Louvain siedział spokojnie, z prostymi plecami i dłońmi splecionymi luźno na kolanach, obecny, lecz nienarzucający się. Wsłuchiwał się w rozmowy toczące się wokół stołu, w drobne pogawędki i półszepty krewnych, nie wchodząc w nie, nie dlatego, że uważał je za czcze czy niegodne uwagi, ale dlatego, że jego myśli krążyły gdzie indziej. Wciąż wracały do spalonego domu kuzynek, do tej straty, która bolała bardziej, niż był gotów przyznać. Wiedział, że Spalona Noc będzie miała konsekwencje, nawet dla jego najbliższych, ale mimo tej świadomości trudno było mu się pogodzić z faktem, że coś tak trwałego jak dom mogło zniknąć bezpowrotnie. Nie była mu obojętna także sytuacja Laurenca. Słuchał uważnie nowin o jego życiu, o próbach odnalezienia równowagi po stracie żony, i wiedział, że sam nie potrafiłby udzielić mu żadnej sensownej rady. Wszystko, co mógł ofiarować, to obecność i słowne wsparcie, gdyby brat go potrzebował.
Przed Louvainem stał pusty talerz. Gdy skrzaty proponowały mu potrawy lub wino, uprzejmie odmawiał. Nie był głodny, a jego uwaga skupiała się na czymś, co wisiało w powietrzu od początku kolacji. Sprawiał wrażenie, jakby na coś czekał. Na zasłyszane rozmowy reagował jedynie lekkim, uprzejmym uśmiechem albo subtelnym zmarszczeniem brwi, gdy temat schodził na sprawy przykre. Przywitał kolejnych przybyłych z wyważonym dystansem; jedynie widok Williama wywołał na jego twarzy szczery uśmiech. Rzadko widywał go w takiej sytuacji i przeczuwał, że rodzinny spęd był dla niego prawdziwym sprawdzianem, zwłaszcza że towarzyszyła mu Eden. Louvain nie przepadał za małżonką brata i po ostatnich wydarzeniach na ślubie Blacków tolerował jej obecność wyłącznie ze względu na więzy rodzinne. Odprowadził ją niemal karcącym spojrzeniem aż do miejsca przy stole, po czym odwrócił wzrok.
Gdy większość zgromadzonych była już gotowa zająć swoje miejsca, Louvain w końcu się odezwał. Jego głos był spokojny, dyplomatyczny, jakby każda sylaba została wcześniej przemyślana. - Skoro jesteśmy już prawie w pełnym składzie, chciałbym wam coś przekazać. - zaczął. - Loretty nie będzie dziś z nami. Wyjeżdża na stałe do Francji. Prosiła, żebym przekazał, że serdecznie wszystkich pozdrawia. Zrobił krótką pauzę, po czym mówił dalej, już nieco mniej pogodnym tonem, choć wciąż opanowanym. - I odrazu rozwiewam wszelkie domysły. Nie pozostaje też w żadnym formalnym związku, niezależnie od tego, co mogło do was dotrzeć. A wszelkie cygańskie wieszczenia… - urwał na moment, jakby ważył słowa - …radziłbym traktować z dużym dystansem. Na końcu dodał, z wyraźnym cieniem zmęczenia w głosie: - Mam również nadzieję, że Mulciberowi nie uda się nikomu więcej popsuć humoru i że nie zostanie wpuszczony na zbliżający się bal maskowy. Po tych słowach Louvain zamilkł, jakby powiedział dokładnie tyle, ile było konieczne. W ten delikatny sposób zasugerował, że rumuńska swołocz, nie jest mile widziana, ani w Maida Vale, ani w obecności kogokolwiek z rodziny. Wspólne świętowanie corocznych obchodów było zbyt istotne i zbyt rodzinnie intymne, by kalać je pogróżkami i brzydkim językiem. Znów usiadł spokojnie, z pustym talerzem przed sobą, czekając, aż wieczór potoczy się dalej.