• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 16 Dalej »
[12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B.

[12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B.
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#13
03.01.2026, 16:50  ✶  
Stałem jeszcze w tym samym miejscu, oparty niedbale mocniej na jednej nodze, jakbym wcale nie zauważał, że grunt pod moimi stopami zrobił się podejrzanie śliski, ale kiedy padły jej słowa, coś we mnie drgnęło. Uderzyły we mnie cicho, bez dramatyzmu, i chyba właśnie to zapiekło mnie najbardziej, „niedoprowadzanie do następnego razu” brzmiało rozsądnie, jak decyzja podjęta logicznie, chłodno, dokładnie tak, jak ona zawsze potrafiła, dokładnie tak, jak ja powinienem to przyjąć. Zbyt rozsądnie jak na coś, co jeszcze chwilę temu wydawało się… Inne. Nie wiedziałem jakie, ale inne na pewno. To był ten jeden moment, w którym rozmowa skręciła w stronę, której nie planowałem, nie chciałem tego, przynajmniej przez moment, ale też nie mogłem ukryć przed sobą, że wczoraj było… Miłe. Cichsze, bez tej ostrości, teraz wracała stara dynamika, a ja, zamiast ją zatrzymać, instynktownie po nią sięgałem. Nasze wymieniane zdania trafiały dokładnie tam, gdzie powinny zaboleć, więc zrobiłem to, co zawsze - cofnąłem się za maskę. Wyprostowałem się minimalnie, tylko tyle, żeby wrócić do znanej pozycji. Zacisnąłem szczękę i przywołałem na twarz ten znany, wyćwiczony półuśmiech, cyniczny, chłodny - taki, który mówił wszystkim dookoła, że mam wszystko pod kontrolą. Dzieciak czystej krwi, który nie traci głowy przez jeden wieczór i jeden poranek.
- To zdecydowanie najbezpieczniejsza strategia. - Przyznałem z lekkim uśmiechem, takim, który miał zamknąć temat. Ludzie lubili romantyzować ryzyko, bo rzadko sami ponosili jego konsekwencje, a jednak takie myślenie częściej kończyło się katastrofą niż katharsis, wbrew pozorom, może lepiej, że Prue nie chciała go podejmować. - Unikanie ryzyka ma długą tradycję. Zwłaszcza wśród ludzi, którzy nie lubią niespodzianek. - Skinąłem głową, jak ktoś, kto doceniał logikę, chociaż w środku we mnie coś nieprzyjemnie zgrzytnęło. Zauważyłem to jej napięcie, ten cień żalu, gdzieś z tyłu głowy pojawiła mi się niechciana myśl, że Prue wiedziała więcej ode mnie, widziała w tym wieczorze coś, czego ja nie potrafiłem uchwycić, to tylko wzmocniło potrzebę obrony. - Jeśli twoim planem jest trzymanie dystansu, to jasne. - Ciągnąłem dalej, tonem niemal obojętnym. - Hogwart jest wystarczająco duży, żeby to było wykonalne, wystarczy chcieć. - To nie było takie proste, przecież oboje to wiedzieliśmy, rozmawialiśmy o tym, przynajmniej częściowo - to wchodzenie sobie w paradę nie zawsze zależało od naszych intencji, czasami po prostu się działo.
Kiedyś było łatwiej uznawać to za atut, bo byliśmy przyjaciółmi - ta myśl przemknęła szybko i została brutalnie zepchnięta na bok. Przyjaźnie należały do przeszłości, do czasów, gdy nie trzeba było liczyć ruchów ani chronić reputacji. Tego poranka wcale nie planowałem jednak tej nagłej defensywy, tego cofnięcia się o krok, ale znałem zasady - kiedy ktoś zaczyna żałować, ktoś inny musi udawać, że to było nic wartego zapamiętania. A widziałem po oczach Prudence, że żałowała.
