08.01.2026, 15:00 ✶
A kogo tu jeszcze licho przywiało? Gdy pies powitał nowego gościa, Woody zmierzył faceta spojrzeniem plasującym się gdzieś pomiędzy zniecierpliwieniem a podejrzliwością. Tę mordę już gdzieś widział, nie ma co. Nawet jeśli nie zapamiętał dokładnie, kim ów jegomość jest, to byłby sobie dał rękę uciąć, że to facjata z Nokturnu. Potencjalne kłopoty. Potencjalna zasadzka?
— A gdzie tam — odpowiedział stary, zbywając tę absurdalną sugestię niedbałym machnięciem różdżki. — Daj pan spokój. Jakieś zaburzenia w eterze i mnie wywaliło, a to była pierwsza chawira w tym łysym polu.
Otupał bezpardonowo buty z błota w elegancką posadzkę dworku, lecz pies pozostał na ową nieuprzejmość ślepy i tylko powtórzył:
— Nalegam na kolację.
— A daj ty mi żyć — warknął wrogo Tarp, po czym zwrócił się jeszcze do Cathala: — Z kundlem się nie dogadasz. Uniwersalna zasada.
Nie zamierzał wystawać tu i czekać na zbawienie. Jeśli ktoś sobie z nim pogrywał, Woody zamierzał mieć to jak najszybciej z głowy — jak zwykle, nie widziało mu się mitrężyć czasu na myślenie, z której strony by go ktoś mógł zaatakować. To nie w stylu tego impulsywnego człowieka czynu. Sadząc więc topornie ciężkie kroki, polazł pod drzwi i otworzył je gwałtownym pchnięciem godnym chłopa włażącego do stodoły.
Równocześnie z tym, jak przed gośćmi ujawniło się wnętrze sali jadalnej, do ich uszu dotarły odgłosy stukających o talerze widelców, odkładanych szkieł i energicznych rozmów siedzącej przy długim stole rodziny. Wcześniej zza drzwi nie docierały bynajmniej żadne dźwięki uczty, a teraz — niby zawsze tam byli. Ustawione przed nimi talerze wypełniał rozpoczęty posiłek: nadkrojone plasterki mięsa, rozgrzebane purée, chlapnięta już sosem roladka. Siedzący u szczytu stołu pan Binnsa właśnie jak gdyby nigdy nic brał łyk wina ze swojego kielicha. Był to starszy pan: korpulentny, niski — czyżby goblinie korzenie? — o zaczerwienionych policzkach i długim siwym wąsie.
Ktoś tu lubi zaklęcia wyciszające, rzekł se w myślach stary, hehe, ciekawe. Znał bowiem dwa rodzaje przybytków namiętnie wykorzystujących takie technologie wygłuszania: budynki chroniące tajemnice państwowe oraz burdele luksusowego typu. Niezłe mi córki.
— To straszne, co się stało. Dzięki dobrej Matce, że nie ucierpieliście. — Oto jedna z rzeczonych córek Binnsa pochyliła się ku czarodziejom przez stół ze zmartwieniem wyrysowanym na twarzy. — Gdy dojrzałam was z okna, wielce się przelękłam. Do licha z tymi zawirowaniami pogodowymi! Jak nic deszcz tu winien.
W słowach tej rudej, rezolutnej dziewczyny wybrzmiewała pewność i oburzenie. Oczy miała jak dwa koraliki z czarnego szkła, gęste pukle włosów ewidentnie kręciła na papilotach, a gdy się uśmiechała, ujawniała wydatne przednie zęby, które jednak więcej przydawały jej uroku, niż ujmowały.
— Tak niechybnie było — zawtórowała jej kolejna z dziewcząt, lecz bez emfatycznej maniery pierwszej z sióstr. Jeśli Binns miał faktycznie coś wspólnego z goblinami, to matka tej wysokiej niewiasty musiała być olbrzymką. — Niepomiernie rade jesteśmy z waszej wizyty. Ostatnio próżno czekamy gości.
— Słusznie, słusznie — zawtórował swoim dziewczętom pan Binns. — Najważniejsze, że panowie cało wyszli z tego nieszczęsnego wypadeczku i spędzą z nami wieczór. — Uśmiechnął się i wzniósł kielich w geście toastu. — Pogoda pod psem, nie ma co. Niechże panowie uczynią nam tę przyjemność i zostaną. Ugościmy jak trzeba, niczego nie braknie.
— Hola — zatrzymał te śmiałe rozważania Woody. — Kim wy w ogóle są? — I obejrzał się na Cathala, żeby sprawdzić, czy ten przypadkiem co nie knuje.
— A gdzie tam — odpowiedział stary, zbywając tę absurdalną sugestię niedbałym machnięciem różdżki. — Daj pan spokój. Jakieś zaburzenia w eterze i mnie wywaliło, a to była pierwsza chawira w tym łysym polu.
Otupał bezpardonowo buty z błota w elegancką posadzkę dworku, lecz pies pozostał na ową nieuprzejmość ślepy i tylko powtórzył:
— Nalegam na kolację.
— A daj ty mi żyć — warknął wrogo Tarp, po czym zwrócił się jeszcze do Cathala: — Z kundlem się nie dogadasz. Uniwersalna zasada.
Nie zamierzał wystawać tu i czekać na zbawienie. Jeśli ktoś sobie z nim pogrywał, Woody zamierzał mieć to jak najszybciej z głowy — jak zwykle, nie widziało mu się mitrężyć czasu na myślenie, z której strony by go ktoś mógł zaatakować. To nie w stylu tego impulsywnego człowieka czynu. Sadząc więc topornie ciężkie kroki, polazł pod drzwi i otworzył je gwałtownym pchnięciem godnym chłopa włażącego do stodoły.
Równocześnie z tym, jak przed gośćmi ujawniło się wnętrze sali jadalnej, do ich uszu dotarły odgłosy stukających o talerze widelców, odkładanych szkieł i energicznych rozmów siedzącej przy długim stole rodziny. Wcześniej zza drzwi nie docierały bynajmniej żadne dźwięki uczty, a teraz — niby zawsze tam byli. Ustawione przed nimi talerze wypełniał rozpoczęty posiłek: nadkrojone plasterki mięsa, rozgrzebane purée, chlapnięta już sosem roladka. Siedzący u szczytu stołu pan Binnsa właśnie jak gdyby nigdy nic brał łyk wina ze swojego kielicha. Był to starszy pan: korpulentny, niski — czyżby goblinie korzenie? — o zaczerwienionych policzkach i długim siwym wąsie.
Ktoś tu lubi zaklęcia wyciszające, rzekł se w myślach stary, hehe, ciekawe. Znał bowiem dwa rodzaje przybytków namiętnie wykorzystujących takie technologie wygłuszania: budynki chroniące tajemnice państwowe oraz burdele luksusowego typu. Niezłe mi córki.
— To straszne, co się stało. Dzięki dobrej Matce, że nie ucierpieliście. — Oto jedna z rzeczonych córek Binnsa pochyliła się ku czarodziejom przez stół ze zmartwieniem wyrysowanym na twarzy. — Gdy dojrzałam was z okna, wielce się przelękłam. Do licha z tymi zawirowaniami pogodowymi! Jak nic deszcz tu winien.
W słowach tej rudej, rezolutnej dziewczyny wybrzmiewała pewność i oburzenie. Oczy miała jak dwa koraliki z czarnego szkła, gęste pukle włosów ewidentnie kręciła na papilotach, a gdy się uśmiechała, ujawniała wydatne przednie zęby, które jednak więcej przydawały jej uroku, niż ujmowały.
— Tak niechybnie było — zawtórowała jej kolejna z dziewcząt, lecz bez emfatycznej maniery pierwszej z sióstr. Jeśli Binns miał faktycznie coś wspólnego z goblinami, to matka tej wysokiej niewiasty musiała być olbrzymką. — Niepomiernie rade jesteśmy z waszej wizyty. Ostatnio próżno czekamy gości.
— Słusznie, słusznie — zawtórował swoim dziewczętom pan Binns. — Najważniejsze, że panowie cało wyszli z tego nieszczęsnego wypadeczku i spędzą z nami wieczór. — Uśmiechnął się i wzniósł kielich w geście toastu. — Pogoda pod psem, nie ma co. Niechże panowie uczynią nam tę przyjemność i zostaną. Ugościmy jak trzeba, niczego nie braknie.
— Hola — zatrzymał te śmiałe rozważania Woody. — Kim wy w ogóle są? — I obejrzał się na Cathala, żeby sprawdzić, czy ten przypadkiem co nie knuje.
piw0 to moje paliwo