01.01.2026, 18:34 ✶
- Powiedziałabym, że nic porywającego czy wyrywające się normom jakim charakteryzują się przypadkowe, przez nikogo nieproszone wizje. Przez ciernie do gwiazd - odpowiedziała z kwaśną miną, bo jak się tak nad tym zastanawiała, to była to dość oklepana interakcja. Chociaż może powinna się cieszyć, że nie przepowiedziano jej całkowitego zniszczenia i wywrócenia życia do góry nogami, bez perspektyw na świetlaną przyszłość. Ciężko jej jednak było czuć się wdzięczną, kiedy przyszła na ten bal maskowy by się bawić, a teraz nie mogła się powstrzymać by nie rozkładać na części pierwsze tego, co usłyszała.
Zmarszczyła jednak w pewnym momencie brwi, wpatrując się w Brennę przez moment. Niby była już na paru sabatach, na przykład Ostarze, Beltane czy Lithcie, ale nie przypominała sobie by wspomniane przez kobietę miano, przewinęło się w jej otoczeniu.
- Kim jest Szeptucha? - zapytała kontrolnie, chociaż dość szybko przeleciało jej przez głowę, czy w ogóle musiała to robić. Czasem niewiedza była błogosławieństwem, bo nie musiała sobie zaprzątać myśli niepotrzebnymi rzeczami.
Sposób w jaki zareagowała Victoria, chyba bardzo dobrze podsumowywał to, co właśnie powiedziała Lyssa. Cisza, a potem kliknięcie zamykanej puderniczki. Pewnie gdyby to ona słyszała podobną historię, to niedowierzałaby dokładnie tak samo, w tej ciszy starając się utopić wszystkie niepożądane myśli, które krążyłyby jej po głowie i języku.
- Proszę, nie mów tak nawet - odpowiedziała sucho, nie mogąc sobie wyobrazić co Aidan mógłby faktycznie do niej mówić, gdyby rzeczywiście mu się podobała. Bo nie dopuszczała do siebie myśli, że cała jego opowieść wynikała właśnie z sympatii. Musiał jej nienawidzić, skoro gadał takie głupoty. - Myślę sobie... - zaczęła, spoglądając na Brennę i skubiąc skrzydełko jakiegoś motylka, którego miała w tym momencie pod ręką. - Że końmi by mnie tam nie zaciągnięto na powtórkę z tych opowieści - uśmiechnęła się smutno. W najśmielszych snach chyba, nikt w Prawach Czasu nie byłby w stanie przewidzieć, o czym przyjdzie jej słuchać. Karty natomiast przedstawiały jej wizję związku, nad którym musiałaby się napracować, a chwilowo absolutnie do Parkinsona nie chciała wyciągać pojednawczo ręki, bo jeszcze by ją obsrał. - Victorio, on ma dwadzieścia sześć lat - zauważyła dziewczyna z uśmiechem, który starał się być grzeczny, ale kąciki ust usilnie ciągnęły w dół. - Ja się obawiam, że jeśli on mówi takie rzeczy teraz, to będzie już tak do końca życia. Czy... czy wszyscy w Departamencie Prawa, a może i Biurze Brygady Uderzeniowej, mają podobny sposób... bezpośredniego wyrażania myśli? - nie ważne jak bardzo Lestrange próbowałaby w tym momencie sprzedać Lyssie obrotność Aidana, nie byłoby to w stanie przebić się przez kałowy mur, który mężczyzna dookoła siebie zbudował. - A czy... czy mogłabyś to zrobić tak, żeby nie było aż tak oczywiste, że na niego... naskarżyłam? Teoretycznie sobie zasłużył, ale... no rozumiesz - uśmiechnęła się prosząco, bo mogła jej się nie do końca podobać cała interakcja, którą zafundował jej Aidan, ale jednocześnie bardzo chciała stwarzać jakiekolwiek pozory. - Ale oprócz tego... oprócz tego tak, można powiedzieć że zachowywał się przyzwoicie. Zabrał mnie tylko do jakiejś... budy z jedzeniem, która na pewno nie spełnia wytycznych sanitarnych i gadał o jedzeniu psów.
Zmarszczyła jednak w pewnym momencie brwi, wpatrując się w Brennę przez moment. Niby była już na paru sabatach, na przykład Ostarze, Beltane czy Lithcie, ale nie przypominała sobie by wspomniane przez kobietę miano, przewinęło się w jej otoczeniu.
- Kim jest Szeptucha? - zapytała kontrolnie, chociaż dość szybko przeleciało jej przez głowę, czy w ogóle musiała to robić. Czasem niewiedza była błogosławieństwem, bo nie musiała sobie zaprzątać myśli niepotrzebnymi rzeczami.
Sposób w jaki zareagowała Victoria, chyba bardzo dobrze podsumowywał to, co właśnie powiedziała Lyssa. Cisza, a potem kliknięcie zamykanej puderniczki. Pewnie gdyby to ona słyszała podobną historię, to niedowierzałaby dokładnie tak samo, w tej ciszy starając się utopić wszystkie niepożądane myśli, które krążyłyby jej po głowie i języku.
- Proszę, nie mów tak nawet - odpowiedziała sucho, nie mogąc sobie wyobrazić co Aidan mógłby faktycznie do niej mówić, gdyby rzeczywiście mu się podobała. Bo nie dopuszczała do siebie myśli, że cała jego opowieść wynikała właśnie z sympatii. Musiał jej nienawidzić, skoro gadał takie głupoty. - Myślę sobie... - zaczęła, spoglądając na Brennę i skubiąc skrzydełko jakiegoś motylka, którego miała w tym momencie pod ręką. - Że końmi by mnie tam nie zaciągnięto na powtórkę z tych opowieści - uśmiechnęła się smutno. W najśmielszych snach chyba, nikt w Prawach Czasu nie byłby w stanie przewidzieć, o czym przyjdzie jej słuchać. Karty natomiast przedstawiały jej wizję związku, nad którym musiałaby się napracować, a chwilowo absolutnie do Parkinsona nie chciała wyciągać pojednawczo ręki, bo jeszcze by ją obsrał. - Victorio, on ma dwadzieścia sześć lat - zauważyła dziewczyna z uśmiechem, który starał się być grzeczny, ale kąciki ust usilnie ciągnęły w dół. - Ja się obawiam, że jeśli on mówi takie rzeczy teraz, to będzie już tak do końca życia. Czy... czy wszyscy w Departamencie Prawa, a może i Biurze Brygady Uderzeniowej, mają podobny sposób... bezpośredniego wyrażania myśli? - nie ważne jak bardzo Lestrange próbowałaby w tym momencie sprzedać Lyssie obrotność Aidana, nie byłoby to w stanie przebić się przez kałowy mur, który mężczyzna dookoła siebie zbudował. - A czy... czy mogłabyś to zrobić tak, żeby nie było aż tak oczywiste, że na niego... naskarżyłam? Teoretycznie sobie zasłużył, ale... no rozumiesz - uśmiechnęła się prosząco, bo mogła jej się nie do końca podobać cała interakcja, którą zafundował jej Aidan, ale jednocześnie bardzo chciała stwarzać jakiekolwiek pozory. - Ale oprócz tego... oprócz tego tak, można powiedzieć że zachowywał się przyzwoicie. Zabrał mnie tylko do jakiejś... budy z jedzeniem, która na pewno nie spełnia wytycznych sanitarnych i gadał o jedzeniu psów.
la douleur exquise
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.