• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy

[12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#4
29.12.2025, 19:12  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.12.2025, 20:47 przez Benjy Fenwick.)  
Patrzyłem na ten pokój i wiedziałem, że to nie było miejsce, w którym powinniśmy zostać choćby na jedną noc. Nie dlatego, że coś było tu złe, wręcz przeciwnie, było za bardzo tym, czym było kiedyś - za ciasne, za delikatne, za bardzo należące do wersji Prudence, która już nie istniała. Dla mnie ten pokój był jak domek dla lalek - musiałem uważać na każdy ruch - ramieniem zahaczałem o framugi, kolanem o łóżko, a gdy się schylałem, baldachim wyglądał, jakby miał mnie udusić z czystej zemsty. Miałem niemal dwa metry wzrostu, sto trzydzieści kilo mięśni i życiorys, który nie mieścił się w pastelowych ścianach, to miejsce mnie nie chciało, ja też nie chciałem tu zostać.
Jeszcze bardziej nie chciałem zostawać tu z jej ojcem w tle, nawet jeśli fizycznie go nie było, czułem go w tym domu, jak przeciąg. Pamiętałem zacisk jego szczęki, to spojrzenie, które mówiło „toleruję cię, ale nie akceptuję”, tę milczącą ocenę. Nie bałem się go, przeszedłem gorsze rzeczy niż niezadowolony teść, ale wolałem nie wdawać się w nieautoryzowane pyskówki - jedyny zięć czy nie, byłem tym, który zabrał jego córkę z miejsca, gdzie zawsze mógł ją sobie wyobrażać jako „jeszcze trochę dziecko”. Nie miałem mu tego za złe, sam pewnie zaciskałbym zęby.

- To ma sens. - Powiedziałem wcześniej, gdy rozważaliśmy ofertę babci Prudence, a teraz tylko utwierdzałem się w tym w myślach. Nawet jeśli wolałbym być tym, który kupi coś swojego, to była naprawdę dobra propozycja, nikt na niej nie tracił, wszyscy mogliśmy zyskać dużo spokoju. - Logistycznie i życiowo.

Patrzyłem na ten pokój i im dłużej w nim stałem, tym wyraźniej czułem, że nie byłem tu elementem stałym, raczej eksponatem czasowym. Zbyt duże barki do zbyt wąskich przejść, zbyt długie nogi do łóżka, które pamiętało zupełnie inne czasy, każdy mój ruch wyglądał tu jak nieautoryzowana ingerencja w scenografię. Nie przeszkadzało mi to w sensie fizycznym, umiałem się przeciskać przez znacznie gorsze miejsca, ale było w tym coś innego - coś, co mówiło mi wyraźnie, że to nie jest przestrzeń, w której powinniśmy zaczynać cokolwiek nowego - to był pokój pełen wspomnień, nie planów, a ja nie chciałem być wspomnieniem.
Wyciągałem kolejne ubrania, sprawnie, mechanicznie, ale z uważnością, której sam bym się po sobie nie spodziewał. Pudełka zapełniały się szybko, cicho, bez dramatów, było w tym coś przyjemnie domowego, absurdalnie normalnego. Swetry składałem ostrożnie, koszule równo, jakby to miało znaczenie, może miało, to były jej rzeczy, więc traktowałem je jak coś cennego, nawet jeśli materiał był gruby.
Przesunąłem karton bliżej, sięgnąłem do kolejnej szuflady, moje ręce pracowały same, automatycznie, jak przy sortowaniu znalezisk po wykopie albo po akcji, kiedy liczyło się tempo i porządek, ruchy miałem pewne, metodyczne, jakbym od zawsze wiedział, co gdzie powinno trafić. Koszule na spód, cięższe rzeczy osobno, drobiazgi zawinięte, żeby nie obijały się o siebie. Lubiłem ten moment, kiedy chaos zaczynał się poddawać, dawał złudzenie kontroli, a ja byłem mistrzem w korzystaniu z takich złudzeń.
- „Uklyty talent” to ładne okleślenie. - Parsknąłem pod nosem, nie odwracając się od szafki, bo akurat walczyłem z rękawem, który uparcie nie chciał współpracować. Usiłowałem potraktować go z tą samą precyzją, z jaką normalnie obchodziłem się z rzeczami przeklętymi - jedno fałszywe załamanie i wszystko potrafiło się rozsypać. - W mojej blanszy mówi się laszej „minimalizowanie stlat”. Albo „splawne zabezpieczenie miejsca zdaszenia”. - Rzuciłem przez ramię, spod lekko opuszczonych brwi, całkiem rozbawiony. To były lata praktyki w pakowaniu się w pośpiechu i znikaniu, zanim ktoś zacznie zadawać pytania - nic szczególnego.
Złożyłem kolejną koszulę, przyklepałem ją dłonią i wrzuciłem do kartonu, oznaczając go krótkim machnięciem różdżki, żeby później nie zastanawiać się, co jest czym. Logistyka to była czysta matematyka - pudełka, ciężar, kolejność - zawsze czułem dziwny spokój przy porządkowaniu cudzych końców i początków, a ten dzień był jednym i drugim naraz. Lubiłem tę prostą, mechaniczną robotę, była konkretna, każdy ruch miał sens - coś się kończyło, coś zaczynało, a kartony były dowodem, że idziemy do przodu, nie kręcimy się w miejscu. Zamknąłem jedną szafkę i otworzyłem następną, rzeczy było mniej, niż się spodziewałem, to miejsce już dawno przestało być jej bazą, było raczej magazynem wspomnień, które trzyma się z sentymentu, bo tak wypada.
Odwróciłem głowę w stronę Prue, słysząc jej odpowiedź, nie od razu całkiem, raczej bokiem. Spojrzałem na nią, leżącą na łóżku z butelką w dłoni, z tą swoją spokojną, upartą pewnością, która zawsze była jednym z powodów, dla których nie potrafiłem się wycofać. Wyglądała na wyjątkowo rozluźnioną jak na kogoś, kto właśnie mówił, że zamierza samodzielnie wejść na pole minowe. Westchnąłem, opierając dłonie o krawędź kartonu, jakbym potrzebował tej sekundy, żeby wyhamować odruch. Zmrużyłem oczy, lekko kręcąc głową - znałem go aż za dobrze - ten impuls, żeby brać wszystko na siebie, nawet cudze decyzje, cudze emocje, cudze wojny. Zatrzymałem się na moment, z koszulą w dłoniach.
- Wiem. - Powiedziałem normalnie, bez dalszego zawahania. - I właśnie dlatego, sze poladzisz sobie sama, ja i tak wezmę kawałek na siebie. - Pokiwałem głową raz, wolno, jakbym przyjmował do wiadomości coś, co i tak było oczywiste, ale nie zmieniało faktu, że wciąż chciałem stanąć obok niej - to nie była kwestia winy, to była kwestia instynktu. - To nie jest blanie na klatę za ciebie. - Dodałem po chwili. - To jest blanie na klatę s tobą. Współdzielenie odpału. - Uśmiechnąłem się krótko, trochę krzywo. - Wiesz, bycie czalną owcą ma jedną zaletę, człowiek pszestaje się łudziś, sze da się wszystkim dogodziś, a skolo i tak mam byś tym złym wpływem, to pszynajmniej daj mi byś nim uczciwie. Jestem twoim męszem, nawet jeśli twój ojciec potszebuje dekady, szeby się z tym oswoiś. - Wróciłem do kartonów, ale już wolniej. - Wybaczą nam. Kiedyś. Chyba. - Dopowiedziałem, obracając szalik w dłoniach. Może nie od razu miało mam to ujść płazem, może po czasie, ale to nie zmieniało faktu, że byliśmy dorośli, świadomie zostaliśmy małżeństwem i nie zrobiliśmy nic, czego mielibyśmy się wstydzić - tego byłem pewien, nawet jeśli świat potrzebował chwili, żeby za tym nadążyć. Oparłem się na chwilę o szafę i zerknąłem w jej stronę - wyglądała naprawdę dobrze, rozluźniona, trochę zmęczona, odrobinę niepasująca do otoczenia, chociaż nie tak bardzo jak ja - ten pokój był dla niej magazynem sentymentów, nie przestrzenią do życia, rozumiałem to aż za dobrze, niektóre miejsca po prostu przestają nadążać za człowiekiem, nawet jeśli nie wszyscy są gotowi to zobaczyć, jak było w przypadku Johna. Zauważyłem jej spojrzenie, to lekkie zawieszenie, jakby przewracała w głowie kartki albumu, którego nigdy mi nie pokazywała. Mrugnęła i wróciła, a ja uśmiechnąłem się pod nosem.
- Penelope i Ellie. - Parsknąłem cicho i potrząsnąłem głową, przesuwając dłonią po włosach, jakbym próbował odgonić obraz, który i tak już się zagnieździł. - No tak. To wiele tłumaczy. Naplawdę wiele. Mają… Intelesujące podejście. Wizjonelskie wlęsz. - Skwitowałem powoli, jak ktoś, kto przyjął wyjaśnienie, ale absolutnie nie zamierzał przestać się nim bawić, zerkając na karton, w którym zniknęła zawartość feralnej szuflady. To były naprawdę ładniusie koroneczki, takie, które zdecydowanie cieszyły oczy i absolutnie nie powinny kończyć życia w ciemnej szufladzie pod stertą swetrów i wspomnień z lat szkolnych, nawet jeśli nie do końca pasowały do narracji „pokój nastolatki u rodziców” - największe odkrycie tego dnia, bez dwóch zdań, żadne stare listy, żadne pamiątki z dzieciństwa nie miały z nimi szans.
- Wiesz. - Dodałem luźno. - Mam balso doblą pamięś wzlokową. Tak tylko mówię. - Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, jakbym próbował wrócić na właściwe tory, ale było już po fakcie. Poza tym, skoro już pakowaliśmy całe życie do kartonów, to szkoda byłoby zostawić najlepsze artefakty bez użycia. Świat dawał nam bardzo wyraźne sygnały, a ja nauczyłem się, że ignorowanie znaków zwykle kończyło się eksplozją.
Oparłem się o ten baldachim z miną kogoś, kto właśnie wszedł w kadr nie swojej fotografii, człowieka, który doskonale wiedział, że nie pasuje do scenerii, ale kompletnie przestało mu to przeszkadzać. Złapałem jej spojrzenie i widziałem, jak na moment odpłynęła, jakby próbowała mnie dopasować do jakiegoś starego wspomnienia, którego nigdy nie było - cóż, z wiadomych względów, nie mieliśmy tej okazji. Ten pokój był za mały, za delikatny, zbyt cukierkowy jak na mnie, a jednak stałem w nim jako jej mąż i to jedno wystarczało, żeby reszta była tylko tłem.
Kiedy przesunęła się, robiąc mi miejsce, podświadomie już wiedziałem, że to zły pomysł, ale bywały takie złe pomysły, które należało zrealizować do końca, dla nauki. Usiadłem ostrożnie, naprawdę ostrożnie, jakby rozwaga mogła oszukać fizykę. To łóżko wyglądało niewinnie, wręcz podejrzanie niewinnie. Oparłem łokcie o kolana, splatając dłonie, i jeszcze raz zerknąłem na ten jeden karton z tą miną, którą zwykle miałem tuż przed rozbrojeniem czegoś, co zdecydowanie nie było niewinne - to był błąd, rozpraszanie się zdecydowanie nie służyło utrzymaniu kontroli nad otoczeniem.
Materac jęknął, a potem drewno wydało z siebie dźwięk, który w mojej głowie miał bardzo jednoznaczną definicję - „koniec” - odruchowo przeniosłem ciężar, próbując ratować sytuację, która nie nadawała się do ratowania. Zapadłem się, dokładnie w tym momencie, w którym moje ciało przyjęło fakt siedzenia, deski pękły, materac ugiął się pod moim ciężarem. Zamarłem na sekundę, siedząc w czymś, co jeszcze chwilę wcześniej udawało łóżko - zostałem w nim uwięziony jak dorosły chłop w dziecięcej inscenizacji - z tą miną, którą zwykle miałem po eksplozji, której nie było w planie. Prudence parsknęła naprawdę głośnym, niekontrolowanym śmiechem, a ja spojrzałem na nią dokładnie w tej chwili, gdy zaczęła kaszleć, z nalewką w gardle, ze łzami w oczach. Nie wiedziałem, jakim cudem tak dobrze utrzymywała równowagę, ale zdecydowanie patrzyła na mnie z góry i wyjątkowo mocno ją to bawiło.
Parsknąłem śmiechem tak gwałtownie, że aż musiałem oprzeć dłoń na kolanie, żeby złapać równowagę. Spojrzałem na nią spod zmrużonych powiek, z tym rozbawionym niedowierzaniem, jakby właśnie zaproponowała mi publiczne eksponowanie moich największych zalet.
- Dwie kitki? Pszy moich balach i tej moldzie? - Przechyliłem głowę, jakbym naprawdę rozważał ten obraz, i sięgnąłem dłonią do włosów. Przeciągnąłem po nich, automatycznie, zanim jeszcze zdążyłem to przefiltrować, teraz rozpuszczonych, ciężkich, opadających na kark i ramiona. - Jasne. Jasne. Doszućmy jeszcze sukienkę w kwiatki i mose kapelusz. - Wyprostowałem się odruchowo, moje barki napięły się same, jak zawsze, kiedy coś było choćby pół-żartem o mojej posturze.  - Pszelabiałem to, tak na malginesie. Walkoczyki. Pszez jakieś pół loku. Najgolsza decyzja estetyczna mojego szycia, a miałem kilka naplawdę ambitnych. To był pszelotny epizod, któly nauczył mnie dwóch szeszy. Po pielwsze, nie wszystko, co plaktyczne, jest doblym pomysłem. Po dlugie, sze są glanice, któlych nie walto przeklaczaś nawet s ciekawości. - Pokręciłem głową odruchowo, jakby sam ten ruch miał strząsnąć z pamięci tamten etap mojego życia. W innej rzeczywistości mógłbym robić karierę jako najbardziej podejrzana „wyrośnięta dziewczynka” w całej okolicy. W tej natomiast do twarzy było mi w rozczochraniu, wtedy przynajmniej wyglądałem, jakbym właśnie wyszedł z czegoś nie do końca legalnego. To wzbudzało respekt.
Odruchowo machnąłem ręką, jakbym chciał to zbyć jednym ruchem. Twarz wykrzywiła mi się w krzywym grymasie, bardziej rozbawionym niż naprawdę cierpiętniczym, ale jednak. Uniosłem brew po raz trzeci tego dnia, tym razem już z pełnym przekonaniem, że los robił to wszystko specjalnie.
- …Nooo. - Mruknąłem, przeciągając samogłoskę z wyraźnym niezadowoleniem, tym samym tonem, jakim zwykle komentowałem klątwy aktywowane dotykiem. - Teoretycznie miałem odpowiedzieć „nie”. - Sięgnąłem za siebie ostrożnie, po omacku, bardziej sprawdzając skalę katastrofy niż faktycznie próbując coś zrobić, drzazga była konkretnie tam, gdzie najmniej wypada mieć cokolwiek ostrego. Przesunąłem ciężar, bardzo ostrożnie, jak ktoś, kto właśnie odkrył nową, wysoce niepożądaną prawdę o sobie i o meblach z dzieciństwa, próbując wydostać z zapadliska z resztką godności.
- Następnym lasem siadam tylko na podłodze. Podłoga mnie tak jeszcze nie zawiodła. - Parsknąłem cicho i skinąłem głową, jakby to faktycznie domykało sprawę - nie do końca domykało, ale dawało sens, a to już coś.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (6618), Prudence Fenwick (5134)




Wiadomości w tym wątku
[12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 28.12.2025, 22:42
RE: [12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 29.12.2025, 02:19
RE: [12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 29.12.2025, 10:32
RE: [12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 29.12.2025, 19:12
RE: [12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 29.12.2025, 23:38
RE: [12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 30.12.2025, 17:27
RE: [12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 30.12.2025, 22:00
RE: [12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 04.01.2026, 18:52
RE: [12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 04.01.2026, 22:17

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa