• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 16 Dalej »
[12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B.

[12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B.
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
26.12.2025, 21:25  ✶  
Serce waliło mi w klatce piersiowej w sposób zupełnie nieadekwatny do porannej katastrofy, jaką był ten dzień. Starałem się być sobą, tym samym aroganckim, wyluzowanym chłopakiem, ale coś było nie tak. Mózg robił przewroty, a ciało reagowało szybciej niż rozsądek. Byłem przekonany, że ona pamiętała więcej niż ja, i to poczucie siedziało mi pod skórą jak drzazga.
Kiedy Prue wpadła na mnie pod drzwiami Wielkiej Sali, przez moment miałem wrażenie, że to halucynacja. Była zbyt znajoma, zbyt blisko, w głowie praktycznie od razu zapaliła mi się cicha lampka z napisem „to już było”, tylko że bez obrazu, raczej impuls niż świadomość - ciało wiedziało coś, czego ja nie wiedziałem. Moje ręce same zareagowały, zanim mózg zdążył wtrącić swoje trzy niepotrzebne knuty, złapałem ją w pasie i przyciągnąłem, pewnie, odruchowo, jakbym robił to codziennie od lat.
Puls zrobił mi coś niepokojącego dokładnie w tym momencie, w którym na mnie spojrzała. Nie było to zwykłe przyspieszenie, nie durne łomotanie po alkoholu, tylko ten jeden, krótki koziołek serca, jakby ktoś podciął mi grunt pod nogami, a potem brutalnie go zwrócił - nic dziwnego, że mózg natychmiast próbował to zagadać.
- Spokojnie. - Rzuciłem, z tym swoim zwyczajowym luzem, który zwykle działał jak zaklęcie ochronne. Zauważyłem jej wycofanie, to było nowe, Prudence zawsze stała prosto, nawet gdy świat próbował ją złamać w pół. Teraz wyglądała, jakby ktoś przygasił światło. A ja… Ja nie wiedziałem, czy to moja wina, czy tylko kac próbował dorobić mi sumienie. - Grunt jest przereklamowany. Od lat próbuję to udowodnić. Hogwart bywa zdradliwy o poranku. Schody knują, posadzki czyhają. Trzeba mieć refleks. - Mówiąc to patrzyłem na nią dłużej, niż powinienem, i dokładnie wiedziałem, że to błąd. Serce w dalszym ciągu robiło mi coś dziwnego, zupełnie niekulturalnego jak na poranek po Yule. Biło za szybko, potem jakby gubiło rytm, wykonywało w środku klatki piersiowej mały, niepotrzebny półobrót.
Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że trzymam ją sekundę za długo. Puściłem ją więc z tym swoim standardowym, bezczelnym luzem, który zwykle ratował mnie z każdej sytuacji. Udawałem, że to tylko kac, kac był wygodną wymówką na wszystko. Przesunąłem palcami pod kołnierzykiem świątecznej koszuli, odruchowo, jak zawsze, kiedy robiło mi się zbyt ciasno we własnej skórze, jakbym nagle potrzebował więcej powietrza, chociaż stałem w przeciągu. Materiał był jeszcze sztywny, świeży, pachniał czymś drogim i kompletnie niepasującym do mojego stanu. Czułem na sobie jej spojrzenie i jednocześnie byłem niemal pewien, że ona widzi więcej niż ja, bo pamięta - w tej jej głowie, poukładanej jak biblioteczne archiwa, zostało coś, czego u mnie nie było. Ta myśl była nieprzyjemna, drapiąca.
Kiedy odpowiedziała, parsknąłem cicho, bardziej z przyzwyczajenia niż z faktycznej wesołości. Uśmiechnąłem się krzywo, dokładnie tak, jak powinien uśmiechać się Rookwood w gorszy dzień. Tylko że to nie był zwykły gorszy dzień, to był dzień z luką, z ciszą w głowie, która brzmiała podejrzanie głośno. Przechyliłem lekko głowę, mrużąc oczy, jakbym naprawdę ją oceniał, chociaż prawda była taka, że widziałem coś zupełnie innego niż „siedem nieszczęść”. Nie w sensie żartu, nie w tym wygodnym, kacowym „urwane kadry, haha, co za noc”, tylko naprawdę. Miałem w sobie tylko strzępy, migawki, uczucia bez podpisów, ciepło bez instrukcji obsługi, to było chore, pojebane.
- O, proszę. - Mruknąłem, odbiła piłeczkę, bo tak, oczywiście, że ją odbiła, zawsze to robiła, zawsze mnie to wkurzało w sposób, który miał w sobie za dużo sympatii jak na zdrową rywalizację. - Zawsze do usług. - Rzuciłem, dalej wykrzywiając usta w tym swoim bezczelnym półuśmiechu, który zwykle przychodził mi bez wysiłku. - Mam talent do wspierania ludzi w kryzysie. Oddaję zwycięstwo na dziś, ale nie przyzwyczajaj się. - Dodałem, próbując wrócić do siebie, do tej wersji, która zawsze miała ripostę gotową zanim ktokolwiek zdążył mrugnąć.
Puściłem ją przodem, jakby to był zwykły gest, jakby nie znaczył absolutnie nic - zrobiłem krok w bok, jak dżentelmen albo tchórz, jeszcze nie byłem pewien, kim dziś jestem. Szliśmy obok siebie do Wielkiej Sali, a raczej ona szła przede mną, a ja automatycznie dostosowałem krok, jakbym robił to od dawna, tym razem trzymając się ciutkę dalej. Światło bolało mnie fizycznie, zapach jedzenia był jak obelga, ale i tak bardziej rozstrajało mnie coś innego, cięższego, siedzącego gdzieś pod moimi żebrami. Mimo to z zewnątrz udawałem spokój. Byłem wyluzowany - przynajmniej bardzo się starałem - nawet jeśli pod koszulą, tuż pod obojczykiem, pulsowało mi coś jeszcze, coś świeżego, czego nie zauważałem, a co mogło wiele wyjaśnić komuś mniej ślepemu niż ja. Malinka - świeża, bezczelna, dokładnie tam, gdzie nie powinna się znaleźć po niewinnej rozmowie o gwiazdach.
Zatrzymałem się na chwilę tuż za progiem Wielkiej Sali, mrużąc oczy, bo poranek był zdecydowanie zbyt jasny jak na moje możliwości percepcyjne. Przez moment liczyłem, że zobaczę któregoś z kumpli, los zlituje się nade mną i da mi alternatywę. Rozglądałem się za miejscem, za kimkolwiek znajomym. Jeden wielki stół wyglądał jednak jak plansza do gry, na której wszystkie pola były zajęte albo kompletnie nie do przyjęcia. Żadnego wolnego miejsca, które nie krzyczałoby „usiądź tu i udawaj, że wszystko jest normalne”. Świat wyraźnie postanowił się nie wysilać, jedyne sensowne miejsce znajdowało się bezpośrednio przy Prudence.
- Świetnie. - Burknąłem pod nosem, do siebie i do wszechświata. - Idealnie. - Westchnąłem w myślach i ruszyłem w tamtą stronę, skoro i tak nie miałem realnego wyboru - albo to, albo całkowite wycofanie się ze śniadania - odsunąłem krzesło naprzeciwko niej i usiadłem, opierając się niedbale, jakby to była najbardziej sensowna decyzja poranka, najnaturalniejsze posunięcie na świecie - jakbyśmy robili tak od zawsze, albo wczoraj, albo w innym życiu. Spojrzałem na Prue znad blatu stołu, a moje serce znowu zrobiło ten sam głupi numer.
- No to… Dzień dobry. - Mruknąłem, jakbyśmy spotkali się tu przypadkiem, zupełnie obcy sobie ludzie.
