• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[12/10/72] This is how I survive small disasters | Benjy, Prudence

[12/10/72] This is how I survive small disasters | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
10.01.2026, 03:46  ✶  
Stałem na balkonie dłużej, niż było to potrzebne, paląc papierosa - zaciągałem się bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby - ten ruch miał mi przypomnieć, że coś wciąż było normalne, nasz plan na wieczór nie spierdolił się całkiem, tylko przesunął o kilka centymetrów w bok. Barierka była zimna pod moimi przedramionami, metal wciskał się w skórę, co było dobre, namacalne, realne. Lubiłem ból, kiedy był prosty, bez podtekstów. Przyglądałem się, jak Ellie wsiadała do taksówki, poprawiając płaszcz i kiwając mi raz jeszcze głową z tym swoim uśmiechem, który zawsze niósł ze sobą więcej, niż słowa. Odkiwnąłem, nawet się uśmiechnąłem, chociaż było to bardziej wymuszone napięcie mięśni niż szczera emocja, dopiero wtedy kiedy samochód ruszył i zniknął za linią horyzontu, coś we mnie w końcu opadło, wraz z tym wyrazem warg, jakby dom przestał być chwilowym dworcem, punktem styku żyć dwóch pokoleń, a zaczął być miejscem, w którym mogłem pozwolić sobie na zrzucenie masek.
Zaciągnąłem się jeszcze raz i wtedy usłyszałem kroki. Nie musiałem się odwracać, żeby wiedzieć, że to Pruey - nie chodziło nawet o to, że byliśmy tu sami, jej kroki miały po prostu swój własny zakres rytmów, do którego zdążyłem przywyknąć, nie wiedzieć, kiedy dokładnie. Tak jak u większości ludzi, w zależności od sytuacji, brzmiały trochę inaczej - lżej, ciężej, mniej lub bardziej wesoło. Dziś były wyjątkowo bezszelestne. Zawsze tak chodziła, cicho i powoli, kiedy nie była pewna, co powiedzieć, bardziej myślała niż działała. Stara, skrzypiąca podłoga nie ułatwiała jednak pozostawania niesłyszalnym - no, chyba że było się kimś mojego pokroju - nawet jeśli to dzisiejsze pojawienie się mojej żony nie zostało głośno zaanonsowane, przez moment udawałem, że jej nie słyszę, wpatrując się w krajobraz przed sobą, potrzebowałem tej jednej dodatkowej chwili, żeby być gotowym. Czułem jej obecność, zanim się do mnie zbliżyła, powietrze zmieniło temperaturę, jakby ktoś otworzył niewidzialne drzwi, wypuszczając na zewnątrz trochę ciepła. Kiedy stanęła obok, nie spojrzałem na nią od razu - patrzyłem przed siebie, na ulicę, na drzewa, na latarnie, które wyglądały jak wycięte z pocztówki - to była naprawdę ładna, dobra okolica - świat tutaj wyglądał absurdalnie zwyczajnie po tym, co się wydarzyło.
Dotknęła mojej dłoni, splatając nasze palce, a ja ścisnąłem ją odruchowo, trochę mocniej, niż planowałem - ten gest był znajomy, bezpieczny, przede wszystkim jednak przypominał mi, że nie byłem tu sam, nawet jeśli bardzo chciałem udawać, że jestem. Milczeliśmy chwilę, nie bezzasadnie, bowiem w tym czasie próbowałem ułożyć w głowie zdania, które nie brzmiałyby twardo, ciężko, odpychająco - takie, które nie wynikałyby z tej naturalnej, nienaturalnej potrzeby duszenia wszystkiego w sobie - to było trudniejsze, niż się spodziewałem, zwłaszcza dzisiaj.
Zamrugałem, wyrywając się z zamyślenia, kiedy w końcu to Prue odezwała się jako pierwsza - jej głos był cichy, lecz i tak każde słowo wpadało we mnie jak kamyk do wody - mały, ale robiący kręgi na powierzchni, zanim znajdzie się głębiej, poruszając coś w środku.
Przez chwilę nie odpowiadałem - stałem tak, patrząc przed siebie, nie na miasto, nie na niebo, tylko na tę cienką linię horyzontu, gdzie jedno przechodziło w drugie - wciągnąłem powietrze, wypuściłem je powoli nosem, kręcąc głową.
- Hej. - Powiedziałem w końcu, nadal patrząc przed siebie. - To nie był twój błąd. - Wiedziałem, że to zdanie zabrzmiało tanio, ale było prawdziwe. - Nie wiń się za coś, czego nie mogłaś pszewidzieś. - Dodałem. - Nie jesteś wlószką. Jeszcze. - Kącik ust drgnął mi w czymś, co miało być uśmiechem, ale wyszło bardziej jak cień uśmiechu. Miałem wrażenie, że jeśli nie zajmę rąk czymś konkretnym, zacznę mówić za dużo, a nie chciałem, żeby to był dzień, w którym coś jeszcze zostanie zniszczone. Przekręciłem papierosa między palcami, strząsnąłem popiół, prawie trafiłem do doniczki, prawie. Odwróciłem się w stronę Prue, w końcu, patrząc w te brązowe, lekko zmatowiałe oczy - znałem ją na tyle, żeby wiedzieć, że to, co malowało się na jej twarzy, nie była poza, to było zmęczenie.
- Nigdy mnie nie lubił, nawet zanim mogłem daś mu jakiś konkletny powód. - To nie była skarga, to była faktologia, głowa rodziny Bletchley zawsze miała swoje przekonania na temat osób z konkretnych środowisk, tak jak one z pewnością miały je o nim, mój ojciec na pewno, to właśnie stąd brały się te wszystkie teorie i uprzedzenia, potwierdzone i spekulowane. - Nie potszebował zaploszenia, szeby byś sobą. - Dodałem ciszej, bez cienia zgryzoty, nie raniło mnie jego podejście, nie to odpowiadało za mój nastrój, tylko to, w co uderzyły jego słowa. - On by znalazł sposób, szeby to wyciągnąś, plędzej czy później. - Nie musiałem mówić, czym „to” było, nie wiedziałem nawet, czy chciałem powiedzieć cokolwiek, co mogłoby doprowadzić do powtórzenia wszystkiego, co usłyszałem od jej ojca. Nie dlatego, że nie byłem gotowy, żeby wypowiedzieć te słowa na głos, ale też dlatego, że niektóre zdania żyją tylko po to, żeby cię zatruwać od środka, i nie chciałem, żeby one znalazły nowy dom w pamięci mojej żony. Zamiast tego kontynuowałem tę inną myśl, wcale nie łatwiejszą, lecz przynajmniej taką, o której mogłem mówić trochę swobodniej. - Dziś, jutlo, za miesiąc. To nie była bomba s opóźnionym zapłonem. To była mina. - Przesunąłem kciukiem po jej dłoni, jakbym chciał wygładzić napięcie z jej skóry, nie wiedziałem, czy to działa, ale próbowałem. - Nie pszeplasaj mnie za to, sze plóbowałaś. - Odwróciłem wzrok, znów w stronę miasta, przy czym wciągnąłem dym, wypuszczając go bokiem, w przeciwną stronę do tej, z której stała Prue. - To jest… Nolmalne. Chcieś, szeby ludzie, któlych kochasz, byli w jednym pokoju i nie szucali w siebie noszami. - Uśmiechnąłem się krzywo, patrząc na żonę kątem oka, to był mój automatyczny tryb, gdy robiło się za poważnie - nie byłem z tego dumny, ale działało. Stała obok, za blisko jak na dystans, który próbowałem sobie narzucić, i jednocześnie dokładnie tam, gdzie powinna być. Widziałem w jej twarzy to samo, co czułem w sobie - zmęczenie i coś, co jeszcze nie miało nazwy, ale wymagało spokoju.
- Pszeplasam, sze wyszedłem. - Zawahałem się na sekundę. Gdybym został na dole, powiedziałbym coś głupiego albo nic, a obie wersje byłyby gorsze, ale to było szczere, naprawdę szczere. - Nie chciałem cię zostawiaś s tym samej. Po plostu… Musiałem pszetlawiś kilka szeszy. - Rzuciłem, jakby to były drobiazgi, chociaż w rzeczywistości prawie wszystkie słowa, które dziś padły były ostrymi, precyzyjnymi nożami. - Nic, s czym bym sobie nie poladził. - Dodałem od razu, uspokajająco, to było i nie było kłamstwo - małe, poręczne wykrzywienie rzeczywistości, w której raczej miałem to wcisnąć głęboko, znowu zamknąć w sobie, jak nigdy nie gojącą się ranę z tendencją do babrania się właśnie w takich chwilach, tylko od środka. Zawahałem się przez ułamek sekundy, a potem spróbowałem zmienić ton, choć wciąż nie było to łatwe. Ścisnąłem jej dłoń i zerknąłem na nią z boku.
- Mose… Zejdziemy na dół. - Powiedziałem, próbując sprawić, żeby zabrzmiało to normalniej, niż się czułem, lżej, prawie codziennie. - Zlobimy helbatę, usiądziemy w altanie, cokolwiek, hm? - Zgasiłem papierosa o barierkę i wrzuciłem niedopałek do pustej, pordzewiałej puszki po czymś, czego etykieta była już dawno nieodczytywalna, która stała obok. Nie musieliśmy dziś niczego naprawiać, mieliśmy cały wieczór dla siebie w naszym pustym domu, szkoda byłoby stracić ten wieczór na roztrząsaniu przeszłości.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (5548), Prudence Fenwick (3209)




Wiadomości w tym wątku
[12/10/72] This is how I survive small disasters | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 10.01.2026, 01:05
RE: [12/10/72] This is how I survive small disasters | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 10.01.2026, 02:18
RE: [12/10/72] This is how I survive small disasters | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 10.01.2026, 03:46
RE: [12/10/72] This is how I survive small disasters | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 10.01.2026, 12:14
RE: [12/10/72] This is how I survive small disasters | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 11.01.2026, 12:54
RE: [12/10/72] This is how I survive small disasters | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 12.01.2026, 00:10
RE: [12/10/72] This is how I survive small disasters | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 13.01.2026, 01:43

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa