nawet teraz, z krwią na dłoniach. Szkarłat na śniegu był faktem, nie metaforą - znowu sobie o tym przypomniałem. Wykrwawianie się miało swoje etapy, a ja byłem w tym zaskakująco kompetentny, doświadczenie nie zawsze ratuje życie, ale daje iluzję kontroli, a ta bywa cenna. Mówiłem wolno, wyraźnie, jak do kogoś, kto musi zapamiętać każde słowo.
Mrugnąłem, obraz znów się rozszczepił - byłem Wishem i nie byłem nim jednocześnie.
- A poza tym pierdolisz. - Mruknąłem, z wyrzutem, który nie pasował do sytuacji. Nie wiedziałem, czy to mówiłem do niej, czy do tej drugiej Prudence sprzed lat, ale w tej chwili nie miało to znaczenia. Liczyło się tylko to, że była obok i że nie odwracała wzroku. - Gdybym chciał czegoś innego, nie krążyłbym. To obrzydliwie niesprawiedliwe wobec ciebie, tak się oceniać. Już to widziałem. Już to słyszałem. Nie bądź durna. Znajdziesz sobie kogoś. - Powiedziałem ciszej, wciąż do niej i nie do niej, gdzieś wewnątrz wciąż wiedziałem, że jeśli przestanę gadać, to krążenie się skończy, a tego… Tego chyba nie chcieliśmy.
Pozwoliłem powietrzu wyjść z płuc wolniej, niż weszło, jakbym chciał sprawdzić, czy dalej mam nad tym jakąkolwiek kontrolę. Świat był zawężony do bardzo prostych elementów - białe tło, ciemne niebo, jej sylwetka nachylona nade mną i dłonie, które robiły dokładnie to, co powinny, a przy okazji robiły coś jeszcze. Kotwiczyły mnie. I, cholera, podobało mi się to bardziej, niż było rozsądne.
Czułem każdy jej ruch z przesadną wyrazistością, jakby ciało uznało, że skoro już i tak jest źle, to nie ma sensu niczego filtrować. Poczułem, jak coś we mnie niepotrzebnie się rozluźniło, jakby samo to, że ktoś sprawdzał, czy jeszcze jestem, dawało mi przyzwolenie na szczerość, której zwykle sobie odmawiałem. A może na bredzenie? To chyba było bredzenie, nawet jeśli wydawało mi się inaczej.
- Nie. - Powiedziałem w końcu, wracając myślami do chwili wcześniej, odrobinę plącząc wnioski i słowa. - Nie poległem. - Odwróciłem głowę, żeby spojrzeć w niebo, bo łatwiej było mówić do gwiazd niż w stronę kogoś, kto był tuż obok. Oddychałem równo, choć zimno wciskało mi się pod ubranie. - Zawsze się podnosiłem. Zawsze stałem do końca. Zawsze miałem jeszcze jeden ruch, jeszcze jeden plan, jeszcze jedno „dam radę”. - Mówiłem bardzo cicho, powoli, uśmiech, który pojawił się na moich ustach, też był krótki i krzywy. - I właśnie dlatego. - Poruszyłem lekko dłonią, chcąc coś pokazać, sam nie do końca wiedziałem, co dokładnie, ale zabrakło mi siły, więc tylko moje palce drgnęły, leciuteńko. - Nie chciała mnie. Nie takiego. Zresztą, nie tylko ona. - Wzruszyłem ramieniem, na ile pozwalało ciało. - Kogoś, kto nigdy nie przegrywa, trudno objąć, wiesz? Trudno mu uwierzyć. Jeszcze trudniej z nim zostać, kiedy zawsze jest „okej”. Tak przynajmniej słyszałem. - Westchnąłem cicho, bardziej do siebie niż do niej. - Więc nie, nie poległem, przez to poległem. Poległem w niepoleganiu. - Dodałem spokojniej. Po prostu nie nauczyłem się na czas, że czasem trzeba się przewrócić… Przy kimś właściwym, pozwolić mu to zobaczyć, zanim zrobi się to z kimś innym, z desperacji.
Zamilkłem na moment, pozwalając sobie dalej liczyć sekundy, bo ten rytm mógł mnie utrzymać przy ziemi. Obraz się przesunął, przez sekundę byłem znowu młody, zakochany w kimś, kto nigdy nie miał czasu, przez następną byłem tu, krwawiący, doświadczony.
- Wiesz - odezwałem się znowu, wolniej, przeciągając słowa, podświadomie próbując nadać im mniejszą wagę, niż miały, mimo bredzenia - normalnie powiedziałbym, że to zdecydowanie za szybkie tempo jak na pierwsze… Cokolwiek. Ale mam świeży rozwód na koncie, więc moje wyczucie rytmu już dawno poszło w diabły. - Zaśmiałem się cicho, bo to brzmiało lepiej, gdy się z tego żartowało, próbując złapać ją wzrokiem, choć obraz falował. - To nawet zabawne. - Parsknąłem krótko, ale tym razem w tym dźwięku było mniej kpiny, a więcej zmęczenia. - Człowiek przysięga sobie, że przez jakiś czas będzie grzeczny, przewidywalny, emocjonalnie niedostępny… A potem leży w śniegu, krwawi, i flirtuje z kobietą, która właśnie ogłosiła go swoją własnością.
Zamilkłem na moment, czując jak jej palce przesuwały się po ranie, skupione, profesjonalne, to było zaskakująco intymne, zupełnie pozbawione erotyki, a jednak bardziej rozbrajające niż jakikolwiek dotyk, który pamiętałem z ostatnich lat.
- Jeśli to jest mój powrót na rynek - mruknąłem ciszej - to muszę przyznać, że warunki są… Nietypowe.
Przejęła kontrolę nad sytuacją, nie pytała o zgodę na każdy ruch, tylko działała, jakby świat był prosty i dało się go naprawić kawałek po kawałku. Nawet lubiłem to niepokojące poczucie bezpieczeństwa, które pojawiło się zupełnie nie w porę, jak nieproszony gość, który jednak idealnie pasuje do momentu.
- Wiesz, że jeśli to, co robisz, jest faktycznie… - Zawahałem się, dobierając słowo, to było w tym wszystkim najbardziej niepokojące… Zawsze miałem słabość do magii z drugiej półki, do ludzi, którzy wiedzieli więcej, niż mówili na głos. Normalność mnie nudziła, zresztą, osoby z instrukcją obsługi i pieczątką „zatwierdzone” nigdy nie zostawały w głowie na dłużej. Za to te, które miały drugą warstwę, trzecią, czasem zupełnie nieopisaną… Cóż, z nimi zawsze było ciekawiej, niebezpieczniej. - Alternatywne, zdecydowanie musimy podejść do tego bardzo poważnie. - Parsknąłem cicho, bardziej do siebie niż do niej. - Z pełnym zaangażowaniem, wspólną wersją wydarzeń i absolutnym brakiem zeznań. - Zerknąłem na nią uważniej, brednia wciąż się trzymała. - Bo jeśli się prewencyjnie zgniazdujemy, to nie mogę zeznawać przeciwko tobie, prawda? Wolałbym tego nie robić, naprawdę nie mam w sobie genu konfidenta. - Uśmiechnąłem się krzywo, moje palce znowu drgnęły, tym razem świadomie, szukając jej ręki, aż wreszcie ją znalazły, chociaż nie byłem pewien, czy naprawdę ją dotknąłem, czy tylko bardzo chciałem. Uczucie było jednak prawdziwe, tak samo jak myśl, która przyszła zaraz po nim - gdyby nie krew, śnieg i to całe zamieszanie z umieraniem, mógłbym zostać dokładnie w tym miejscu jeszcze długo. To, co działo się teraz, miało w sobie coś intymnego w sposób zupełnie nieplanowany, i że fakt, iż sprawiało mi to przyjemność, był prawdopodobnie kolejną komplikacją, którą z pełną premedytacją dokładaliśmy do umowy. I, o dziwo, wcale nie chciałem jej wykreślać.
- Hej… Wyjątkowo nie protestuję, bo nie za bardzo mogę. Nie jestem łatwy. - Wymsknęło mi się, z wywróceniem oczami. Zacisnąłem palce w śniegu, bo kolejna fala zawrotów głowy próbowała mnie pociągnąć gdzieś w bok. Oparłem potylicę o glebę, mrugnąłem kilka razy. Czułem jej dłonie pod moim ubraniem, konkretne, zdecydowane, nieprzepraszające za swoją obecność, to było dziwnie intymne w sposób, którego nie dało się pomylić z flirtowaniem przy ognisku, a jednak mój mózg i tak próbował iść w tę stronę, jak pies wracający na znaną ścieżkę. - Chociaż muszę przyznać, że twoje „póki co” też brzmi obiecująco. Daje człowiekowi coś, na co może czekać, jak już przestanie krwawić. - Oddech miałem płytszy, ciało coraz cięższe, ale gadanie nadal przychodziło mi zbyt łatwo. - Tylko zapamiętaj, że to ty zaczęłaś. Jak wyjdziemy z tego cało, będę to wykorzystywał jako argument. - Dodałem z ledwie wyczuwalnym uśmiechem. - Egzemplarz powystawowy, czy nie, nadal jestem całkiem przywiązany do idei dalszego użytkowania. Jak już mnie sobie „przywłaszczyłaś”… - Uprzedziłem. - I żeby była jasność… - Mruknąłem, przymykając na moment oczy, zanim znowu na nią spojrzałem. - To nie jest ten rodzaj sytuacji, w którym masz być delikatna. Jak już mnie obmacywać, to porządnie. Profesjonalnie. Z zaangażowaniem. - Mrugnąłem, próbując skupić na jej twarzy, na tym, że była tu, naprawdę tu, pochylona nade mną. Palce same zacisnęły mi się na jej rękawie, ledwie zauważalnie, bardziej odruchem niż świadomą decyzją. - I na litość, nie bądź pokrzepiająca. Wolę ból od kłamstwa. - Parsknąłem cicho, ale zaraz potem musiałem wciągnąć powietrze ostrożniej, jakby płuca nagle przypomniały sobie, że jednak obowiązują je jakieś zasady.
- Jak zacznę bredzić, to… Cokolwiek. Zadawaj pytania. Nawet głupie. Dobrze mi idzie odpowiadanie na głupie pytania. - Odetchnąłem płytko i dodałem, niemal szeptem, z cieniem dawnej zadziorności. Jej palce na moim nadgarstku były stanowcze, profesjonalne, a jednocześnie zaskakująco… Przyjemne. Czułem, jak liczyła, skupiała się na rytmie, przez moment naprawdę nic nie mówiłem, pozwalając jej robić swoje. To było dziwnie kojące, być w czyichś rękach w tak dosłowny sposób.
- Hm. - Mruknąłem w końcu, oddech uciekł mi w krótki śmiech, który zaraz potem przeszedł w cichsze, nierówne nabranie powietrza. Bolało. - To zależy, jak definiujesz „poległeś”. - Przekręciłem lekko głowę w jej stronę, próbując złapać jej spojrzenie, choć świat dalej miał tendencję do falowania, jakby ktoś źle ustawił mi ostrość. Zamrugałem parokrotnie, mając wrażenie, że na chwilę urwał mi się wątek.
Drgnąłem, jeszcze zanim różdżka rozświetliła powietrze, jakbym instynktownie wyczuł, że zaraz wydarzy się coś, na co nie miałem już żadnego wpływu. Słowa dotarły do mnie z opóźnieniem, bardziej jako wibracja niż dźwięk, a potem… Potem świat na moment wyostrzył się aż za bardzo. Wciągnąłem gwałtowniej powietrze, ramiona napięły się same, zupełnie wbrew rozsądkowi. To „dziwnie”, o którym mówiła, nie było abstrakcyjne, to było ciepło wlewane w żyły, jakby ktoś nagle dolał paliwa do silnika, który od dawna pracował na oparach. Serce przyspieszyło, ból stał się bardziej punktowy, wyraźniejszy, ale też… Bardziej znośny, jakby organizm przypomniał sobie, że jeszcze ma coś do powiedzenia. Znałem to uczucie, nie z tej strony, nie w tej konfiguracji, ale znałem moment, w którym magia przestawała być czysta, książkowa, podpisana pieczęcią szpitala i zaczynała… Skręcać, robić coś po swojemu, pod skórą rozlało mi się ciepło, inne niż wcześniej, cięższe, bardziej intymne, jakby ktoś majstrował nie przy ranie, tylko przy samym mechanizmie podtrzymywania mnie przy życiu.
Wypuściłem powietrze przez zęby, krótko, z tym krzywym parsknięciem, które zwykle oznaczało, że coś mnie rozbawiło i zaniepokoiło jednocześnie - bardziej z niedowierzania niż z rozbawienia, i przekręciłem minimalnie głowę w jej stronę.
- Wiesz… - Wymamrotałem, głos miałem słaby, ale myśl zaskakująco jasną. - Mogę się nie znać, ale to… - Mój oddech złapał inny rytm, serce przyspieszyło nieprzyjemnie, ale stabilniej, to było dziwne uczucie, jakby organizm dostał rozkaz, a nie pomoc. - To nie jest standardowe „proszę nie umrzeć na moich rękach”, prawda? To jest co najmniej z pogranicza legalności. Średnio legalne. Albo bardzo nielegalne. Zależy, gdzie zapytasz. - Rzuciłem z rozbawioną bezczelnością, która brzmiała, jakbym komentował czyjś nieprzepisowy manewr drogowy, a nie fakt, że ktoś właśnie przelewał we mnie coś, co zdecydowanie nie było „zalecane”. - Robiłem w bardzo nielegalnych obejściach zabezpieczeń przez wystarczająco długi czas, żeby wiedzieć, kiedy ktoś mi właśnie… Omija protokół. - Mruknąłem, głos miałem niższy, zachrypnięty, ale świadomy, jak ktoś, kto dokładnie rozpoznaje, że przekracza się rubikon. Nie mówiłem tego oskarżycielsko, raczej z uznaniem i nutą rozbawienia, która była absolutnie nie na miejscu.
Skupiłem się na wrażeniu, które wcale nie było lekkie, raczej ciężkie, gęste, jakby nie należało wyłącznie do mnie. To było jak zawieszenie między „jeszcze żyję” a „zaraz będę miał do niej pretensje, że mnie to kręci”, jakby ktoś wsunął dłoń nie tam, gdzie wolno, tylko tam, gdzie się nie zagląda bez zaproszenia. Wiedziałem, że robiła coś więcej, nie umiałem nazwać zaklęcia, ale wiedziałem, czym nie było - właśnie to sprawiło, że uśmiech sam wpełzł mi na usta. Świat nadal falował, ale jej sylwetka była ostra, skupiona, realna - to pomagało. Powietrze zgęstniało, a we mnie coś się przesunęło, jakby ktoś dotknął mechanizmu, który nie powinien być dotykany przez osoby trzecie. Oddech na moment mi się urwał, potem wrócił z wyraźniejszym pulsem, serce przyspieszyło, ale nie panicznie. Raczej…
Na moment spoważniałem, naprawdę, jakby coś we mnie uznało, że skoro ona sięgała po ciężką artylerię, ja też powinienem zmienić ton.
- Słuchaj mnie. - Stwierdziłem nagle poważnie, z tą drugą barwą głosu, której używałem tylko w terenie, kiedy nie było miejsca na żarty, aż sam się zdziwiłem tym tonem. - Słuchaj mnie teraz, dobrze? - Odchrząknąłem krótko, aż zabolało mnie w piersi. - Nie jestem tu kimś w rodzaju… Szychy. Wiesz. Radzę sobie sam. - Oddech mi się urwał, ale uśmiech pojawił się na swoim typowym miejscu - był stary, wyuczony, niezależny od stopnia skomplikowania sytuacji. Przełknąłem ślinę, czując zmęczenie, które zaczynało ciążyć mi pod skórą inaczej niż przedtem. - Nie wykorzystuj na mnie sił, musisz wrócić do obozu. - Chciałem podnieść rękę, wskazać kierunek, ale palce nie chciały współpracować, zamiast tego zamknąłem je na jej kurtce, zbyt mocno, jak dzieciak, który bał się, że ktoś mu zniknie. - Wiem. - Dodałem szybko, zanim zdążyła zaprotestować. - Wiem, że jest zasypany. To nie ma znaczenia. Musisz tam iść. Jak mnie z tobą nie będzie. - Stwierdziłem, a potem parsknąłem, bo to brzmiało patetycznie. - Nie, inaczej, jak wrócisz do obozu… W moim namiocie, tym po lewej od paleniska, jest torba. Ciemna, z przetartym paskiem. Masz ją wziąć. Weź torbę i idź na południowy zachód. Zawsze południowy zachód. Kompas nie kłamie. Ludzie tak. Jak będziesz sama, musisz się bronić. Nie negocjuj tego ze mną, dobrze. Nie negocjuje się z górami ani z ludźmi, którzy przeżyli. - Westchnąłem, rzucając kolejnymi krótkimi, urywanymi zdaniami, bo takie były teraz najlepsze. - Nie improwizuj. Idziesz na południowy zachód, trzymasz linię lasu. Nie skracaj przez żleb. W torbie masz broń, mapę i kompas. Weź wszystko. Broń na wierzchu. Mapę do kieszeni wewnętrznej. Kompas na szyję. Znasz takie instrukcje. Zawsze byłaś dobra w instrukcjach. - Ciągnąłem, jakbym dyktował raport, innym głosem, twardszym, dorosłym, tym, którego używałem, kiedy wydawałem polecenia i ludzie je wykonywali. To było absurdalne, bo obóz mógł nie istnieć, ale mój głos trzymał się faktów jak kotwicy. - Nie filozofuj. To nie jest miejsce na elegancję. - Parsknąłem krótko, bo to było zabawne w najgorszy możliwy sposób - elegancja, ona zawsze ją miała, nawet teraz, z krwią na dłoniach. Szkarłat na śniegu był faktem, nie metaforą - znowu sobie o tym przypomniałem. Wykrwawianie się miało swoje etapy, a ja byłem w tym zaskakująco kompetentny, doświadczenie nie zawsze ratuje życie, ale daje iluzję kontroli, a ta bywa cenna. Mówiłem wolno, wyraźnie, jak do kogoś, kto musi zapamiętać każde słowo.
Mrugnąłem, obraz znów się rozszczepił - byłem Wishem i nie byłem nim jednocześnie.
- A poza tym pierdolisz. - Mruknąłem, z wyrzutem, który nie pasował do sytuacji. Nie wiedziałem, czy to mówiłem do niej, czy do tej drugiej Prudence sprzed lat, ale w tej chwili nie miało to znaczenia. Liczyło się tylko to, że była obok i że nie odwracała wzroku. - Gdybym chciał czegoś innego, nie krążyłbym. To obrzydliwie niesprawiedliwe wobec ciebie, tak się oceniać. Już to widziałem. Już to słyszałem. Nie bądź durna. Znajdziesz sobie kogoś. - Powiedziałem ciszej, wciąż do niej i nie do niej, gdzieś wewnątrz wciąż wiedziałem, że jeśli przestanę gadać, to krążenie się skończy, a tego… Tego chyba nie chcieliśmy.
Pozwoliłem powietrzu wyjść z płuc wolniej, niż weszło, jakbym chciał sprawdzić, czy dalej mam nad tym jakąkolwiek kontrolę. Świat był zawężony do bardzo prostych elementów - białe tło, ciemne niebo, jej sylwetka nachylona nade mną i dłonie, które robiły dokładnie to, co powinny, a przy okazji robiły coś jeszcze. Kotwiczyły mnie. I, cholera, podobało mi się to bardziej, niż było rozsądne.
Czułem każdy jej ruch z przesadną wyrazistością, jakby ciało uznało, że skoro już i tak jest źle, to nie ma sensu niczego filtrować. Poczułem, jak coś we mnie niepotrzebnie się rozluźniło, jakby samo to, że ktoś sprawdzał, czy jeszcze jestem, dawało mi przyzwolenie na szczerość, której zwykle sobie odmawiałem. A może na bredzenie? To chyba było bredzenie, nawet jeśli wydawało mi się inaczej.
- Nie. - Powiedziałem w końcu, wracając myślami do chwili wcześniej, odrobinę plącząc wnioski i słowa. - Nie poległem. - Odwróciłem głowę, żeby spojrzeć w niebo, bo łatwiej było mówić do gwiazd niż w stronę kogoś, kto był tuż obok. Oddychałem równo, choć zimno wciskało mi się pod ubranie. - Zawsze się podnosiłem. Zawsze stałem do końca. Zawsze miałem jeszcze jeden ruch, jeszcze jeden plan, jeszcze jedno „dam radę”. - Mówiłem bardzo cicho, powoli, uśmiech, który pojawił się na moich ustach, też był krótki i krzywy. - I właśnie dlatego. - Poruszyłem lekko dłonią, chcąc coś pokazać, sam nie do końca wiedziałem, co dokładnie, ale zabrakło mi siły, więc tylko moje palce drgnęły, leciuteńko. - Nie chciała mnie. Nie takiego. Zresztą, nie tylko ona. - Wzruszyłem ramieniem, na ile pozwalało ciało. - Kogoś, kto nigdy nie przegrywa, trudno objąć, wiesz? Trudno mu uwierzyć. Jeszcze trudniej z nim zostać, kiedy zawsze jest „okej”. Tak przynajmniej słyszałem. - Westchnąłem cicho, bardziej do siebie niż do niej. - Więc nie, nie poległem, przez to poległem. Poległem w niepoleganiu. - Dodałem spokojniej. Po prostu nie nauczyłem się na czas, że czasem trzeba się przewrócić… Przy kimś właściwym, pozwolić mu to zobaczyć, zanim zrobi się to z kimś innym, z desperacji.
Zamilkłem na moment, pozwalając sobie dalej liczyć sekundy, bo ten rytm mógł mnie utrzymać przy ziemi. Obraz się przesunął, przez sekundę byłem znowu młody, zakochany w kimś, kto nigdy nie miał czasu, przez następną byłem tu, krwawiący, doświadczony.
- Wiesz - odezwałem się znowu, wolniej, przeciągając słowa, podświadomie próbując nadać im mniejszą wagę, niż miały, mimo bredzenia - normalnie powiedziałbym, że to zdecydowanie za szybkie tempo jak na pierwsze… Cokolwiek. Ale mam świeży rozwód na koncie, więc moje wyczucie rytmu już dawno poszło w diabły. - Zaśmiałem się cicho, bo to brzmiało lepiej, gdy się z tego żartowało, próbując złapać ją wzrokiem, choć obraz falował. - To nawet zabawne. - Parsknąłem krótko, ale tym razem w tym dźwięku było mniej kpiny, a więcej zmęczenia. - Człowiek przysięga sobie, że przez jakiś czas będzie grzeczny, przewidywalny, emocjonalnie niedostępny… A potem leży w śniegu, krwawi, i flirtuje z kobietą, która właśnie ogłosiła go swoją własnością.
Zamilkłem na moment, czując jak jej palce przesuwały się po ranie, skupione, profesjonalne, to było zaskakująco intymne, zupełnie pozbawione erotyki, a jednak bardziej rozbrajające niż jakikolwiek dotyk, który pamiętałem z ostatnich lat.
- Jeśli to jest mój powrót na rynek - mruknąłem ciszej - to muszę przyznać, że warunki są… Nietypowe.
Przejęła kontrolę nad sytuacją, nie pytała o zgodę na każdy ruch, tylko działała, jakby świat był prosty i dało się go naprawić kawałek po kawałku. Nawet lubiłem to niepokojące poczucie bezpieczeństwa, które pojawiło się zupełnie nie w porę, jak nieproszony gość, który jednak idealnie pasuje do momentu.
- Wiesz, że jeśli to, co robisz, jest faktycznie… - Zawahałem się, dobierając słowo, to było w tym wszystkim najbardziej niepokojące… Zawsze miałem słabość do magii z drugiej półki, do ludzi, którzy wiedzieli więcej, niż mówili na głos. Normalność mnie nudziła, zresztą, osoby z instrukcją obsługi i pieczątką „zatwierdzone” nigdy nie zostawały w głowie na dłużej. Za to te, które miały drugą warstwę, trzecią, czasem zupełnie nieopisaną… Cóż, z nimi zawsze było ciekawiej, niebezpieczniej. - Alternatywne, zdecydowanie musimy podejść do tego bardzo poważnie. - Parsknąłem cicho, bardziej do siebie niż do niej. - Z pełnym zaangażowaniem, wspólną wersją wydarzeń i absolutnym brakiem zeznań. - Zerknąłem na nią uważniej, brednia wciąż się trzymała. - Bo jeśli się prewencyjnie zgniazdujemy, to nie mogę zeznawać przeciwko tobie, prawda? Wolałbym tego nie robić, naprawdę nie mam w sobie genu konfidenta. - Uśmiechnąłem się krzywo, moje palce znowu drgnęły, tym razem świadomie, szukając jej ręki, aż wreszcie ją znalazły, chociaż nie byłem pewien, czy naprawdę ją dotknąłem, czy tylko bardzo chciałem. Uczucie było jednak prawdziwe, tak samo jak myśl, która przyszła zaraz po nim - gdyby nie krew, śnieg i to całe zamieszanie z umieraniem, mógłbym zostać dokładnie w tym miejscu jeszcze długo. To, co działo się teraz, miało w sobie coś intymnego w sposób zupełnie nieplanowany, i że fakt, iż sprawiało mi to przyjemność, był prawdopodobnie kolejną komplikacją, którą z pełną premedytacją dokładaliśmy do umowy. I, o dziwo, wcale nie chciałem jej wykreślać.