03.01.2026, 16:26 ✶
Taka była z tego sobotnia noc jak z koziej dupy trąba. Niedziela rano, ot co, prawie świt. Rejwach zamknięty na cztery spusty, Woody już nieco śnięty — zmęczony, upojony, porobiony na trzy dupy. Chichrał się do tej historii Aarona jak głupi do sera. Tylko haha hehe charkane pod nosem, mimo że co drugie usłyszane słowo to mu wypadło. No ale najważniejszy sens dotarł.
— Fajne — podsumował Woodrow, kiwając z uznaniem głową, choć po prawdzie wyglądało to raczej, jakby mu ten łeb opadał bez kontroli. Gdyby łby się mogły zataczać, to byłby właśnie ten przypadek. Cud, że się kapelusz trzymał łysej glacy. — No naprawdę fajne. — Czknął. Odbiło mu się piwskiem. — Tylko ja nie potrzebuję Macmillanów, żeby robić potop. — Wyciągnął różdżkę. — Patrz: aguamenti. — Z patyczka siurnął na podłogę Rejwachu strumień wody, odbił się od desek parkietu i ochlapał kocura Łacha, który czmychnął na górę. — No i widzisz. Tu masz. Masz kapłana. Żyyywiołaka wody. We mnie. — Longbottom był z tego popisu, którego uczyli już dzieci w szkole, bardzo dumny.
Chłop zawiesił się na dłuższy moment, jakby wykonanie tego zaklęcia wyczerpało wszelkie zasoby, które miał zachomikowane w głowie. Świadomość dziada obijała się przez ten czas bezwładnie pomiędzy słowami kluczowymi: śnieg-oczyszczenie-kostki lodu. Uruchomiło to luźny łańcuch skojarzeń.
— Ty wiesz… wiesz, że ja żem kiedyś miał na podobną modłę sen? Dawno trochę, jak się zaczynało to wszystko. Z tymi — splunął sobie pod stopy — z tym Voldemortem. Pamiętasz taką książkę Opowieści z Narnii? Było w pięćdziesiątym roku śledztwo o złamanie Kodeksu Tajności. Tam się te, kurwa, no, centaury dosrały mocno. Pewnie nie pamiętasz, bo już dawno kiblowałeś w tej swojej bojówce antycza-arnoksięskiej z daleka od spraw ludu. W jego domu, u tego Lewisa znaczy, znaleźli potem prawdziwego świstoklika w szafie. Przybili tam potem współudział z Tolkienem… — Woody machnął ręką. — Stare czasy. No, do rzeczy: ja tę książeczkę czytałem. Służbowo. Nie inaczej. I tam jest taka scena — Woody dłońmi niezdarnie zaznaczył w powietrzu granice sceny — jak chłopiec idzie do zamku Białej Czarownicy, i tam stoją skamieniałe armie przysypane śniegiem. I takie mi się właśnie śniło, takie samiuśkie, no jak z tej bajki, ino te posągi to Śmierciożercy byli. Każdy jeden jak głaz, jakby mu się bazyliszek napatoczył pod nogi. I wszystkie sztywne gnidy w śniegu, i ani się ruszą. Tylko sople im z nosa ciekną. Hyhy. Ładne. Tylko mi szkoda było, że z tych skamielin maski nie zdejmiesz, żebyśmy wiedzieli, kto był winien.
— Fajne — podsumował Woodrow, kiwając z uznaniem głową, choć po prawdzie wyglądało to raczej, jakby mu ten łeb opadał bez kontroli. Gdyby łby się mogły zataczać, to byłby właśnie ten przypadek. Cud, że się kapelusz trzymał łysej glacy. — No naprawdę fajne. — Czknął. Odbiło mu się piwskiem. — Tylko ja nie potrzebuję Macmillanów, żeby robić potop. — Wyciągnął różdżkę. — Patrz: aguamenti. — Z patyczka siurnął na podłogę Rejwachu strumień wody, odbił się od desek parkietu i ochlapał kocura Łacha, który czmychnął na górę. — No i widzisz. Tu masz. Masz kapłana. Żyyywiołaka wody. We mnie. — Longbottom był z tego popisu, którego uczyli już dzieci w szkole, bardzo dumny.
Chłop zawiesił się na dłuższy moment, jakby wykonanie tego zaklęcia wyczerpało wszelkie zasoby, które miał zachomikowane w głowie. Świadomość dziada obijała się przez ten czas bezwładnie pomiędzy słowami kluczowymi: śnieg-oczyszczenie-kostki lodu. Uruchomiło to luźny łańcuch skojarzeń.
— Ty wiesz… wiesz, że ja żem kiedyś miał na podobną modłę sen? Dawno trochę, jak się zaczynało to wszystko. Z tymi — splunął sobie pod stopy — z tym Voldemortem. Pamiętasz taką książkę Opowieści z Narnii? Było w pięćdziesiątym roku śledztwo o złamanie Kodeksu Tajności. Tam się te, kurwa, no, centaury dosrały mocno. Pewnie nie pamiętasz, bo już dawno kiblowałeś w tej swojej bojówce antycza-arnoksięskiej z daleka od spraw ludu. W jego domu, u tego Lewisa znaczy, znaleźli potem prawdziwego świstoklika w szafie. Przybili tam potem współudział z Tolkienem… — Woody machnął ręką. — Stare czasy. No, do rzeczy: ja tę książeczkę czytałem. Służbowo. Nie inaczej. I tam jest taka scena — Woody dłońmi niezdarnie zaznaczył w powietrzu granice sceny — jak chłopiec idzie do zamku Białej Czarownicy, i tam stoją skamieniałe armie przysypane śniegiem. I takie mi się właśnie śniło, takie samiuśkie, no jak z tej bajki, ino te posągi to Śmierciożercy byli. Każdy jeden jak głaz, jakby mu się bazyliszek napatoczył pod nogi. I wszystkie sztywne gnidy w śniegu, i ani się ruszą. Tylko sople im z nosa ciekną. Hyhy. Ładne. Tylko mi szkoda było, że z tych skamielin maski nie zdejmiesz, żebyśmy wiedzieli, kto był winien.
piw0 to moje paliwo