• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy

[12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#6
30.12.2025, 17:27  ✶  
Męczyłem się w tym pokoju i nawet nie próbowałem tego ukrywać, nie było w tym niczego subtelnego, każdy krok wymagał kalkulacji, każdy obrót ramion kończył się zahaczeniem o coś, co ewidentnie nie było projektowane z myślą o facecie moich gabarytów. To nie był mój rozmiar świata, to nawet nie był pokój dla dorosłej Prudence, to była kapsuła po nastolatce, zamknięta na lata i otwierana tylko awaryjnie. Siedziałem zgarbiony, wciśnięty między biurkiem a szafą i czułem się jak intruz w muzeum czyjegoś dorastania. Wszystko było za wąskie, za niskie, za delikatne, nawet powietrze wydawało się lżejsze, przeznaczone dla kogoś, kto jeszcze nie dźwigał tylu decyzji. Dla mnie to był tor przeszkód, dla niej kiedyś cały wszechświat. To było otoczenie skrojone pod wersję Prue która miała mniej lat, mniej ciężaru w oczach i znacznie mniej powodów, żeby planować cokolwiek dalej niż do następnych wakacji.
Parsknąłem cicho, słysząc jej komentarz, i uniosłem głowę znad kartonu, który właśnie domykałem, kolanem przytrzymując klapę, bo ta uparcie nie chciała współpracować.
- Uklyty talent. - Podrapałem się w kark, patrząc na półkę z książkami, na te kilka rzeczy, które faktycznie były „jej”, kiwając z namysłem. - No, okej, zdecydowanie lepiej bszmi. - Rzuciłem okiem na ustawione równo pudełka, z tym cichym, roboczym zadowoleniem, które pojawiało się, kiedy chaos zaczynał mieć kształt. „Miejsce zdarzenia” to był już mój tryb zawodowy, nie prywatny, wtedy zwykle ktoś faktycznie nie żył, zniknął albo bardzo żałował, że dotknął czegoś, czego nie powinien. Jak na razie bilans wychodził dodatni, zero ofiar, minimalne straty moralne po mojej stronie, to się raczej kwalifikowało jako sukces.
Słuchałem jej uważnie, nawet przez chwilę nie próbując udawać, że kartony wymagają mojej pełnej koncentracji. Oparłem dłonie o krawędź jednego z nich i spojrzałem na nią spod półprzymkniętych powiek, z tym wyrazem twarzy świadczącym o rozluźnieniu, które przychodziło u mnie tylko wtedy, gdy coś było już przesądzone. Pokiwałem głową powoli, przyjmując to bez sprzeciwu - kawałek brzmiał uczciwie, w sam raz, tyle, żeby było widać, że stoimy razem, ale nie na tyle, żebym zasłaniał jej widok albo próbował być bohaterem cudzej rodziny. Taki… Małżeński kompromis - ona stała obok mnie, ja stałem obok niej, a reszta świata mogła sobie stać, gdzie chce.
- Wiesz - zacząłem lekko, z tym ironicznym spokojem, który zawsze wchodził mi w ton głosu, gdy temat zbaczał w rejony rodzinne - Jeśli nigdy nie dojdzie do punktu „akceptuję”, to zlobimy dokładnie to samo, co ja zlobiłem dawno temu. Pszejdziemy nad tym do posządku dziennego i będziemy szyś dalej. Nie jesteśmy pielwszą palą, któla pszeszyła bez lodzinnego błogosławieństwa. - Dodałem bez złości, raczej z faktograficzną precyzją. Machnąłem ręką, jakby chodziło o pogodę sprzed tygodnia. Znałem ten typ, może nie Johna dokładnie, ale ideę, nawet jeśli ten człowiek był pod pewnymi względami inny niż wszyscy, których spotkałem wcześniej. Facet, któremu z czasem sztywniała nie tylko postawa, ale i myślenie. Świat miał się mieścić w ramach, a jeśli coś wystawało, to należało to przyciąć albo napiętnować, z wiekiem kij w dupie rzeczywiście rósł, jakby był miarą niespełnienia. Twarde ramy, sztywne przekonania, oczekiwania tak ostre, że można się o nie skaleczyć. Skinąłem głową, bardziej do siebie niż do niej. Przez całe życie nosiłem cudze problemy jak odznaki, jednym więcej nie miałem się udusić, a przynajmniej nie zamierzałem udawać, że mnie to obchodziło bardziej, niż powinno. Decyzja była szybka, tak, ale nie była głupia, nie skrzywdziliśmy nikogo, a to, że ktoś miał inny scenariusz w głowie… Cóż. Ja też miałem kiedyś kilka i żaden nie przetrwał zderzenia z rzeczywistością. Moi rodzice zdecydowanie też nie byli teściami roku, ani dekady, ani stulecia, jakbyśmy mieli być precyzyjni. Uśmiechnąłem się krzywo, ale w oczach było coś twardszego, coś, co dawno przestało boleć, a zaczęło być faktem. Właściwie… To nawet dobrze, że Prudence nie miała ich poznać - nie każdy musiał znać wszystkie potwory z bestiariusza - to była oszczędność czasu, nerwów i bardzo niepotrzebnych tyrad o genealogii, honorze i tym, kto komu rzekomo brukał krew.
„Zapamiętam tę informację” zabrzmiało niewinnie tylko dla kogoś, kto nie znał tonu Prudence - ja znałem, to jedno zdanie miało ciężar zaklęcia rzuconego bez różdżki. Uśmiechnąłem się wolno, kącikiem ust, tym sposobem, który zawsze zdradzał mnie szybciej niż powinien. Wizjonerskie, jasne, te wizje miały bardzo konkretny kierunek. Przesunąłem językiem po zębach, bardziej z nawyku niż z potrzeby.
- To balso lozsądne podejście. Lubię, kiedy infolmasje nie idą na malne. - Spojrzałem na nią uważniej, dłużej niż wypadało, pozwalając sobie na to bez poczucia winy. Była moją żoną, mieliśmy miesiąc miodowy, świat chwilowo nie miał nic do powiedzenia. - Wiesz, nie jestem szczególnie skomplikowanym człowiekiem. Jeśli coś cieszy oczy, to zwykle zostaje w pamięci. Na długo. - Spojrzałem na karton, potem na nią, a potem już tylko na nią, pamięć wzrokową miałem aż nazbyt dobrą, nie musiałem niczego dopowiadać, bo jej ton zrobił to za mnie.
Ledwo pomyślałem, że to miłe, że Pruey robi mi miejsce, chociaż ten baldachim wyglądał podejrzanie krucho, ale może łóżko wytrzyma… Kiedy rzeczywistość postanowiła mnie skorygować. Nie zdążyłem nawet porządnie usiąść, kiedy świat postanowił mi przypomnieć o prawach fizyki, najpierw trzask, potem to krótkie, bardzo jednoznaczne poczucie, że mebel właśnie zrezygnował z dalszej współpracy, a sekundę później leżałem w dziurze między deskami a materacem jak dowód rzeczowy w sprawie pod tytułem „nie wszystko jest skalowane pod niemal dwa metry chłopa”. Potem dotarł do mnie jej śmiech, głośny, szczery, dźwięczny - taki, który praktycznie rozsadzał jej klatkę piersiową od środka i sprawiał, że absolutnie nie byłem w stanie się obrazić, nawet gdybym bardzo chciał. Leżałem tam przez sekundę, mrugając, próbując zorientować się, czy to już koniec, czy tylko nowy etap upokorzenia, po czym spojrzałem na nią z dołu, z tej dziury, w której ewidentnie nie powinien znaleźć się dorosły mężczyzna o moich gabarytach, i parsknąłem mimo siebie. Uniosłem głowę na tyle, na ile pozwalała mi sytuacja, i spojrzałem na nią spode łba, z tym krzywym grymasem między rozbawieniem a naruszoną godnością, która właśnie konała.
- Śmiej się, śmiej. - Mruknąłem spod baldachimu, próbując wydostać jedno kolano. Uśmiechnąłem się krzywo, bo jej wyobraźnia ewidentnie pracowała na wysokich obrotach. - Dokumentuj mentalnie. - Rozejrzałem się po pokoju, tej całej scenografii, w której kompletnie nie pasowałem. Nie miałem jej tego za złe, widok musiał być absurdalny - ja, półtora metra ramion wciśniętych w mebelek dla dziewczynki, jakby ktoś spróbował zaparkować wóz opancerzony w budce telefonicznej. Przeciągnąłem dłonią po włosach odruchowo, jakby sprawdzając, na wszelki wypadek, czy nie zaczęły się same zaplatać.
- Doceniam, sze bszmi to dla ciebie jak coś… Intelesującego. Świat jest pełen dziwnych gustów, najwylaźniej małszeństwo tylko je uwydatnia. - Parsknąłem, kręcąc głową, zanim zdążyłem się ugryźć w język. - „Chętnie bym zobaczyła”. Kaszdy tak mówi, dopóki nie zobaczy zdjęś. A zdjęcia istnieją. Niestety. Wszechświat uznał, sze dokumentacja jest konieczna. - Spojrzałem na nią z tym łobuzerskim półuśmiechem. - To nie było „dzikie” ani „lomantyczne”, wiesz mi. To było… Mylące. Ludzie nie wiedzieli, czy mają uciekaś, czy zaploponowaś mi jagody i zapytaś, czy się zgubiłem. - Uniosłem brew, spoglądając na nią z dołu, wciąż uwięziony w resztkach łóżka.
- Od tyłu mose by to pszeszło. Od balso daleka. W gęstej mgle. Zakładam kapelusz, pochylam się lekko i wszyscy uznają, sze jestem wyjątkowo losłą dziewczynką s ploblemami holmonalnymi. - Przyznałem z udawaną powagą. Próbowałem wyobrazić sobie kapelusz i sukienkę w kwiatki, po czym pokręciłem głową.
Jej propozycja „rzucenia okiem” na mój tyłek tylko dołożyła oliwy do ognia, zacisnąłem szczękę, zawahałem się przez ułamek sekundy, bo duma próbowała jeszcze ostatkiem sił walczyć o przetrwanie. Przez chwilę nawet nie próbowałem ripostować, bo sytuacja była tak absurdalna, że ironia zwyczajnie skapitulowała.
- Losumiem algumenty. - Westchnąłem w końcu, poddając się faktom. - Są logiczne. Medyczne. Balso przekonujące, ale to nie zmienia faktu, sze jest to jeden s najbalsiej upokaszających momentów mojego szycia. Jeśli kiedykolwiek to komuś opowiesz - powiedziałem wolno, z namysłem - zapszeczę wszystkiemu. Łącznie z istnieniem tego łószka, tej sypialni i samego siebie. - Spojrzałem na nią jeszcze raz, z tym rezygnowanym, krzywym uśmiechem, i spróbowałem się podnieść, ostrożniej, krzywiąc się przy tym nie z powodu drzazgi, a z powodu niewygodnej pozycji. Bezskutecznie - utknąłem.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (6618), Prudence Fenwick (5134)




Wiadomości w tym wątku
[12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 28.12.2025, 22:42
RE: [12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 29.12.2025, 02:19
RE: [12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 29.12.2025, 10:32
RE: [12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 29.12.2025, 19:12
RE: [12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 29.12.2025, 23:38
RE: [12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 30.12.2025, 17:27
RE: [12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 30.12.2025, 22:00
RE: [12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 04.01.2026, 18:52
RE: [12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 04.01.2026, 22:17

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa