Pozwolił, by między nimi zapadła cisza. Nie ta niezręczna, lecz ciężka, nabrzmiała znaczeniem. Czuł ją w ciele szybciej, niż potrafiłby ją nazwać. W klatce piersiowej pojawił się ucisk, znajomy i nieprzyjemny, jakby żebra przez chwilę zapomniały, jaką mają pełnić funkcję. Oddech spłycił się mimowolnie, nie z lęku, lecz z konieczności, organizm reagował na nadmiar bodźców, na obecność czegoś, co nie mieściło się w zwykłej skali komfortu ani zagrożenia. Pewna część tej reakcji była dla niego irytująco jasna dopiero wtedy, gdy już się wydarzyła. Zrozumiał, że Helloise wymusza na nim coś, czego od dawna unikał, uczciwą odpowiedź ciała, nieskrywaną za maską ideologii ani za chłodem wyuczonych ról. Zazwyczaj potrafił myśleć o ludziach jak o figurach, o rozmowach jak o układach sił, o wierze jak o narzędziu. Przy niej ten porządek zawodził. Nie dlatego, że była silniejsza. Dlatego, że była nieporządna w sposób, który wymykał się klasyfikacji. - Myślisz, że stawiam go przeciw Matce - odezwał się w końcu. Gdy podniósł wzrok, Zimno poruszyło się w nim powoli, bez gwałtowności, jak przypomnienie, że w tej przestrzeni nie jest sam. Serce uderzało miarowo, zbyt mocno jak na spokój, zbyt równo jak na gniew. Trupi chłód zapulsował wyraźniej pod gardłem, gdy przełykał miarową ekscytację. To było napięcie bez ujścia, reakcja na obecność Helloise, która przestała być tylko rozmówczynią, a stała się punktem odniesienia.
- Ona jest odpowiedzią na ludzką słabość. On, na ludzką ślepotę. Poruszyła się, a on zareagował drobną korektą postawy, niemal niezauważalną. Ciało szukało osi, pionu, porządku, którego nie dało się już w pełni przywrócić. Skóra na przedramionach mrowiła chłodno, kamiennie, tak zawsze reagował na momenty, w których idea zaczynała domagać się ceny.
Wtedy go pocałowała.
Przez ułamek sekundy Louvain miał jeszcze złudzenie wyboru. Rozum próbował podsunąć gotową ocenę: brud, ziemia pod paznokciami, prymitywny gest zawłaszczenia, potwierdzenie wszystkiego, co wcześniej o niej pomyślał. Myśl ta była jednak spóźniona, jak argument wypowiedziany po zamknięciu drzwi. Ciało nie potrafiło odmówić sobie tej chwili. Zareagowało instynktem, który nie pytał o sens ani racje, instynktem, który rozpoznaje przyjemność szybciej niż znaczenie. Nie odsunął się. Nie zesztywniał. Pozwolił jej czerpać, jakby ten akt był czymś należnym, niemal oczywistym. W piersi rozlało się ciepło, obce jego wcześniejszym myślom, niepasujące do chłodu, który tak starannie w sobie układał, pielęgnował. A nalewka zrobiła resztę. Rozum, już wcześniej stępiony, tracił kolejne przyczółki. Myśli przychodziły wolniej, mniej stanowczo, jakby nie miały już pełnego prawa głosu. Zamiast nich odzywały się reakcje prostsze: oddech, napięcie mięśni, ciężar ciała, które nie szukało ucieczki. Pozwolenie przyszło zbyt łatwo. Zbyt naturalnie. Zimno w nim nie zaprotestowało. Nie przerwało tej chwili. Trwało skupione, czujne, jakby samo chciało zobaczyć, dokąd zaprowadzi ta zdrada kontroli. A Louvain pozwolił, by trwała o ułamek sekundy dłużej, niż nakazywałby rozsądek. Dopiero potem przyszła myśl, nieprzyjemnie wyraźna: że rozum może rościć sobie prawo do oceny, ale to ciało pierwsze decyduje, co jest prawdą w danym momencie. Wierzchem dłoni otarł usta z nadmiaru obu płynów. Jego krew jak jej nalewka, w tym świetle ciężko było odróżnić nawet kolor. Krew jednak, tak ciepła jak podmokła mogiła jesienią, szybko zastygała mu na torsie. Zakrzepnięta, pokruszyła się po podłodze, kiedy naprężone ciało domagało się więcej. Mieszanka dumy, ego i poczucia obowiązku pozwoliły mu jednak wrócić na właściwe tory własnego myślenia.
- Matka uczy ceny - podjął w końcu, głosem spokojniejszym, niż się spodziewał. - On przypomina, co się dzieje, gdy człowiek uzna, że cena została już zapłacona za niego. Przesunął palcami po krawędzi stołu, jakby odmierzał czas. - Czarodzieje uznali świat za dziedzictwo. Magię za przywilej. Stworzenia za zasób. Uwierzyli, że wszystko to należy im się z urodzenia. To nie była herezja. To była arogancja. Zimno w nim nie buntowało się przeciw niej, nasłuchiwało. Jakby rozpoznawało w Helloise coś nie sprzecznego i nie zgodnego, lecz potencjalnie równorzędnego. - Czarny Pan jest tą samą odpowiedzią co Matka, tylko z drugiego końca spektrum. Odpowiedzią na to, co stanie się z człowiekiem, jeśli uwierzy, że ziemia i jej stworzenia są mu nadane z urodzenia. Karą za to, co czarodzieje uczynili ze swoim największym darem.
I wtedy przyszło zmęczenie. Nie gwałtowne, nie dramatyczne, raczej ciężkie, osiadające w mięśniach i za oczami, lepko przypominające, że nalewka w końcu upomina się o swoje. Louvain poczuł, że granica została już dotknięta; każde kolejne słowo byłoby nadmiarem, a nadmiar w takich chwilach bywa zdradą sensu. Zatrzymał na niej spojrzenie nie jak ktoś, kto się żegna, lecz jak ktoś, kto zostawia po sobie pytanie i wie, że będzie ono wracać. - Nie szukaj mnie. Szukaj NAS, szukaj JEGO. Cofnął się o krok, potem o drugi. Różdżka błysnęła krótko, bez ceremonii. Powietrze zadrżało, jakby ktoś na moment naruszył strukturę snu. I Louvain zniknął. Chatka została z Helloise, z zapachem pracy, z resztką ciepła po obecności, z myślą, która miała wracać wtedy, gdy zostanie sama. A on sam, już gdzieś pomiędzy miejscami, pomyślał tylko, że jeśli nie odszedłby teraz, nalewka zrobiłaby to za niego.