Kiwnęła głową na wyliczenie Brenny, bo tak, zdecydowanie trzeba było brać te wszystkie opcje pod uwagę, tym bardziej, że minęły dwa dni i wiedzieli… No niewiele więcej. Rzeczy, na jakie natrafiali, generowały raczej więcej pytań niż odpowiedzi.
– Arcykapłanka i arcykapłan pewnie wiedzą więcej, fakt… – mruknęła, ale kontakt z Arcykapłanką był… no kiepski, mówiąc delikatnie. – Byłam w kowenie bo szukałam wtedy konsultacji ze spirytystą. Dowiedziałam się od kapłanki całkiem dużo, ale ostatecznie powiedziała mi wtedy, że to, kogo szukam, to nekromanta – poruszała niespokojnie palcami lewej dłoni, bo resztę historii Brenna znała, razem były przecież w Egipcie. – Na tym etapie chyba powinniśmy się na taką ewentualność przygotować – bo skoro Voldemort już naruszył granicę pomiędzy światem umarłych i żywych, to co stało na przeszkodzie, by zrobić to po raz drugi? A jeśli tym miejscem „styku” światów były kromlechy, to powinni je pilnować. Bardzo wątpiła, że byliby w stanie patrolować je wszystkie, już na Beltane Ministerstwo nie wysłało zbyt wielu swoich sił. – I mieć na oku kromlechy… – a to były raczej znane miejsca… tak?
– Jeśli tropem są sabaty, to tak – to wtedy Mabon lub Samhain brzmiały jak potencjalne daty. Ale może Beltane zostało wybrane właśnie dlatego, że było szczególne: skrajny punkt w kole roku. Ale po prawdzie to nie mieli żadnych innych przesłanek póki co, bo największy atak przypadł właśnie na sabat. – W porządku. Nie martw się, zachowam to dla siebie – przekazywanie dalej tak osobistej wizji, dotyczącej domu rodziny, to nie było w stylu Victorii, tym bardziej, że Longbottomowie już wiedzieli, już zostali ostrzeżeni.
– Masz na myśli tam na Polanie? – Victoria zastanowiła się. – Nie wiem, w mojej rodzinie nie ma nikogo z trzecim okiem, a ja jednak widziałam dziwne rzeczy – to w końcu… za jej powodem weszli w ten cholerny ogień i przedostali się do Limbo. To ona widziała jakiś fioletowy dym, którego nie potrafili potwierdzić ani Patrick, ani Mavelle. – Nie – odpowiedź była prosta, bo faktycznie nie próbowała. – Ja nie próbowałam. Ale namówiłam Sauriela, żeby spróbował mojej krwi… – nad tym też się musiała trochę nagimnastykować, bo z początku nie chciał o tym słyszeć. – Rezultat jest taki, że… On nie poczuł żadnej różnicy, ale ja również nie. Według niego po takiej ilości powinno mi się kręcić w głowie, ale ja nie czułam nic – no i krew była ciepła, a nie zimna – to też był ciekawy szczegół.