30.12.2025, 18:10 ✶
Kiedy zobaczył twarz przeciskającego się przez tłum nieznajomego, w jego myślach pojawił się jeden kluczowy komunikat: uciekaj. Stało się to nawet zanim rzuciły mu się w oczy błysk noża i krój szaty wskazującej jednoznacznie na Śmierciożercę. Było w tej istocie coś fundamentalnie nieludzkiego. Nie dało się ustalić, co dokładnie. Zapewne, gdyby zbadać proporcje twarzy zamachowca, wszystko okazałoby się zupełnie normalne. Jednak wciąż coś pierwotnego w umyśle mówiło Robertowi, że nie człowiek, lecz coś, co pod człowieka stara się podszyć. Niemal doskonale, przynajmniej na powierzchni, jednak bez uchwycenia tego, co najważniejsze – duszy.
Nieznajomy nie mrugał. Szedł na Roberta z groźnym uśmiechem, jakby zatopienie noża w ciele polityka miało mu sprawić niemal perwersyjną satysfakcję. W jego oczach czaiła się nieprzenikniona pustka, martwa i zimna, kompletnie nieznajoma.
Robert usłyszał jedynie znajomy głos, gdy rzeczy zaczęły się dziać bardzo szybko. Nieznajomy wkroczył na podwyższenie, a jedna jedyna Brenna rzuciła się w jego stronę. Było jednak za późno. Dziwny mężczyzna, pochwycił sparaliżowanego strachem Roberta za kołnierz. Pachniał czymś stęchłym, jakby mokrą ziemią lub glonami. Crouch zaczął się szamotać. Chwycił atakującego za nadgarstek ręki, w której ten trzymał nóż. Starał się kopać, choć nieskutecznie, bo sprawiło to jedynie, że obaj padli na ziemię. Plecy sędziego uderzyły o zimną podłogę i bolały niemal tak mocno, jakby to był prawdziwy upadek.
Zamachowiec wykazywał się niewiarygodną niemal siłą. Wyglądał, jakby wcale się nie męczył próbami dosięgnięcia nożem gardła Roberta. Ten ledwo utrzymywał bladą rękę z dala od swojej szyi. Wtedy właśnie poczuł drugą dłoń mężczyzny – ścisnęła ona jego krtań. Rozpaczliwie spróbował nabrać powietrza, jednak nie był w stanie.
A nóż zbliżał się i zbliżał. Utoczył już kropelkę krwi. Jeszcze chwila i nadejdzie koniec...
– Po... mo... cy... – wycharczał Robert z ostatnią resztką nadziei, że ktoś zdoła go uratować.
Nieznajomy nie mrugał. Szedł na Roberta z groźnym uśmiechem, jakby zatopienie noża w ciele polityka miało mu sprawić niemal perwersyjną satysfakcję. W jego oczach czaiła się nieprzenikniona pustka, martwa i zimna, kompletnie nieznajoma.
Robert usłyszał jedynie znajomy głos, gdy rzeczy zaczęły się dziać bardzo szybko. Nieznajomy wkroczył na podwyższenie, a jedna jedyna Brenna rzuciła się w jego stronę. Było jednak za późno. Dziwny mężczyzna, pochwycił sparaliżowanego strachem Roberta za kołnierz. Pachniał czymś stęchłym, jakby mokrą ziemią lub glonami. Crouch zaczął się szamotać. Chwycił atakującego za nadgarstek ręki, w której ten trzymał nóż. Starał się kopać, choć nieskutecznie, bo sprawiło to jedynie, że obaj padli na ziemię. Plecy sędziego uderzyły o zimną podłogę i bolały niemal tak mocno, jakby to był prawdziwy upadek.
Zamachowiec wykazywał się niewiarygodną niemal siłą. Wyglądał, jakby wcale się nie męczył próbami dosięgnięcia nożem gardła Roberta. Ten ledwo utrzymywał bladą rękę z dala od swojej szyi. Wtedy właśnie poczuł drugą dłoń mężczyzny – ścisnęła ona jego krtań. Rozpaczliwie spróbował nabrać powietrza, jednak nie był w stanie.
A nóż zbliżał się i zbliżał. Utoczył już kropelkę krwi. Jeszcze chwila i nadejdzie koniec...
– Po... mo... cy... – wycharczał Robert z ostatnią resztką nadziei, że ktoś zdoła go uratować.