Bez słowa sięgnąłem po dzbanek i nalałem sobie do szklanki - woda, oczywiście - postawiłem ją przed sobą, po czym niemal odruchowo sięgnąłem po drugi dzbanek, ten właściwy, nachyliłem się i nalałem Prudence dokładnie to, co zawsze wybierała, nawet nie musiałem na nią patrzeć. Zrobiłem to zbyt naturalnie, jak ktoś, kto nie powinien już tego wiedzieć - jak ktoś, kto pamiętał ją sprzed wojny na spojrzenia i tytuły, sprzed rywalizacji, stare nawyki miały długie pazury.
- Nawodnienie to podstawa. - Rzuciłem nonszalancko, jakby to była czysta teoria, a nie wiedza zbyt osobista jak na „rywali”. - Obiecuję nie gryźć. - Powiedziałem machinalnie, unosząc dłonie w obronnym geście, chociaż nikt mnie nie atakował.. - Przynajmniej nie bez wyraźnej prowokacji. - Zorientowałem się dopiero sekundę później, za późno, żeby się wycofać. Zamiast tego wzruszyłem ramionami, jakby to nic nie znaczyło, i zacząłem zbierać z najbliższego zasięgu kilka półproduktów, z wprawą kogoś, kto robił to nie pierwszy raz. Łyżka, trochę tego, odrobina tamtego, jeszcze trochę tego, no i trochę tamtego. Wymieszałem wszystko szybko, sprawnie, po czym przesunąłem w jej stronę jedną z dwóch szklanek.
- Na kaca. - Rzuciłem, wzruszając ramionami, jakby to było nic wielkiego. Kilka cieczy zmieszało się całkiem gładko, kolor wyszedł… Dyskusyjny. Pachniało podejrzanie i wyglądało jeszcze gorzej. - Działa lepiej niż kazania prefektów. - Uniosłem swoją szklankę i wypiłem zawartość jednym haustem. Skrzywiłem się minimalnie, tylko na moment, na tyle krótko, by nie stracić twarzy. Otarłem usta wierzchem dłoni i zerknąłem na nią spod rzęs, starając się nie wpatrywać zbyt długo.
- Nienawidzę świąt. - Dodałem spokojnie, opierając się wygodniej, z tym samym luzem, który miał przykryć fakt, że serce nadal biło mi odrobinę za szybko, a mózg uparcie podpowiadał, że w tej historii brakuje kilku bardzo istotnych rozdziałów. Coś mi umykało, czułem to wyraźnie - mózg podpowiadał mi, że układanka ma brakujące elementy, a ja trzymam je w kieszeni, tylko nie wiem, w której.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (9882), Prudence Fenwick (6801)




Wiadomości w tym wątku
[12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B. - przez Benjy Fenwick - 25.12.2025, 05:09
RE: [12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B. - przez Prudence Fenwick - 25.12.2025, 22:50
RE: [12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B. - przez Benjy Fenwick - 26.12.2025, 00:29
RE: [12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B. - przez Prudence Fenwick - 26.12.2025, 08:17
RE: [12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B. - przez Benjy Fenwick - 26.12.2025, 21:25
RE: [12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B. - przez Prudence Fenwick - 26.12.2025, 22:52
RE: [12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B. - przez Benjy Fenwick - 27.12.2025, 00:11
RE: [12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B. - przez Prudence Fenwick - 27.12.2025, 23:06
RE: [12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B. - przez Benjy Fenwick - 28.12.2025, 00:19
RE: [12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B. - przez Prudence Fenwick - 28.12.2025, 14:18
RE: [12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B. - przez Benjy Fenwick - 28.12.2025, 19:19
RE: [12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B. - przez Prudence Fenwick - 01.01.2026, 18:40
RE: [12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B. - przez Benjy Fenwick - 03.01.2026, 16:50
RE: [12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B. - przez Prudence Fenwick - 30.01.2026, 22:07

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa