– Znalazłam o kamieniach z runami… – powiedziała powoli, odkopując w głowie informacje, nad którymi w ostatnich dniach nie bardzo myślała, całkiem zafrasowana smoliście czarnymi różami w rodzinnym ogrodzie. Więc… to jednak były kamienie? Victoria nie widziała na oczy żadnego z nich, tylko światła, które gasły, gdy rozpraszała ich magię. Rodolphus coś mówił jej o kamieniach, ale nie miała pewności, że to jedno i to samo. A może jednak…? Zatrzymała się, patrząc na Brennę. – W pobliżu Stonehenge? – powtórzyła za nią i mimowolnie spojrzała w prawo, na nic konkretnego, po prostu coś kliknęło w jej głowie. – Czytałam o kromlechach jak właśnie Stonehenge, albo Siedem Sióstr. O kamiennych kręgach układanych w miejscach kultu. Ale nic o świecących kamieniach zakopanych pod ziemią – rozumiała tak z grubsza po co stawiali te kromlechy, ale czemu akurat w tych konkretnych miejscach, albo jak dokładnie miało to działać – to była zagadka, która chyba przepadła gdzieś w dziejach, nigdy nie spisana, bo wydawała się niegdyś oczywista. – Więc raczej nie ma tam informacji jak to rozświetlili, bo czegoś takiego właśnie szukałam, ale nic nie było. Były inne rzeczy – westchnęła. – Więc kamienie z nieba? W sensie meteoryty? Widziałaś je? – zapytała jeszcze. – Ja nie widziałam Polany Ognisk od… wtedy. Jak Niewymowni zajęli tamten teren, to już w ogóle. Więc nie widziałam żadnej rzeczy, która tam była. Tylko rozproszyłam chyba dwa z tych świateł, nie mieliśmy czasu kopać w ziemi – dodała. Nie wiedziała, skąd Voldemort miał tę całą wiedzę, ale nie ulegało wątpliwości, że był dobre kilkanaście kroków przed nimi i ciągle zwiększał przewagę.
– Teraz bardziej widać ciernie – ale nie potrafiła powiedzieć, czy róż było więcej. Na pewno ich nie ubyło, co do tego nie miała wątpliwości.
Rozejrzała się na boki, w które rejony zaprowadziła je Brenna i znajdowały się teraz w południowej części ogrodu, tej, którą poświęcono ogród różany. Tutaj czarne róże przeplatały się z innymi odmianami, dominując jednak nad nimi w dość widoczny sposób. Pozwoliła Brennie powęszyć, nie przeszkadzając jej przy tym, sama przyświecała różdżka, próbując wypatrzyć czegoś, czego nie powinno tutaj być. Niczego rzecz jasna nie widziała, prócz tego, że w pewnym momencie Brenna zaczęła kręcić się w kółko.
– To tu? – zapytała, a gdy poszła za wilczycą, wtedy to usłyszała: dziwne brzęczenie. – Okej, słyszę to. To o tym mówiłaś? – nigdy wcześniej czegoś takiego w tych ogrodach nie słyszała, a teraz aż przyspieszyła kroku, co rozwiało jej włosy i ciemne szaty, jakby była jakąś zjawą krążącą z wilkiem po ogrodach. Dźwięk, jaki dobiegał ich uszu, był zdecydowanie podejrzany i nie zwiastował raczej niczego dobrego.