Wyprostowałem się mocniej, krzyżując ramiona, jakbym chciał wrócić do roli, którą wszyscy znali, dłonią poprawiając mankiet, jakbym porządkował drobiazg, a nie własne myśli. To była obrona, stara, dobrze znana, tarcza, którą podnosiłem zawsze, gdy coś zaczynało wymykać się spod kontroli. Jej noga była wciąż blisko, zbyt blisko, udawałem, że tego nie zauważam, chociaż moje ciało miało inne zdanie. To było irytujące, te wszystkie momenty, kiedy instynkty wyrywały się spod kontroli w najmniej odpowiednim momencie. 
Nie zaprzeczyłem, bo zaprzeczanie bywało oznaką słabości, a ja nie miałem dziś zamiaru jej demonstrować. Stałem nadal wyprostowany, jednocześnie starając się wyglądać niedbale, ramiona miałem skrzyżowane, moja postura była pewna, niemal leniwa. Tak wyglądał ktoś, kto słyszał te wnioski już wcześniej i nauczył się je nosić jak element garderoby, nie jak oskarżenie.
- Przewaga nie bierze się znikąd. - Ciągnąłem chłodno. - To kwestia wyborów. Jedni wolą komfort bycia fair, inni wolą wygrywać. Ja nigdy nie udawałem, że należę do tej pierwszej grupy.
Jej słowa o odpowiedzialności rozbawiły mnie cicho, bez wesołości. Krótki wydech, bardziej gest niż śmiech.
- Odpowiedzialność - rzuciłem - to bardzo elastyczne pojęcie. W moim świecie oznacza świadomość konsekwencji i gotowość, by je ponieść. Nie chronienie wszystkich dookoła przed własnymi decyzjami. - Spojrzałem na nią uważnie, ostrzej niż wcześniej, jakbym chciał jasno zaznaczyć granicę. - Tak, wiem, w co gram. - Dodałem bez cienia kpiny, za to z wyraźnym dystansem. Bletchley widziała mnie dokładnie tak, jak obawiałem się, że zobaczy, jako kogoś, kto bierze, testuje, przesuwa granice, bo może, i najgorsze było to, że w tej wersji mnie wszystko się zgadzało. - I tak, inni czasem nie, ale to nie ja zmuszam kogokolwiek do wejścia na planszę. Ludzie nie są pionkami tylko dlatego, że ktoś umie czytać reguły lepiej. Każdy wchodzi do gry z własnej woli. - Nie powiedziałem, że czasem ta gra wymykała się spod kontroli. Nie przyznałem, że wczoraj coś się przesunęło, że na moment zniknęły role. Zamiast tego wróciłem do tego, co znałem najlepiej. - Twój świat i mój świat nigdy nie były kompatybilne. - Powiedziałem ciszej. - Ty wierzysz, że ludzie powinni brać pod uwagę cudze uczucia. Ja wierzę, że uczucia są zmienne, a konsekwencje nie. - Zawiesiłem na niej wzrok, chłodny, wyraźnie zdystansowany - nie dlatego, że była mi obojętna, właśnie dlatego, że nie była. To było okrutne w swojej prostocie, wiedziałem o tym, ale właśnie dlatego było skuteczne. Nie dodałem, że czasem ta wiara kosztowała więcej, niż byłem gotów przyznać, zamiast tego wzruszyłem ramionami, jakby rozmowa zeszła na czysto teoretyczny grunt. - Testowanie granic nie jest okrucieństwem. - Dodałem. - To sposób sprawdzania, gdzie naprawdę stoją ludzie. Granice, które pękają, i tak były iluzją. - Nie zaprzeczyłem temu, że patrzę na siebie, nie zaprzeczyłem temu, że liczy się cel, to byłoby bez sensu.
To, co powiedziałem o naszych kontaktach, było niesprawiedliwe, wiedziałem to, ale sprawiedliwość nie była walutą, którą się tu posługiwaliśmy. Przyznanie, że zeszłego wieczora uwierzyłem w coś więcej choćby na chwilę, kosztowałoby mnie znacznie więcej, niż byłem gotów zapłacić. To właśnie dlatego dalsze słowa o reputacji przyjąłem bez mrugnięcia okiem, jak coś oczywistego, wręcz uprzejmego. Skinąłem głową lekko, z tym spokojem, który zwykle działał jak pieczęć zamykająca temat.
- Doceniam. - Odparłem krótko, z tym chłodnym spokojem, który zawsze wchodził mi w krew, kiedy należało coś zamknąć i nie wracać. Brzmiało to dokładnie tak, jak powinno - bezpiecznie, beznamiętnie, jakbyśmy rozmawiali o pogodzie, a nie o czymś, co wyraźnie zostawiło w niej ślad. I, co gorsza, we mnie też, chociaż nie zamierzałem się do tego przyznawać nawet w myślach. - Dyskrecja to dziś rzadki talent. - Skinąłem głową powoli, jakby właśnie potwierdziła coś, co od początku uważałem za oczywiste. Ten rzut oka dookoła, to jej demonstracyjne upewnienie się, że jesteśmy sami, uderzyło we mnie dziwnie nieprzyjemnie, nie dałem tego po sobie poznać - oczywiście, że nie. Odwróciłem się lekko w stronę Wielkiej Sali, jakby rozmowa właśnie dobiegła końca. Rzuciłem pobieżne spojrzenie wokół, choć dobrze wiedziałem, że nikogo tu nie było - to nie była potrzeba sprawdzenia, raczej odruch, nawyk człowieka, który zawsze pilnował krawędzi planszy, nawet gdy wydawała się pusta.
Nasze wejście do środka przyjąłem z ulgą, której oczywiście nie okazałem. Rozmowa zaszła tam, gdzie nie planowałem jej prowadzić, na chwilę znaleźliśmy się zbyt blisko, a jednocześnie zbyt osobno, jak na to, że w oficjalnej wersji wczorajszy wieczór był anomalią, świątecznym błędem w rachunkach, czymś, co należało skorygować, zanim zacznie żyć własnym życiem. Stałem chwilę w miejscu, pozwalając jej przejść przodem. Patrzyłem, jak znika w środku, jak prostuje ramiona, zakłada na siebie tę swoją wersję normalności. Zrobiłem to samo - ruch za ruchem - zbroja wróciła na swoje miejsce. Zatrzymałem się jeszcze na moment w progu, prostując mankiet koszuli, wyraźniej przybierając z powrotem tę wersję siebie, którą świat znał i akceptował - tę, która nie rozmawiała o nietoperzach, problemach mieszkaniowych ani o niczym, co wymagało miękkości tego typu. Tę, która nie pozwalała sobie na „dzień dobroci”, Yule się skończyło, a wraz z nim wszystkie odstępstwa.
Ruszyłem za nią do środka już jako Aloysius Rookwood, nie Wish, nie wczorajszy rozmówca spod gwiazd, tylko jako spadkobierca. Człowiek z zasadami, nawet jeśli były one ostrzejsze i bardziej trudne do zaakceptowania niż cudze, właśnie tak było najbezpieczniej. Wszedłem do środka za Prudence, bez pośpiechu, bez próby zatrzymania rozmowy. Nie było czego ratować. Tak przynajmniej brzmiała oficjalna wersja.
Usiadłem naprzeciw niej z tą samą nonszalancją, z jaką robiłem większość rzeczy, które miały wyglądać na przypadkowe - jak ktoś, kto nie musiał się zastanawiać, czy wypada, ruch był płynny, wyćwiczony. Krzesło zaskrzypiało cicho, kiedy się na nim rozwaliłem, z tym samym wyrachowanym spokojem, który zawsze wchodził mi w krew, gdy nie miałem pełnej kontroli nad sytuacją, jakby to miejsce od początku było moje, jakby to była naturalna kolej rzeczy. W pewnym sensie była.
