29.12.2025, 17:23 ✶
Był dla niej okropny; chłodny, nieprzyjemny, szukający jakiejkolwiek słabości, by wcisnąć się w nią niczym ziarnko piasku do buta i niepomiernie irytować. Ale z jego punktu widzenia, wynikało to tylko i wyłącznie z tego, jak ona się zachowywała. Jeżyła się jak niezadowolony szczeniak, kiedy przychodziło do kontaktu z nim i Rowle faktycznie chyba nie był w stanie sięgnąć pamięcią do momentu kiedy nie czuł się, jakby miał przed sobą faktycznie wilka wyciągniętego z lasu. Zastanawiał się czasem czy była to jej własna natura, czy może ciągnąca na niej klątwa, a może coś jeszcze innego - oczywiście nic, co nie miało bezpośrednio wspólnego z jego charakterem.
Byli dla siebie mili tylko raz i tylko wtedy, kiedy pogubili się w morzu alkoholu. Błąd - karygodny i ogromny, ale według niego wciąż sprowadzający się do zwyczajnej pomyłki, nawet jeśli niewymownej w swojej uciążliwości. W końcu żadne z nich nie chciało dzielić ze sobą życia, a mimo tego kiedy widział jak się wiła, jakby nagle skończyło się jej całe życie, coś w nim co rusz i na nowo burzyło się z oburzeniem. Bo jakże ona śmiała? Jak mogła odtrącać jego - czystokrwistego, dziedziczącego rodowy majątek, posiadającego status i przywileje, kiedy sama była tylko zbłąkaną powsinogą?
Przyglądał się jej, trzymając papierosa pomiędzy palcami i powoli paląc, jakby z grzeczności i dla współdzielenia doświadczenia. Miło było słyszeć, że miał rację, tylko czemu z jej ust dawało to taki gorzkawy posmak. Może dlatego nie zabierał się do tej pory na poważnie, nie traktując tematu odpowiednio, bo im dłużej ona tkwiła z nim, tym bardziej mógł jej dopiec. Tym lepiej czuł, że ma nad nią jakąkolwiek kontrolę, nawet jeśli przecież nie potrzebował jej udziału w swoim życiu.
- Kiedykolwiek ci pasuje - podsumował, wypuszczając kłąb sinego dymu z ust. W końcu jemu nic nie było. Jemu, jego rodzinie i domowi. Wszystko stało jak wcześniej, bezpiecznie ukryte pośród walijskich lasów i gór. A ona stała na zgliszczach swojego domu, który walił się praktycznie na ich oczach.
Wyciągnął rękę automatycznie i pociągnął ją do siebie, robiąc kolejnych parę kroków w tył, a tym samym wyciągając ich na zewnątrz tej ruiny.
- Na razie skoncentruj się na pozbieraniu po tej nocy. A kiedy już to zrobisz, załatwimy co trzeba. Gdybyś potrzebowała, to wiesz gdzie mnie szukać - nie uśmiechał się, ale wyraz jego twarzy był niemal łagodny, kiedy jeszcze przez chwilę patrzył na nią, aż chociaż nie przytaknie. Oddał jej swojego papierosa, na wpół wypalonego, rekompensując jej własną stratę i odsunął się od niej, omiatając jeszcze raz cały domek i to co tutaj stworzył. A potem teleportował się z trzaskiem, zostawiając Faye samą.
Byli dla siebie mili tylko raz i tylko wtedy, kiedy pogubili się w morzu alkoholu. Błąd - karygodny i ogromny, ale według niego wciąż sprowadzający się do zwyczajnej pomyłki, nawet jeśli niewymownej w swojej uciążliwości. W końcu żadne z nich nie chciało dzielić ze sobą życia, a mimo tego kiedy widział jak się wiła, jakby nagle skończyło się jej całe życie, coś w nim co rusz i na nowo burzyło się z oburzeniem. Bo jakże ona śmiała? Jak mogła odtrącać jego - czystokrwistego, dziedziczącego rodowy majątek, posiadającego status i przywileje, kiedy sama była tylko zbłąkaną powsinogą?
Przyglądał się jej, trzymając papierosa pomiędzy palcami i powoli paląc, jakby z grzeczności i dla współdzielenia doświadczenia. Miło było słyszeć, że miał rację, tylko czemu z jej ust dawało to taki gorzkawy posmak. Może dlatego nie zabierał się do tej pory na poważnie, nie traktując tematu odpowiednio, bo im dłużej ona tkwiła z nim, tym bardziej mógł jej dopiec. Tym lepiej czuł, że ma nad nią jakąkolwiek kontrolę, nawet jeśli przecież nie potrzebował jej udziału w swoim życiu.
- Kiedykolwiek ci pasuje - podsumował, wypuszczając kłąb sinego dymu z ust. W końcu jemu nic nie było. Jemu, jego rodzinie i domowi. Wszystko stało jak wcześniej, bezpiecznie ukryte pośród walijskich lasów i gór. A ona stała na zgliszczach swojego domu, który walił się praktycznie na ich oczach.
Wyciągnął rękę automatycznie i pociągnął ją do siebie, robiąc kolejnych parę kroków w tył, a tym samym wyciągając ich na zewnątrz tej ruiny.
- Na razie skoncentruj się na pozbieraniu po tej nocy. A kiedy już to zrobisz, załatwimy co trzeba. Gdybyś potrzebowała, to wiesz gdzie mnie szukać - nie uśmiechał się, ale wyraz jego twarzy był niemal łagodny, kiedy jeszcze przez chwilę patrzył na nią, aż chociaż nie przytaknie. Oddał jej swojego papierosa, na wpół wypalonego, rekompensując jej własną stratę i odsunął się od niej, omiatając jeszcze raz cały domek i to co tutaj stworzył. A potem teleportował się z trzaskiem, zostawiając Faye samą.
Koniec sesji
We said we're going to conquer new frontiers
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast