05.01.2026, 01:05 ✶
Anthony zdecydowanie wolał nie myśleć o pewnych aspektach snu jak leżenie na śniegu pośród leśnego poszycia, bo tam niestety całkiem możliwe, że największym zaskoczeniem byłaby szyszka wbita w ciało. Pod tym względem trudno mu było zawiesić niewiarę, więc myślał o tych onirycznych przestrzeniach bardziej jako o białej satynie lizanej podmuchem mroźnego powietrza przez omyłkowo pozostawione uchylone okno.
Zaraz potem zaś skutecznie przestał myśleć, gdy jego wspaniały kucharz składał na jego ustach obietnicę słodyczy większej niż cokolwiek dzisiejszego dnia mogliby spróbować. Obietnicę w nieskończony sposób spełnianą. Dopełnianą. Rozkosznie przyjemną.
– Niemożliwe są inne omeny przy Tobie... – wymruczał rozmarzony, absolutnie nie wycofując się z objęcia. Urok Jonathana sprawiał, że nawet nie myślał o ewentualnych białych śladach, które z wielkim prawdopodobieństwem zostały pozostawione na jego ubraniu. Urok Jonathana, jego aura, jego ciepło, jego zapach, jego uśmiech, jego tembr głosu sprawiały, że absolutnie nic nie miało większego znaczenia, jak to by być możliwie blisko, aby tych wspaniałości doświadczać.
– Może weźmiemy te wypieki i wrócimy do łóżka? Będziesz mnie cały dzień karmił i głaskał po włosach, dzieląc się teatralnymi i biurowymi plotkami. Mógłbym zagrzać dla nas Montepulciano, skoro już tak... świętujemy w październiku. Wrzucę cynamon, gwoździki, te gwiazdki i kawałek... tam pływała zawsze też taka gałązka wonna... – mruczał leniwie, choć jego policzki wciąż płonęły niedawną współdzieloną fantazją, nie mógł sobie przypomnieć ani nazwy przypraw ani niczego w sumie sensownego, błądząc bez celu dłońmi po plecach Jonathana, kreśląc tajemne wzory oddania i miłości, które właściwie na tym etapie nie były już takie tajemne. Zdało się, że srebrzyste poblaski aury układały się weń, gdy wcześniej Selwyn je podglądał, ale może to tylko jego wyobraźnia. Ich wyobraźnia.
Zaraz potem zaś skutecznie przestał myśleć, gdy jego wspaniały kucharz składał na jego ustach obietnicę słodyczy większej niż cokolwiek dzisiejszego dnia mogliby spróbować. Obietnicę w nieskończony sposób spełnianą. Dopełnianą. Rozkosznie przyjemną.
– Niemożliwe są inne omeny przy Tobie... – wymruczał rozmarzony, absolutnie nie wycofując się z objęcia. Urok Jonathana sprawiał, że nawet nie myślał o ewentualnych białych śladach, które z wielkim prawdopodobieństwem zostały pozostawione na jego ubraniu. Urok Jonathana, jego aura, jego ciepło, jego zapach, jego uśmiech, jego tembr głosu sprawiały, że absolutnie nic nie miało większego znaczenia, jak to by być możliwie blisko, aby tych wspaniałości doświadczać.
– Może weźmiemy te wypieki i wrócimy do łóżka? Będziesz mnie cały dzień karmił i głaskał po włosach, dzieląc się teatralnymi i biurowymi plotkami. Mógłbym zagrzać dla nas Montepulciano, skoro już tak... świętujemy w październiku. Wrzucę cynamon, gwoździki, te gwiazdki i kawałek... tam pływała zawsze też taka gałązka wonna... – mruczał leniwie, choć jego policzki wciąż płonęły niedawną współdzieloną fantazją, nie mógł sobie przypomnieć ani nazwy przypraw ani niczego w sumie sensownego, błądząc bez celu dłońmi po plecach Jonathana, kreśląc tajemne wzory oddania i miłości, które właściwie na tym etapie nie były już takie tajemne. Zdało się, że srebrzyste poblaski aury układały się weń, gdy wcześniej Selwyn je podglądał, ale może to tylko jego wyobraźnia. Ich wyobraźnia.