• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy

[12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#8
04.01.2026, 18:52  ✶  
To pomieszczenie było jak zdjęcie sprzed lat, zostawione na słońcu - blaknące, delikatne, nie do końca prawdziwe. Ona się w nim już nie mieściła, ja tym bardziej. Dla niej kiedyś było światem, dla mnie teraz było tylko przystankiem, ostatnim przed naszym wspólnym miejscem. Siedziałem na podłodze z kartonem między kolanami, w miejscu, które było za ciasne nawet dla samej idei mnie, nie mówiąc już o realnych gabarytach. Składałem jej ubrania powoli, metodycznie, robiąc to w taki sposób, jak gdyby to była czynność wymagająca skupienia i precyzji, a nie pretekst do tego, żeby nie myśleć o wszystkim naraz - czułem się jednak tak, jakbym próbował w ten sposób domknąć coś więcej niż tylko szafę z dzieciństwa. Każda z jej rzeczy miała swoje miejsce, swoją historię, nawet jeśli ta była chwilowo zapchnięta do kartonu po jabłkach. Nie wiedziałem, kiedy dotarło do mnie, że to naprawdę ostatni raz, ostatni raz w tym pokoju, który był za mały na mnie, za cichy na to, kim teraz była Prue, i zdecydowanie za delikatny na to, co przyniósł czas. Drzwi się zamkną, kurz osiądzie, a ten pokój zostanie w tyle, zacznie należeć do przeszłości, innego etapu życia, który zamykaliśmy właśnie taśmą klejącą i wiekiem kartonu.
Lubiłem zajęcia, które dawały rękom robotę, a myślom chwilę luzu, mimo to słuchałem jej uważnie. Podniosłem jedną apaszkę, spojrzałem na nią przez moment i złożyłem dokładniej. Słuchałem Prue, gdy mówiła, i nawet nie próbowałem udawać, że to do mnie nie trafia. Trafiało. Zgadzaliśmy się w zaskakująco wielu sprawach, to nadal było dla mnie nowe… No, dobrze, może nie całkiem, bo dawno temu, w odległej przeszłości, praktycznie w innym życiu też potrafiliśmy się dogadać, więc technicznie rzecz biorąc, nie było to zupełnie nowe, ale przyjemnie odświeżające, szczególnie gdy mówiła dalej, spokojnie, rzeczowo, jak ktoś, kto naprawdę wierzył w to, co mówi.
- Tak. - Stwierdziłem po chwili, a jednocześnie przesunąłem dłonią po kartonowej krawędzi, wkładając do środka pasek i chwilę dłubiąc przy sprzączce, która nie chciała ułożyć się w wolnej przestrzeni, co brzmiało metaforycznie znajomo - sam całe życie byłem czyimś niepasującym elementem, aż do teraz. Rodziny, nazwiska, historii, to nawet przestawało boleć, jak się człowiek przyzwyczaił, ale dobrze było nie czuć potrzeby, by to robić na kolejny pełen etat. - Masz lasję. To nie jest konfigulacja, w któlej mosna sobie pozwoliś na ideologiczne stlaty. - Przytaknąłem, mając nadzieję, że rzeczywiście uda nam się dojść do porozumienia z jej rodzicami, nawet jeśli ojcu z pewnością to miało zająć trochę czasu. Pragmatyzm zawsze wygrywa z ideologią, kiedy zaczyna brakować rąk do podawania tej cholernej szklanki wody.
- Zlesztą. Moi mieli całe schematy, dszewa genealogiczne i balso długą listę oczekiwań. - Uśmiechnąłem się krótko, krzywo, nieco ironicznie. -  Świat się nie zawalił, kiedy s niej wypadłem. - Nie było w tym patosu, raczej ulga. Wiedziałem, jak to jest mieć miejsce, do którego teoretycznie możesz wrócić, na święta czy przerwy semestralne, ale w praktyce nigdy nie chcesz. Moi rodzice mieli dom pełen pokoi i dzieci, za dużo jednego i drugiego, żeby ktokolwiek zauważył czyjś brak, gdy nie trzeba było się akurat pokazać na salonach. Zawsze był ktoś następny, lepszy, bardziej zgodny z wizją, ja nie pasowałem do żadnej, ale miałem ten wątpliwy przywilej bycia chłopcem, w innym wypadku pewnie znacznie szybciej spisano by mnie na straty, a tak przez lata próbowano zrobić ze mnie kogoś, kim nigdy nie byłem. Wypierdoliłem z domu wcześnie, zanim zdążyli mnie ustawić w szeregu, chociaż dużo wcześniej zrozumiałem, że dla nich bycie czarną owcą to była funkcja, nie wyjątek. W tej rodzinie czarne owce były potrzebne, żeby reszta mogła wyglądać jaśniej. U Bletchleyów tak nie było, to było widoczne już na pierwszy rzut oka. John robił to, co robił, bo się martwił. Po prostu nie zawsze słusznie, chociaż w swoich oczach miał ku temu solidne podstawy.
Prusy spojrzała na mnie z tym uśmiechem, który zawsze oznaczał jedno - plan - już układała go w głowie. Ten moment, kiedy mrużyła oczy i zawieszała się na chwilę, znałem aż za dobrze, to był ten sam wyraz twarzy, który oznaczał „zaraz zrobimy coś potencjalnie przełomowego”. Zamknąłem ostatni karton i klepnąłem go dłonią, to była kropka nad „i”, w takim wypadku mogłem rzeczywiście zrobić sobie chwilę przerwy.
- Oczywiście, sze jesteś naukowcem. -  Mruknąłem z rozbawieniem, powoli upijając łyk nalewki. Nie potrzebowałem szczegółów, wystarczył ton. - Jak mógłbym o tym zapomnieś. - Zerknąłem na nią uważniej, już zdążyłem przywyknąć do tego, że w naszym wypadku taki dialog zawsze kończył się… Interesująco. Uśmiechnąłem się łobuzersko. To było urocze i niebezpieczne jednocześnie. - Jeśli zamieszasz pszeplowadziś demonstlasję empilyczną, obiecuję czynny udział. Asysta telenowa, obselwacja uczestnicząca, pełne zaangaszowanie, analiza polównawsza pszed i po. Mogę nawet udawaś sceptyka, jeśli tego wymaga metodologia. - Zerknąłem w stronę kartonu z koronkami i z powrotem na nią. Najbardziej ryzykowne eksperymenty zawsze zaczynają się od słów „nie mogłam zignorować takiej możliwości”. Uśmiechnąłem się szeroko, bo wiedziałem, dokąd to zmierza, a raczej miałem bardzo dobre przypuszczenia. - Mamy czas, a wklótce będziemy mieli duszy dom pełen pomieszczeń idealnych do badań. Byłoby gszechem naukowym nie splawdziś wszystkich zmiennych. To bszmi jak inteldyscyplinarny plojekt. Baldzo śliski etycznie, ale obiecujący. - Pokiwałem głową wolno, raz, drugi. - To balso śmiałe załoszenie, ale jako plaktyk od klątw i anomalii mogę potwieldziś, sze niektóle oblasy zostają na zawsze. Szczególnie te, któle łamią dotychczasowe paladygmaty, mają efekt długotlwały.
Antropolog, badaczka, była uzdrowicielka, eksperymenty miała we krwi. Ja zresztą też, tylko z innej strony, klątwy, artefakty, rzeczy, które nie powinny działać, a jednak działały, idealna mieszanka wybuchowa.
- A skolo jusz mówimy o zapleczu… - Dodałem ciszej, mój ton zszedł o pół tonu niżej. - Kitelek tesz mose się okazaś całkiem uszyteczny. Buduje autolytet i daje balso konieczne poczucie plofesjonalizmu. - Potrząsnąłem głową z rozbawieniem.
Przesunęła się, robiąc mi miejsce na łóżku. Zasłużona przerwa, tak to wyglądało na papierze, w praktyce była to decyzja, która zakończyła żywot mebla. Usiadłem, właściwie tylko oparłem ciężar ciała, to był jednak ten moment, w którym świat uznał, że ma inne plany. Trzask był natychmiastowy, bez ostrzeżenia. Jedno, krótkie pęknięcie, a potem świat zapadł się pode mną w sposób absolutnie kompromitujący - konstrukcja łóżka poddała się bez walki, a ja wylądowałem w dziurze między deskami a materacem, z baldachimem powiewającym nade mną, jak kurtyna w kiepskim teatrze. Przez ułamek sekundy było cicho, a potem jej śmiech wypełnił pokój. Nie miałem serca jej tego odbierać. Śmiała się do łez, za co zdecydowanie nie mogłem jej winić, bo z pewnością wyglądałem absurdalnie, zdecydowanie nie pasowałem do tej przestrzeni.
Westchnąłem, długim, teatralnym westchnieniem człowieka, który właśnie zrozumiał, że przegrał bitwę, zanim w ogóle ją podjął. Oparłem potylicę o krawędź łóżka, patrząc w sufit z tą miną, jakbym rozważał bardzo złe decyzje życiowe, bo dokładnie to robiłem.
- No i widzisz. - Mruknąłem w końcu, krzywiąc się półgębkiem, uśmiech miałem już zdradziecki, kapitulacja byłaby taktycznym ruchem, ale chwilowo zamierzałem to odwlekać. - To bszmi balso niewinnie, kiedy tak mówisz. „Kaszde wydanie”, jak kolekcja ksiąszek, pięknie, sentymentalnie i balso niewinnie, a w plaktyce oznacza systematyczne niszczenie mojego wizelunku. Uwaszaj, czego sobie szyczysz. Jeśli je zobaczysz, stlacę lesztki autolytetu. - Parsknąłem, mimo sytuacji, bo jak tu nie parsknąć - nawet utknięty w szczątkach łóżka nie byłem w stanie tego nie skomentować, krzywiąc się przy próbie podniesienia, która zakończyła się absolutnym fiaskiem i jeszcze gorszym zaplątaniem w listwy. Baldachim miał mnie najwyraźniej za zakładnika.
Prawda była taka, że niektóre tomy powinny zostać wycofane z obiegu, a inne w ogóle się nie pojawić na rynku wydawniczym.
- Wiesz… - Kontynuowałem powoli. - Ploblem polega na tym, sze ja naplawdę mam stanowczo zbyt duszo komplomitujących doświadczeń. S lósznych oklesów szycia. S lósznych faz błędnych decyzji. S lósznych welsji mnie, któle absolutnie nie powinny ujsześ światła dziennego. - Pokręciłem głową, parskając cicho, teatralnie, jak człowiek, który właśnie zrozumiał, że sam sobie podcinał gałąź, na której siedział. - Były welsje lobocze, welsje testowe i jedna balso podejszana edycja specjalna, któlej nikt nie zamawiał. - Spojrzałem na nią z dołu, spod rzęs, dalej z tym półuśmiechem, który zwykle zwiastował kapitulację opóźnioną w czasie. Oparłem mocniej potylicę o krawędź łóżka, jakby to miało pomóc. - Walkoczyki to tylko wieszchołek góly lodowej. Były tesz inne flyzury, któle wyglądały jak plowokacja. Ublania, któle powinny być kalalne. I spojszenia pełne pszekonania, sze wiem, co lobię. Jest etap „myślałem, sze skószana kultka mnie ulatuje”, „to nie był dobly pomysł połączyś to s tym”, faza „zbyt powaszny jak na swój wiek”, „udaję, sze nic mnie nie obchodzi”, „dlaczego ktoś pozwolił mi wyjść s domu w tym płaszczu”, jest tesz kilka balso podejszanych koszul i jeden okles, w któlym nie powinienem był nigdy pozwoliś komukolwiek lobiś zdjęcia. - Parsknąłem krótko. - A jednak ktoś je zlobił. - Materialny dowód na to, że ignorowałem wszelkie sygnały ostrzegawcze od losu. Wszechświat miał poczucie humoru. Westchnąłem przeciągle i zamknąłem na moment oczy, jakby to mogło cofnąć fakty zapisane na pergaminie rzeczywistości. 
- Mam dokumentację młodzieńczych ekspelymentów, klyzysów toszsamości, faz „to ma sens”, któle absolutnie nie miały sensu. Były podejmowane s pełną świadomością i to jest w tym wszystkim najgolsze. - Przyznałem w końcu, z tą rezygnacją człowieka, który wiedział, że walczy z czymś większym od siebie. Przesunąłem dłonią po twarzy, próbowałem tak zetrzeć obrazy, które same mi się wdzierały do głowy.
- Wtedy faktycznie moglibyśmy spszedaś welsję, sze jestem balso losłą, enigmatyczną dziewczynką s legend ludowych. Doceniam wysiłek konceptualny. - Zgodziłem się ostatecznie, tylko dlatego, że mnie to bawiło.
Poruszyłem się, próbując wstać, ale zaplątałem się jeszcze bardziej, listewki nie miały litości, i wtedy poczułem to kłucie. Drzazga, oczywiście, akby sytuacja była jeszcze zbyt mało upokarzająca.
- Dobsze, sze celujesz w plewencję. -  Mruknąłem, gdy zaczęła mówić o problemach. - Doceniam tloskę. S dwojga złego… -  Zawiesiłem głos i prychnąłem. - Tak, dokładnie tam tesz bym jej nie chciał. - Przyznałem, nie chcąc wdawać się w wizualizacje.
Uniosłem na nią wzrok, kiedy tym swoim poważnym tonem ogłosiła dozgonną tajemnicę, i skinąłem głową z namaszczeniem. Próbowałem się podnieść jeszcze raz, bez większego sukcesu, więc po prostu westchnąłem, niemal w tym samym momencie, w którym zobaczyłem, jak zeskakuje z łóżka i staje przede mną, zaparta, skupiona, gotowa mnie wyciągać z tej kompromitującej pułapki. Patrzyła na mnie z góry, choć fizycznie to ja byłem olbrzymem. Spojrzałem najpierw na jej dłoń, potem na nią, a potem nie mogłem się powstrzymać.
- „Wielkoludzie”, selio? - Odmruknąłem rozbawiony, ale bez sprzeciwu, widząc jej wyciągniętą dłoń. Zerknąłem w dół, na jej nogi. - Ty wiesz, sze to jest cholelnie zuchwałe, jak na kogoś twoich wymialów, plawda, maleńka? - Mimo to chwyciłem jej dłoń, delikatnie, żeby jej nie pociągnąć razem ze sobą w otchłań połamanych desek. Przez piętnaście lat nauczyłem się rzeczy, których nigdy bym się o sobie nie spodziewał - jak znikać bez śladu, jak przeżyć w miejscach, które nie chciały mnie przyjąć, jak być problemem, zanim ktoś zdąży go nazwać. A potem, zupełnie niepostrzeżenie, nauczyłem się też współpracować, stać obok, a nie naprzeciwko, dziś najwyraźniej ta współpraca działała wyjątkowo korzystnie. W końcu udało mi się wyplątać i stanąć na nogach, górowałem nad nią jak zwykle, ale tym razem z poczuciem, że to ona wygrała. Stanąłem wreszcie stabilnie, odruchowo wykorzystując ten moment bez wahania. Jednym płynnym ruchem przyciągnąłem ją do siebie, to było najoczywistsze na świecie, jakby ten gest istniał między nami od zawsze.
- Viens là, ti belle. - Mruknąłem cicho, tym leniwym tonem, który zdradzał, że nigdzie mi się nie spieszy. - Chodź tu, mała. - Skoro dziś używaliśmy takich etykietek, sama ją sobie przypięła, nie mogła narzekać - prawda?
Najpierw pochyliłem głowę i musnąłem pocałunkiem czubek jej włosów, krótko, naturalnie, bez demonstracji, a dopiero potem objąłem ją ramionami. Oparłem podbródek na jej głowie, idealnie dopasowanej do mojego mostka, i zamknąłem na chwilę oczy, czując pod sobą jej ciepło i zapach, ten znajomy punkt odniesienia w świecie, który bywał zbyt głośny i zbyt ostry. Pachniała słodko, ale nie cukierkowo, domowo, jak coś, co wróciło dokładnie tam, gdzie powinno być od początku. Ten pokój mógł być za mały, łóżko mogło nie wytrzymać, kartony mogły czekać, w tej jednej sekundzie wszystko było dokładnie tak, jak powinno.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (6618), Prudence Fenwick (5134)




Wiadomości w tym wątku
[12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 28.12.2025, 22:42
RE: [12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 29.12.2025, 02:19
RE: [12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 29.12.2025, 10:32
RE: [12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 29.12.2025, 19:12
RE: [12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 29.12.2025, 23:38
RE: [12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 30.12.2025, 17:27
RE: [12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 30.12.2025, 22:00
RE: [12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 04.01.2026, 18:52
RE: [12.10.1972] let's go | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 04.01.2026, 22:17

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa