Kiwnęła głową. Założyła, że skoro Brenna się czegoś dowiedziała, to najpewniej Bones i Moody mieli pełny raport, zresztą przepytywali ich wszystkich po kolei po Beltane, Victoria bardzo dokładnie pamiętała jak siedziała w pomieszczeniu z szefami obu biur i składała pełne (no prawie, bo nie przyznała się, że przy okazji widzi jakieś dziwne wspomnienia i momentami nie wie po co coś robi) zeznanie na temat tego, co działo się na sabacie. Na, bo po była uziemiona w domu na jakiś tydzień i nie nadawała się do niczego, więc i nie miała się jak dowiedzieć rzeczy.
Teraz miała pewność, że te światła były emitowane przez kamienie. Ale po cholerę one tam w ogóle były? To nadal była zagadka.
Sama nie myślała o tym, jak dziwacznie muszą wyglądać dla kogoś, kto je akurat zobaczy w tej scenerii – w środku nocy, w utulonym ciemnością ogrodzie, bo sama raczej zainteresowana była tym, co chciała jej pokazać Brenna – nawet jeśli tej fiolki już tam nie było, bo się rozpłynęła, to może jednak znajdą coś w tej ziemi, albo w otoczeniu. Cokolwiek.
[a]Przysunęła się bliżej, kiedy Brenna węszyła przy ziemi, idąc zaraz za nią, z wzrokiem utkwionym w ziemię przy granicy ze żwirową ścieżką. Schyliła się na moment, przyświecając sobie trochę, ale na raz dostrzegła błysk gdzieś dalej – i Brenna też go zauważyła bo ruszyła tam. Światełko to się pojawiało, to znikało, jakby coś tam pulsowało. Gdy zaś się wycofała, a Victoria miała wrażenie, że to brzęczenie jest tutaj wyraźniejsze, sama uklęknęła, położyła swoją różdżkę na ziemi, żeby coś tam widzieć i bezceremonialnie zanurzyła dłonie w miękkim podłożu, starając się delikatnie wygrzebać to, co się tam znajdowało, aż jej dłonie natrafiły na… coś. Zacisnęła na tym palce i wyciągnęła, otrzepując ziemię drugą ręką, a potem przysunęła to do źródła światła.
W ręce trzymała flakonik. Niewielki, szklany. Obejrzała go z każdej strony i wydawało jej się, że coś dostrzega na zakrętce.
– Patrz, kolejny. Tak jak mówiłaś – mruknęła pod nosem, nawet nie próbując kryć zdziwienia. Była tym wszystkim też zaniepokojona. – Tu coś jest – dodała i próbowała delikatnie strzepnąć ziemię z zatyczki. Przejechała po niej palcem i podstawiła uważniej pod światło. Róża. Co to oznaczało? Dlaczego róża? Czy to z tego brały się róże?
Planowała schować go do kieszeni i zbadać na spokojnie w domu i w tym celu raz jeszcze przejechała palcami po zatyczce, by upewnić się, że ta przypadkiem nie jest jakoś poluzowana, albo się nie otworzy i trąciła ją, być może zbyt mocno, a być może wcale nie. Poczuła za to, jak cały flakonik w moment robi się gorący (a było to dla niej zawsze bardzo dziwne uczucie na lodowatych dłoniach), po czym… rozpłynął się, pozostawiając Victorię z pustymi, choć wyjątkowo brudnymi rękoma. – Cholera jasna – warknęła. Poczuła też, że ma wilgotną dłoń i zaskoczona przysunęła ją do nosa i też to poczuła. Róże… I popiół…? A może coś jeszcze?
// Tworzenie eliksirów i maści + Wiedza przyrodnicza ◉◉◉◉○ – na rozpoznanie składników po zapachu
Akcja nieudana