Słuchał jej w ciszy, która była gorzką mu w gardle bardziej niż najtańsze wino jakie polewali na Nokturnie. Każde kolejne zdanie, w którym mówiła o swojej rzekomo ukrytej wersji, tej, która pozwala sobie czuć, która przyjmuje emocje i potrafi nazwać własne pragnienia odbijało się w nim jak fałszywa nuta. Trudno było mu w to uwierzyć. Nie dlatego, że nie chciał, ale dlatego, że wszystko, co do tej pory o niej wiedział, przeczyło tej narracji. Cynthia, którą znał, była chłodna, stonowana, zdystansowana. I przez długi czas było to dokładnie tym, co go pociągało. Ten spokój, opanowanie, brak oczywistych reakcji były dla niego niemal obscenicznie seksowne. Budowały napięcie, które można było smakować powoli, drażnić się nim, rozciągać je do granic przyzwoitości. Była idealna do wspólnej gry, do przygody, w której nikt nie musiał niczego deklarować ani brać odpowiedzialności. Ale w chwili, gdy zaczął patrzeć na nią nie jak na zabawę, lecz jak na kogoś, kogo mógłby dopuścić bliżej, te same cechy zaczęły ciążyć. To, co wcześniej było atutem, nagle jawiło się jako ułomność, jak brak czegoś fundamentalnego, jak emocjonalna amputacja. Kiedy zaczęła mówić o miłości, o jej dzikości, o chaosie, o sile, która jednocześnie niszczy i buduje - nie wytrzymał. Śmiech wyrwał mu się z gardła nagle, głośno, nerwowo, zupełnie nie na miejscu. Przeczesał dłonią włosy, jakby próbował w ten sposób uporządkować myśli, które zaczęły się w nim kotłować. To, co słyszał, brzmiało jak tanie romansidło, jak wyblakły cytat z książek, które udają życie, nie mając z nim nic wspólnego. Pokraczny falsyfikat uczuć, bez zapachu krwi i potu, bez ciężaru konsekwencji. Może łatwiej było jej zaklinać rzeczywistość ładnymi słowami, niż spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać, że prawdziwe życie nie daje takich obietnic. - Wyciszałaś się, bo jesteś tchórzem - powiedział w końcu brutalnie, bez próby złagodzenia tonu. - Bo łatwiej było udawać chłód niż dopuścić do siebie coś, co mogłoby cię złamać. Jesteś krucha, Cynthia. Krucha i przerażona tym, co by się z tobą stało, gdybyś naprawdę pozwoliła sobie kochać. Zawiesił na niej spojrzenie. - Boisz się miłości, bo tak naprawdę nikogo nigdy nie kochałaś.
Słowa jeszcze wisiały w powietrzu, kiedy wspomnienia wróciły same, nieproszone. Szkolne korytarze i Astoria, w której spojrzeniu widział siebie takim, jakim chciał być widziany. Kreację wizerunku, który tak bardzo pielęgnował. Ten od którego zbierało w nim na wymioty w chwilach samotności, ale z którego nigdy nawet nie próbował zrezygnować. Nie kochała jego tylko jego idealne kłamstwo, dlatego to nigdy nie miało prawa się udać. Wtedy był przekonany, że to miłość. Dopiero później zrozumiał, że bardziej kochał własne odbicie w jej oczach, niż dziewczynę o którą tak bardzo się starał. Potem była Lorraine. O krok od zaręczyn, o krok od zdrady przyjaźni z Atreusem. Zakazany owoc smakował zawsze najlepiej, nawet jeśli cena była wysoka. I to nie przez śladowe ilości własnego sumienia, nie budził się dzisiaj obok największej nostalgoholiczki w Londynie. Strach przed rozczarowaniem oczekiwań własnego ojca, był większy niż pożądanie. I to była prawda, od której nie potrafił uciec: z miłości nigdy nie zrobił niczego, z czego byłby dumny. Miłość była dla niego nożem. Nie tym, który rani przypadkiem, ale tym, którym sam grzebie w środku, sprawdzając, jak głęboko jeszcze potrafi sięgnąć. Widział jak z miłości Loretta doprowadza się do coraz większej autodestrukcji. A mimo to nigdy nie przestał. Nie odpuścił, choć każdy kolejny raz kończył się krwią. Wiedział, że gdzieś istnieje jego własny odcień miłości. Nie czysty, nie jasny, nie bezpieczny, ale taki, który będzie pasował do koloru, w jakim krwawił. I właśnie dlatego patrzył teraz na Cynthię z mieszanką gniewu, rozczarowania i czegoś znacznie groźniejszego. Ze świadomością, że ona może chcieć miłości, o której on zawsze mówił jak o przekleństwie. I że jeśli pozwoli jej podejść bliżej, znów sięgnie po nóż, tylko tym razem nie będzie już pewien, czyja krew popłynie pierwsza. Myśl ta nie była metaforą, lecz realnym scenariusze, który osiadł mu gdzieś pod mostkiem. Louvain znał to uczucie aż nazbyt dobrze, ten moment zawieszenia, kiedy jeszcze nic się nie wydarzyło, ale wszystko już zostało przesądzone. Miłosne zranienie nigdy nie było dla niego czymś abstrakcyjnym. Zawsze miało zapach, temperaturę, kolor. I zawsze ktoś musiał krwawić. Przez ułamek sekundy przemknęło mu przez głowę, że zna zaklęcia, po których przyznałaby się nie tylko do podpalenia Londynu, ale do rzeczy znacznie gorszych, takich, które łamią człowieka od środka, zostawiając go pustym i posłusznym. Sama mu to podsunęła, niemal bezwiednie, sugerując zaklęcia rozpraszające. Jakby nie rozumiała, jak cienka jest granica między sprawdzaniem prawdy a przemocą.