Nie patrzyłem na Bletchley od razu - najpierw stół, talerze, dzbanek, dopiero potem jej profil, napięty, opanowany. Zaciśnięte zęby rozpoznałem bez trudu, zbyt dobrze znałem ten mechanizm, sam używałem go częściej, niż wypadało. Sięgnąłem po kubek, upiłem łyk, jakbyśmy prowadzili czysto teoretyczną rozmowę o narracji, nie o mnie, nie o nas. Odwróciłem spojrzenie na pół sekundy, skupiając się na Wielkiej Sali, na hałasie, na ludziach, na wszystkim, co pozwalało nie myśleć o tym, że jeszcze wczoraj rozmawialiśmy inaczej - była we mnie wersja, której dziś konsekwentnie nie dopuszczałem do głosu.
Słuchałem jej bez przerywania, z tym półuśmiechem, który zwykle mylono z rozbawieniem - w rzeczywistości był tarczą - jej słowa trafiały celnie, aż za celnie, ale nie zamierzałem tego potwierdzać. Bohater ich opowieści, figura, którą łatwo opisać, jeszcze łatwiej znienawidzić albo podziwiać, wszystko jedno. Rozparłem się z tą samą nonszalancją, którą widywali u mnie wszyscy. Rola była wygodna, dobrze skrojona, nosiłem ją od lat jak idealnie dopasowany płaszcz.
- Bohater brzmi zbyt… Szlachetnie. - Mruknąłem w końcu, obracając w palcach kubek. - Jak już, wolę ciekawsze pozycje. Antagonista ma więcej swobody. - Uniosłem na nią spojrzenie, leniwe, pewne siebie - takie, które mówiło, że wiem dokładnie, kim jestem w cudzych historiach i nie mam z tym problemu, w gruncie rzeczy, lubiłem to, ten porządek, jasne reguły gry. - Jeśli już mam być postacią, to wolę taką, która porusza fabułę, a nie reaguje na nią. - Uśmiechnąłem się krzywo, bez ciepła, za to z satysfakcją. Nie bohater - antagonista, przynajmniej na pokaz. Ta pozycja była wygodniejsza, dawała dystans, chroniła przed pytaniami, na które nie zamierzałem odpowiadać. - Czy mi się to aż tak podoba? - Dodałem, wzruszając ramionami. - Podoba mi się kontrola. Jeśli bycie „tym złym” daje mi ją bez zbędnych kosztów, to czemu nie, oczywiście. Wiesz, jaka jest największa zaleta bycia kimś takim? - Uniosłem brew, półuśmiech pogłębił się odrobinę. - Nikt nie oczekuje od ciebie heroicznej przyzwoitości. - To była prawda, ta wygodna część prawdy, którą można było bezpiecznie wypowiedzieć. Bycie czarnym charakterem zwalniało z tłumaczeń, z miękkich gestów, z konieczności bycia kimś więcej, pozwalało robić swoje i nazywać to  „strategią”. Nie dodałem, że czasem cisza po zdjęciu maski jest ogłuszająca, nie dodałem, że czarne charaktery też bywają zmęczone.
Przesunąłem spojrzeniem po Wielkiej Sali, po innych uczniach, po tym całym tle, które zawsze było tylko scenografią.
- Hierarchia istnieje niezależnie od tego, czy ją lubisz, czy nie. Ja po prostu nie udaję, że jest inaczej. - Zawiesiłem na niej wzrok na krótką chwilę, wystarczająco długo, by było jasne, że słyszę więcej, niż mówię, ale zaraz potem wróciłem do tej swojej wersji. Gładkiej, kontrolowanej. Kiwałem głową od czasu do czasu, jakbyśmy prowadzili akademicką dyskusję, nie rozmowę, która zahaczała o rzeczy niebezpieczne, takie, których nie powinno się dotykać przy śniadaniu. Moje palce bębniły leniwie o krawędź stołu, spojrzenie miałem lekko znudzone, jakbym rozważał jej słowa bardziej z obowiązku niż z ciekawości, tyle że to była poza - dobra, sprawdzona, ale jednak poza. Słuchałem, rozwalony na krześle, z tą pozorną swobodą, która zwykle wystarczała, żeby rozmowa nie wchodziła mi pod skórę.
- Oczywiście, że zawsze można powiedzieć, że „wybór istnieje”. Tak samo jak zawsze można powiedzieć, że można rzucić wszystko i wyjechać, tylko że większość ludzi nie żyje w teorii, a w rachunku zysków i strat. - Oparłem łokieć o stół, splatając palce, ton miałem spokojny, wyważony, dokładnie taki, jaki powinien mieć ktoś, kto nie zamierzał się tłumaczyć. - Własna strona to mit. - Stwierdziłem z parsknięciem, cichym, niemal pobłażliwym. - Zawsze jesteś czyimś pionkiem albo czyimś zagrożeniem. Różnica polega tylko na tym, czy zdajesz sobie z tego sprawę. Ja wolę wiedzieć, w czyjej grze gram i jakie są zasady. - Przesunąłem spojrzeniem po sali, po innych uczniach, po tym wszystkim, co stanowiło tło, a potem wróciłem do niej, spokojny, zbierający punkty. - Świat rzadko pozwala stać dokładnie tam, gdzie jest najwygodniej. Prędzej czy później ktoś i tak uzna, że jesteś po którejś stronie, nawet jeśli sam uważasz inaczej. Ja przynajmniej wiem, że za jakiś czas będę jednym z organizatorów. - Wzruszyłem ramionami, z tą pozorną obojętnością, którą doprowadziłem do perfekcji, nachylając się odrobinę, z tym półuśmiechem, który zawsze zwiastował, że zaraz powiem coś, co nie będzie miłe. - Wybór - kontynuowałem wolno - to bardzo komfortowe słowo. Brzmi, jakby wszyscy startowali z tego samego miejsca. - Skrzyżowałem ramiona w postawie kogoś, kto wiedział, że jest obserwowany i dokładnie tego chciał. - Jasne, technicznie rzecz biorąc, zawsze istnieje jakiś procent szans na to, że los się odwróci, coś się zmieni, przetasowanie okaże się wyjątkowo nieprzewidywalne - ciągnąłem - ale nie wszystkie opcje są realne. Czasem to tylko teoria dla ludzi, którzy nigdy nie musieli liczyć kosztów.
Jej wizja odwagi, zmiany, lawirowania między stronami była… Ładna. Zbyt ładna. Idealna do opowiadania sobie historii przed snem. Parsknąłem cicho.
- Niezdecydowanie czy tam, ładniej mówiąc, balansowanie między opcjami to luksus -  powiedziałem spokojnie - na jaki mogą sobie pozwolić ci, którzy nie mają nic do stracenia albo wszystko już stracili. Reszta z nas gra na planszy, która istniała długo przed nami. - Nie brzmiało to jak skarga, brzmiało jak fakt.
Odchyliłem się na krześle, przenosząc łokieć ze stołu na kolano, wracając do tej swojej wygodnej, roli antagonisty, który przynajmniej nie kłamał na temat własnych motywów. A to, że jej słowa na chwilę wdarły się pod skórę, nie było czymś, do czego zamierzałem się przyznać. Nawet przed sobą. Rozmawialiśmy dłużej, niż było to wygodne. Rozparty na krześle, z jednym ramieniem niedbale opartym o oparcie, drugim o swoje kolano, wyglądałem jak ktoś, kto przyjmował wykład tylko z grzeczności. W środku mnie jednak coś zgrzytało - nie dlatego, że nie miała racji, raczej dlatego, że mówiła o wyborach tak, jakby były czymś realnym, a nie luksusem.
Uśmiechnąłem się lekko, bez wesołości, to był uśmiech kogoś, kto słyszał podobne deklaracje już wcześniej i nauczył się traktować je z dystansem.
- Ludzie uwielbiają mówić, że „zawsze jest wybór”, Pruey, bo to dobrze brzmi. - Ciągnąłem. - Moralnie, budująco, tylko że wybór bez realnej ceny to teoria. W praktyce większość decyzji to po prostu kalkulacja strat. - Oparłem się mocniej, skrzyżowałem nogi, przybierając tę swoją chłodną, kontrolowaną postawę - gracz, który zna planszę. - Odwaga do zmiany to też narracja. - Dodałem. - Ładna, inspirująca, ale często kończy się tym, że ktoś inny sprząta po twojej „odwadze”. Ja wolę odpowiedzialność za skutki, nie za intencje.
Jej słowa o przetrwaniu nie zirytowały mnie. Raczej utwierdziły w czymś, co i tak wiedziałem.
- Lawirowanie na granicy - wróciłem do niej spojrzeniem, spokojnie - wymaga marginesu błędu. Stanie „po swojej stronie” brzmi dobrze do momentu, w którym odkrywasz, że twoja strona nie ma zaplecza. - Nie brzmiałem złośliwie, brzmiałem pewnie. Tak, jak ktoś, kto już dawno podjął decyzję i nie zamierzał jej kwestionować.
Pokręciłem głową, cmokając, jakbym właśnie usłyszał wykład, który znam na pamięć, tylko podany w ładniejszym opakowaniu. Słuchałem jej jednak całkiem uważnie, bo zawsze słuchałem, nawet jeśli udawałem, że to czysta strata czasu. Jej sposób mówienia miał w sobie coś uporczywego, jak woda drążąca kamień. I może właśnie dlatego nie zamierzałem jej tego ułatwiać.
- Dlatego właśnie nie skaczę do wody bez planu. - Rzuciłem. - Zachłyśnięcie się zdarza się tym, którzy wierzą, że samo przekonanie wystarczy. Ja wolę wiedzieć, gdzie jest brzeg, gdzie jest granica. - Spojrzałem na nią z tym swoim krzywym grymasem imitującym uśmiech - czarny charakter w pełnej krasie. Ten, którego łatwo było ocenić, łatwo zaszufladkować. - Jasne, ta strategia nie jest szczególnie… Widowiskowa moralnie. - Przechyliłem głowę, spoglądając na nią spod rzęs, z tym specyficznym półuśmiechem. - Ale widzisz, marzenia o szerokich możliwościach są w porządku. - Podsumowałem. - Dopóki nie zaczynają kosztować więcej, niż są warte. Ja swoje rachunki płacę na bieżąco. - Wzruszyłem ramionami, pochylając się po herbatę, jakby rozmowa była zamknięta, jakby nie dotknęła mnie ani na moment, bo przyznanie, że gdzieś między jej słowami było coś, co zahaczyło, oznaczałoby przyznanie, że ta poza to tylko rola, w której z dnia na dzień przestawało być mi wygodnie, chociaż właściwie to… Czy kiedykolwiek było mi w niej zupełnie komfortowo? Właśnie.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (9882), Prudence Fenwick (6801)




Wiadomości w tym wątku
[12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B. - przez Benjy Fenwick - 25.12.2025, 05:09
RE: [12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B. - przez Prudence Fenwick - 25.12.2025, 22:50
RE: [12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B. - przez Benjy Fenwick - 26.12.2025, 00:29
RE: [12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B. - przez Prudence Fenwick - 26.12.2025, 08:17
RE: [12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B. - przez Benjy Fenwick - 26.12.2025, 21:25
RE: [12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B. - przez Prudence Fenwick - 26.12.2025, 22:52
RE: [12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B. - przez Benjy Fenwick - 27.12.2025, 00:11
RE: [12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B. - przez Prudence Fenwick - 27.12.2025, 23:06
RE: [12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B. - przez Benjy Fenwick - 28.12.2025, 00:19
RE: [12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B. - przez Prudence Fenwick - 28.12.2025, 14:18
RE: [12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B. - przez Benjy Fenwick - 28.12.2025, 19:19
RE: [12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B. - przez Prudence Fenwick - 01.01.2026, 18:40
RE: [12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B. - przez Benjy Fenwick - 03.01.2026, 16:50
RE: [12.1957] Not really sure what we’ve done, it started out as a bit of fun |A.R., P.B. - przez Prudence Fenwick - 30.01.2026, 22:07

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa