Było w tym wszystkim coś, co wywołało w Louvainie odrobinę trudnego do ukrycia zażenowania. Ton Philomeny, ten ciężki, protekcjonalny, podszyty przekonaniem, że ma prawo go musztrować jak nierozgarniętego wnuka. Unosił się on w powietrzu niczym kurz wzniecony przez trzaskające po dawnemu meble. Najwyraźniej miała wrażenie, że będzie błądził zawstydzony wzrokiem między połami jej szat niczym uczniak przyłapany na czymś, czego nawet nie zdążył zrobić. Zamiast tego czekał cierpliwie, pozwalając starej babie być starą babą. Krzyki Potterowsko-Mulciberowego straszydła nie miały prawa wzbudzić w nim nawet cienia trwogi. Zacisnął lekko szczękę, ale tylko na ułamek sekundy; był zbyt dobrze wychowany, by pozwolić sobie na wyraźniejszy gest. Staruszka grała rolę, którą uznała za należną jej wieku i pozycji, teatralną, momentami przesadną, podszytą frustracją, której Louvain nie zamierzał szczegółowo analizować. Mógłby uznać to za napad rozdrażnionego klimakterium, wycelowany w niego wyłącznie dlatego, że akurat stał najbliżej.
I w gruncie rzeczy dopuścił tę przestrzeń. Pozwolił jej mówić, wybrzmieć, przetoczyć się przez całą tę falę narzekań i tonów, które miały go ustawić w szeregu, choć nie miał najmniejszego zamiaru się w nim odnajdywać. Wiedział, że gra toczy się o coś znacznie większego niż jej nastrój i jego urażona młodość. Dlatego stał spokojnie, wyprostowany, wpatrzony w nią z pełną, niemal ceremonialną uprzejmością, aż jej potok słów zaczął dobiegać końca, a ona czekała na odpowiedź. Louvain stał przed jej biurkiem niewzruszony, jakby zakotwiczony w podłodze. Nie odpowiadał od razu, czekał, aż to, co w jej głosie najbardziej szorstkie i najbardziej podszyte rozgoryczeniem, odparuje z przestrzeni między nimi. Dopiero wtedy pozwolił sobie odezwać się z właściwą starannością.
- Pani Mulciber - zaczął tonem, w którym nie było ani uległości, ani bezczelności. Była tylko uprzejmość, wzmocniona nieoczekiwaną stanowczością. - Gdybym przybył tu w intencji spisywania aktów kapitulacji, nie ośmieliłbym starać się o pani wgląd w ich szkice. Kapituluje ten, kto ma coś do oddania. Uniósł lekko brwi, wykonując zgrabny ruch dłonią, jakby odgarniał z powietrza samą ideę, że mogłaby być zbyt prawdziwa, zbyt ochydna. - A my nie mamy niczego, czego oddać byśmy chcieli. Jego spojrzenie na moment zboczyło ku ścianie, po czym wróciło do Philomeny już bez cienia wcześniejszego zażenowania. Stał teraz pewniej, jak ktoś, kto postanowił odzyskać przestrzeń, którą chwilowo oddał.- Jedyny, kto winien ustąpić, to Ministerstwo wobec tych sprzyjającym nam postulatów. I temu właśnie miała służyć moja propozycja. Nie pokojowi z pozycji prośby, ale pokojowi narzuconemu. Temu, który nie negocjuje, tylko oznajmia. Wsunął dłonie za plecy, zgrabnie, jak ktoś przyzwyczajony do stania przed autorytetami, choć sam nie miał zamiaru ich absolutyzować. - Wiem, co panią tak poruszyło - dodał z odrobiną ostrożności, jakby chciał uniknąć wrażenia tłumaczenia jej jej własnych emocji. - Nie proponuję pochylania karku przed Voldemortem. Tutaj na jego twarzy przemknął cień uśmiechu, nieśmiały, ale szczery. - Choć przyznam szczerze, że kiedy czytałem jego manifest po raz pierwszy, miałem nieodparte poczucie, jakbym obcował z pewną znajomą myślą. Niejedno zdanie brzmiało tak, jakby zostało wyjęte z publikacji Madame. Tyle że... lekko uniósł dłoń, wykonując nią wahadłowy ruch - pióro miał może nieco cięższe. Był to komplement, ale zawieszony w tonie, który pozwalał Philomenie przyjąć go jako stwierdzenie oczywistości, nie pochlebstwo.
Zrobił pół kroku bliżej, nie wchodząc jednak w jej przestrzeń, lecz jedynie podkreślając wagę dalszych słów.- Jeśli mamy stworzyć medium, które sprosta czasom, musi ono mówić językiem ultimatum. Nie lamentu. Nie błagania. Ultimatum. "Pokój" nie ma być prośbą, ma być werdyktem. Ogłoszonym światu przez tych, którzy mają prawo go wydawać. Na koniec stanął znów nieruchomo, dumnie, już całkowicie zrównoważony. - Nie pytam pani o zgodę na ustępstwo - powiedział cicho, wyraźnie, nie śpiesząc się. - Pytam o chęć na to, byśmy wspólnie ustalili, czym jest siła. Dla rodów. Dla tradycji. Dla przyszłego porządku. Stał przed nią z chłodnym spokojem. Mówił bez zachwiania, stonowaną manierą i w sposób dojrzały, choć pozwolił jej chwilę temu zachować iluzję, że nadal mogła go traktować jak chłopca. Emocje nie mogły tu grać żadnej roli. Nie dbał o to czy w tych oczach o dużym zagrożeniu zaćmą, będzie uchodził za dostojnika. Liczyło się tylko dopięcie sprawy do końca.