Nie przeszkadzała, gdy dziewczęcia zabrały się do sprzątania ze stołu. Wdała się jeszcze w cichą rozmowę z panem domu i Lazarusem, ignorując już kompletnie rozczarowane spojrzenia dziewcząt, które nie zmieniały się od nigdy – młode dziewczęcia zawsze marzyły o romansach jak z książek, zresztą stare kobiety też potrafiły tak fantazjować.
Ostatecznie jednak wszyscy się porozchodzili, a Guinevere faktycznie zmieniła się w kota i wskoczyła sobie na fotel przy kominku, kręcąc się na nim kilka razy jak prawdziwy kot, szukając odpowiedniego dla siebie miejsca. A w końcu się położyła, kładąc łebek na przednich łapkach. Burek poszedł z Archibaldem, nie łypał więc na nią psim spojrzeniem.
Trudno powiedzieć, czy to deszcz bębniący o drewno na zewnątrz, szumiący do wtóru z wiatrem ukołysał ją do snu, czy może raczej zmęczenie wyziębionego wcześniej i przemoczonego ciała. Oczy przymknęły jej się same i… zasnęła, tak po prostu. Nie czuła tego zimna, nie czuła niewygody, przywykła już zresztą do spania w różnych warunkach i chyba pierwszy raz od dwóch tygodni spała w miarę dobrze, choć w całkowicie obcym miejscu. Jakby tego właśnie potrzebowała – snu. Długiego, ciężkiego. Nie przeszkadzały jej nawet odgłosy domu, choć gdzieś tam je rejestrowała… Tak jak zapach ziemi.
Skrzyp.
Zastrzygła uchem. Coś zaszurało, coś trzasnęło. Złote oczy otwarły się, całkowicie pewne, że spojrzą na wypalony już kominek, ale… Nie było żadnego kominka. Były nierówno porozrzucane drwa w czymś co kiedyś mogło kominkiem być, ale teraz wystawał stamtąd gruby pień, który piął się w górę i przebijał przez ścianę, zostawiając ją zniszczoną. Było tam dużo ziemi i zgniłych już liści, albo trawy. I przez moment Ginny myślała jeszcze, że to nadal sen, chociaż za cholerę nie mogła sobie przypomnieć, o czym śniła jeszcze przed momentem. I wtedy usłyszała kolejne skrzypnięcie i poderwała się na równe nogi – wszystkie cztery, uświadamiając sobie, że nie śpi na żadnym fotelu, tylko na skołtunionych, brudnych szmatach. Aż podskoczyła, jak to tylko koty potrafiły podskoczyć w miejscu i opadła ze stuknięciem na „podłogę”.
Gdzie była do cholery? Gdzie pan Binns, jego córki i pies? I Lazarus? Czy uderzyła się przy tej teleportacji w głowę tak mocno, że to wszystko sobie uroiła, a do tej ruiny zawędrowała w poszukiwaniu kawałka suchego miejsca? Poczuła jakiś ciężar w żołądku, po trochę ze strachu przed takim obrotem sprawy, a po trochę… Zmrużyła oczy. Jej suszące się przy kominku rzeczy nadal tutaj były – rozłożone na jakichś przypadkowych belkach. Tak samo jak rzeczy tego mężczyzny…
Miauknęła cicho, choć w tym pustym budynku dźwięk ten trochę się poniósł.