05.01.2026, 18:12 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.01.2026, 18:12 przez Robert Albert Crouch.)
Robert myślał, że to już koniec. Nie wydawało się, że zwiastował jedynie pobudkę, o nie. Miał być ostateczny, najbardziej ostateczny, jak tylko się da. Jednak to jeszcze nie ta chwila. Za mało cierpiał. Nie satysfakcjonowało to człowieka o dziwacznej twarzy. Lubił bawić się swoimi ofiarami, dawać im ułudę bezpieczeństwa. Crouch skądś to wiedział, a raczej przeczuwał podskórnie, że tak się rzeczy miały.
Ktoś skopał nieznajomego, który poleciał prosto w widownię. Brenna. Dziwne, że wydawała się prawdziwsza niż cały ten nader realistyczny sen. Ukazywała się mu jakby wyraźniej, w żywszych barwach. A może była to jedynie iluzja? Kobieta uratowała mu życie, jawiła się mu przez moment jak bohaterka.
Wstał razem z nią, czuł, że nogi pod nim drżą. Serce waliło mu w piersi tak mocno, że słyszał swój własny puls. Ledwo dawał radę zebrać oddech, a jednak... adrenalina robiła swoje. Dlatego pokiwał Brennie głową. Nie rozklejał się, nie panikował. Jego myślenie stało się bardziej metodyczne, analizował otoczenie. Jednak, gdy rozglądał się pobieżnie po sali, nie zauważył swojego oprawcy.
– Racja. Wynośmy się stąd – rzekł i skierował się razem z Brenną w stronę wyjścia z Atrium. Kominek Fiuu w tym momencie był ich najlepszą szansą na ucieczkę.
Trzymając się Brenny jedną ręką, drugą zaś przyciskając sobie materiał krawata do krwawiącej szyi, potruchtał w stronę najbliższego z kominków. Nie zdążył jednak wypowiedzieć ani słowa. Zielony ogień zapłonął przedwcześnie. Nagle wyłoniła się z niego blada ręka – zimna i trupia. Zanim Robert zdążył cokolwiek zrobić, wciągnęła ich oboje w jakieś nowe miejsce.
Wylądowali w okolicach jego rodzinnego domu. Rezydencja Crouchów majaczyła gdzieś na horyzoncie, a Brennę i Roberta otaczał lasek na wzgórzu. Chłód smagał ich po twarzach, a cień sprawiał, że umysł wytwarzał niepokojące przypuszczenia na temat tego, co mogło kryć się między drzewami.
– Pamiętam to miejsce. Chodziłem tu z rodzicami na spacery. – Przypomniał sobie miłe chwile z dzieciństwa, jedne z niewielu, gdy jego rodzice odkrywali maski, uśmiechali się i gawędzili, jakby byli zwyczajną rodziną, a nie gałęzią arystokratycznego rodu. – Musimy znaleźć jakieś wyjście.
Ktoś skopał nieznajomego, który poleciał prosto w widownię. Brenna. Dziwne, że wydawała się prawdziwsza niż cały ten nader realistyczny sen. Ukazywała się mu jakby wyraźniej, w żywszych barwach. A może była to jedynie iluzja? Kobieta uratowała mu życie, jawiła się mu przez moment jak bohaterka.
Wstał razem z nią, czuł, że nogi pod nim drżą. Serce waliło mu w piersi tak mocno, że słyszał swój własny puls. Ledwo dawał radę zebrać oddech, a jednak... adrenalina robiła swoje. Dlatego pokiwał Brennie głową. Nie rozklejał się, nie panikował. Jego myślenie stało się bardziej metodyczne, analizował otoczenie. Jednak, gdy rozglądał się pobieżnie po sali, nie zauważył swojego oprawcy.
– Racja. Wynośmy się stąd – rzekł i skierował się razem z Brenną w stronę wyjścia z Atrium. Kominek Fiuu w tym momencie był ich najlepszą szansą na ucieczkę.
Trzymając się Brenny jedną ręką, drugą zaś przyciskając sobie materiał krawata do krwawiącej szyi, potruchtał w stronę najbliższego z kominków. Nie zdążył jednak wypowiedzieć ani słowa. Zielony ogień zapłonął przedwcześnie. Nagle wyłoniła się z niego blada ręka – zimna i trupia. Zanim Robert zdążył cokolwiek zrobić, wciągnęła ich oboje w jakieś nowe miejsce.
Wylądowali w okolicach jego rodzinnego domu. Rezydencja Crouchów majaczyła gdzieś na horyzoncie, a Brennę i Roberta otaczał lasek na wzgórzu. Chłód smagał ich po twarzach, a cień sprawiał, że umysł wytwarzał niepokojące przypuszczenia na temat tego, co mogło kryć się między drzewami.
– Pamiętam to miejsce. Chodziłem tu z rodzicami na spacery. – Przypomniał sobie miłe chwile z dzieciństwa, jedne z niewielu, gdy jego rodzice odkrywali maski, uśmiechali się i gawędzili, jakby byli zwyczajną rodziną, a nie gałęzią arystokratycznego rodu. – Musimy znaleźć jakieś wyjście.