28.12.2025, 11:41 ✶
Faye nigdy nie oceniała go ze względu na przypadłość, która go trawiła. Nie była jednak pewna, czy Leviathan to wiedział - być może dla niego to było naturalne, że ludzie go odtrącali ze względu na wygląd, lecz dla niej... On był dla niej po prostu odpychający z charakteru. To, jak zachowywał się teraz, gdy była w potrzebie, a jak zachowywał się wcześniej, gdy wpadli na siebie w Londynie - to doprowadzało ją do furii. Jakby mężczyzna nie mógł się zdecydować, którą maskę przywdziać.
- Masz rację - powiedziała, zaciągając się dymem. Zakaszlała - palenie papierosów tuż po tym, jak jej płuca napełniły się dymem ze spalonych budynków i ciał, nie było najmądrzejszym posunięciem, ale to był odruch. Odruch, który jeszcze nie był uzależnieniem, ale był o włos od tego, by takim się stać. Na powrót oczy kobiety zaszły łzami, lecz tym razem nie smutku, a bólu, który został wywołany nieprzyjemnym gryzieniem w krtań. - Źle się do tego zabieraliśmy. Powinniśmy iść tam, gdzie dokonaliśmy największego błędu w naszym życiu. Powinni anulować to małżeństwo, byliśmy pod wpływem.
Powiedziała w końcu, nie patrząc na Leviathana. W zasadzie to zaczynała odczuwać gniew, bo to, co się stało, zdeterminowało jej kolejne lata życia i mocno odbijało się na teraźniejszości. A przecież to nie powinno się stać - nikt normalny nie powinien udzielać ślubu osobom, które były aż tak pijane. Nie było na to żadnego paragrafu albo coś?
- Gdy to wszystko się uspokoi, zajmiemy się tym, dobrze? - spojrzała w końcu na niego, a w jej oczach po raz pierwszy od dawna pojawiła się namiastka spokoju. - Najlepiej przed Mabon. Uwolnisz się ode mnie.
A ona od niego. Chciała coś jeszcze dodać, ale nadpalona belka odpadła od ściany i runęła na ziemię zupełnie niespodziewanie. Nie była duża, ale wystarczająca, żeby narobić hałasu. Faye aż podskoczyła, wypuszczając papierosa z dłoni.
- Masz rację - powiedziała, zaciągając się dymem. Zakaszlała - palenie papierosów tuż po tym, jak jej płuca napełniły się dymem ze spalonych budynków i ciał, nie było najmądrzejszym posunięciem, ale to był odruch. Odruch, który jeszcze nie był uzależnieniem, ale był o włos od tego, by takim się stać. Na powrót oczy kobiety zaszły łzami, lecz tym razem nie smutku, a bólu, który został wywołany nieprzyjemnym gryzieniem w krtań. - Źle się do tego zabieraliśmy. Powinniśmy iść tam, gdzie dokonaliśmy największego błędu w naszym życiu. Powinni anulować to małżeństwo, byliśmy pod wpływem.
Powiedziała w końcu, nie patrząc na Leviathana. W zasadzie to zaczynała odczuwać gniew, bo to, co się stało, zdeterminowało jej kolejne lata życia i mocno odbijało się na teraźniejszości. A przecież to nie powinno się stać - nikt normalny nie powinien udzielać ślubu osobom, które były aż tak pijane. Nie było na to żadnego paragrafu albo coś?
- Gdy to wszystko się uspokoi, zajmiemy się tym, dobrze? - spojrzała w końcu na niego, a w jej oczach po raz pierwszy od dawna pojawiła się namiastka spokoju. - Najlepiej przed Mabon. Uwolnisz się ode mnie.
A ona od niego. Chciała coś jeszcze dodać, ale nadpalona belka odpadła od ściany i runęła na ziemię zupełnie niespodziewanie. Nie była duża, ale wystarczająca, żeby narobić hałasu. Faye aż podskoczyła, wypuszczając papierosa z dłoni.