26.12.2025, 13:14 ✶
Ceolsige przesunęła opuszkiem palca po krawędzi starego, oprawionego w skórę kalendarza. Jej paznokieć, idealnie wypiłowany, wydał cichy, drapiący dźwięk na starym pergaminie. Nadchodził Mabon a potem Yule. Czas, który przewidywała w roku 1972 smakować będzie nadal popiołem bardziej niż korzennymi przyprawami. Widziała ludzi na ulicach oraz tych, którzy odwiedzali jej przybytek. Zaczerwieniona oczy, opuchnięte od płaczu twarze, drżące dłonie ściskające resztki dobytku ocalonego po Wrześniowej Nocy. Okolica wyraźnie naznaczona była ludzką stratą, nad którą czerniała małostkowa mgła nieuzasadnionego poczucia sukcesu prowodyrów tragedii. Ciężar, jaki wisiał nad Londynem, gęsty i lepki jak mgła nad Tamizą. Atmosfera i emocje były jasne dla każdego kto posiadał w sobie jeszcze jakąkolwiek namiastkę duszy i jakikolwiek zmysł obserwacji. A jednak, gdy sama mrugała, jej rzęsy nie napotykały oporu wilgoci.
To nie była kwestia chłodu serca. Burke'owie nie byli z kamienia, po prostu ich hydraulika emocjonalna działała w obiegu zamkniętym. Przynajmniej ta gałąź rodziny nie miała w zwyczaju zbyt wylewnie okazywać smutku lub żalu. Może to natura rodziny może element naturalnego dostosowania do środowiska. Nokturn, na którym się wychowała, był miejscem, które wysysało wilgoć. Tu nie płakało się na zewnątrz. Łzy na Nokturnie były jak krew w wodzie pełnej rekinów – sygnałem słabości, zaproszeniem do ataku, a w najlepszym wypadku: celem kpiny.
Sięgnęła pamięcią wstecz, do Yule sprzed lat. Obraz był wyraźny, pozbawiony sentymentalnej mgiełki, ale na swój sposób ciepły. Pamiętała stół zastawiony pieczystym – krwistym, tak jak lubiła. I dwa puste krzesła. Ojciec i dziadek. Tamtego roku interesy wezwały ich daleko od domu. Nie było w tym tragedii, nagłego wypadku czy dramatycznego listu. Był plan. Był harmonogram. Wiedziała o tym tygodnie wcześniej. Czy dziewczynka powinna płakać, gdy jej bliskich nie ma przy dzieleniu się podarkami? Być może inna by płakała. Ceolsige pamiętała jedynie, że czuła ukłucie gdzieś głęboko w przeponie, ciężką kulę smutku, która osiadła na dnie żołądka, tuż obok niestrawionego żalu. Nie cały czas, tylko przy różnych czynnościach. Głównie dlatego, że matka wydawała się zmartwiona. Ale oczy? Oczy miała suche, gdy kroiła mięso, dbając o to, by nóż nie zgrzytał o porcelanę.
– Sentymenty... – mruknęła do siebie, a słowo to niosło w sobie nutkę żartobliwej przygany skierowanej do samej siebie.
To nie była kwestia chłodu serca. Burke'owie nie byli z kamienia, po prostu ich hydraulika emocjonalna działała w obiegu zamkniętym. Przynajmniej ta gałąź rodziny nie miała w zwyczaju zbyt wylewnie okazywać smutku lub żalu. Może to natura rodziny może element naturalnego dostosowania do środowiska. Nokturn, na którym się wychowała, był miejscem, które wysysało wilgoć. Tu nie płakało się na zewnątrz. Łzy na Nokturnie były jak krew w wodzie pełnej rekinów – sygnałem słabości, zaproszeniem do ataku, a w najlepszym wypadku: celem kpiny.
Sięgnęła pamięcią wstecz, do Yule sprzed lat. Obraz był wyraźny, pozbawiony sentymentalnej mgiełki, ale na swój sposób ciepły. Pamiętała stół zastawiony pieczystym – krwistym, tak jak lubiła. I dwa puste krzesła. Ojciec i dziadek. Tamtego roku interesy wezwały ich daleko od domu. Nie było w tym tragedii, nagłego wypadku czy dramatycznego listu. Był plan. Był harmonogram. Wiedziała o tym tygodnie wcześniej. Czy dziewczynka powinna płakać, gdy jej bliskich nie ma przy dzieleniu się podarkami? Być może inna by płakała. Ceolsige pamiętała jedynie, że czuła ukłucie gdzieś głęboko w przeponie, ciężką kulę smutku, która osiadła na dnie żołądka, tuż obok niestrawionego żalu. Nie cały czas, tylko przy różnych czynnościach. Głównie dlatego, że matka wydawała się zmartwiona. Ale oczy? Oczy miała suche, gdy kroiła mięso, dbając o to, by nóż nie zgrzytał o porcelanę.
– Sentymenty... – mruknęła do siebie, a słowo to niosło w sobie nutkę żartobliwej przygany skierowanej do samej siebie.