Nie powiedział tego jednak na głos. Choć czuł pod językiem, jak bulgoczą mu paskudne inkantacje, ciężkie, gorzkie, gotowe spłynąć z ust jak jad. Zaklęcia karzące, upokarzające, takie, które można rzucić tylko wtedy, gdy chce się kogoś złamać nie za czyn, lecz za intencję. Chciałby ją ukarać. Za to, że go pragnie. Za to, że próbuje sprowadzić go do roli elementarzyka, którego można przywołać, gdy robi się pusto w środku. Wypełnić nim lukę. Ogrzać się nim. Tak bezczelny wobec świata potrafił być tylko on, ale świadomość, że ktoś próbuje zrobić to samo z nim, budziła w nim niemal fizyczną odrazę. Powstrzymał się. Nie dlatego, że zabrakło mu okrucieństwa, lecz dlatego, że zbyt dobrze znał jego konsekwencje. Stał nieruchomo, z ramionami napiętymi jak przed rzutem zaklęcia, patrząc na nią karcącym wzrokiem, jakby dopuściła się zbrodni nie osobistej, lecz ideologicznej. Jakby wypowiedziała coś tak obślizgłego, tak fundamentalnie sprzecznego z jego wewnętrznym porządkiem, że spaczenie w nim domagało się ognia. Swądu spalenizny. Oczyszczenia przez zniszczenie.
A jednak milczał. Bo wiedział, że jeśli padnie choć jedna inkantacja, nie będzie już odwrotu. I że wtedy nie chodziłoby już o to, czyja krew popłynie pierwsza, tylko czy zostanie z nich cokolwiek, co jeszcze da się nazwać człowiekiem. Gniew nie zniknął; Louvain jedynie pozwolił mu opaść głębiej, gdzie przestawał być gwałtowny, a zaczynał być użyteczny. Tam, gdzie nóż w sercu nie wymagał już zamachu, lecz wystarczało, że był widoczny. Jego postawa rozluźniła się nieznacznie, kącik ust uniósł się w cieniu uśmiechu pozbawionego ciepła. To był ten rodzaj cynizmu, który nie potrzebował słów, bo sam w sobie był deklaracją przewagi. Wiedział, że go chce. Wiedział to z tą samą pewnością, z jaką od lat wiedział, że zawsze kończy się tak samo.
- Wiem - powiedział spokojnie. - Wiem, że mnie chcesz. Spojrzał na nią uważnie, jakby oceniał reakcję, nie szukając potwierdzenia. - Wszystkie mnie chcą. Słowa padły bez pychy, niemal obojętnie, jak stwierdzenie faktu, który od dawna przestał go bawić. Kobiety pragnęły go nie dlatego, że był dobry, ale dlatego, że był sobą. Jedne nienawidziły go za to, kim był, inne nienawidziły samych siebie za to, że właśnie takiego go chciały. Wszystkie jednak, bez wyjątku, traciły kontrolę. Najpierw nad sobą, potem nad sytuacją, wreszcie nad tym, co czuły i czego już nie potrafiły od siebie oddzielić. Patrzył na to od lat z mieszaniną znudzenia i chłodnej satysfakcji. Nie obiecywał niczego i niczego nie zabierał wprost; wystarczało, że był, a reszta działo się sama. Cynizm był prostszy niż gniew, mniej męczący i znacznie skuteczniejszy. Przebiegł palcami po przedramieniu, po liniach tuszu wżartym w skórę jak blizny po decyzjach, których nigdy nie żałował. Tatuaże były ostentacyjne, miejscami wręcz absurdalne, celowo przesadzone. Nie nosił ich dla siebie. Były znakiem ostrzegawczym, sygnałem wysyłanym w świat. Przede wszystkim do ojców. Do tych wszystkich mężczyzn, którzy wierzyli jeszcze w porządek, kontrolę i dobre wybory. Każdy z nich miał zrozumieć, że kiedy zobaczy Lestranga u boku swojej córki, jest to zapowiedź katastrofy. Tragedii, która nie potrzebuje krwi, by być ostateczna. Patrząc na Cynthię, Louvain miał świadomość, że nie różni się ona tak bardzo od innych, jak chciałby w to wierzyć. Różnica polegała jedynie na tym, że ona próbowała nazwać to, co się z nią działo, ubrać to w sens i znaczenie. A on wiedział już dawno, że każda próba nadania temu formy kończy się utratą kontroli. Jeśli zostanie przy nim zbyt długo, straci coś, czego jeszcze nawet nie zdążyła w sobie rozpoznać. I Louvain nie miał w zwyczaju przed tym ostrzegać. - I niby czym to cię wyróżnia na tle tanich kokotek? - pytanie padło jak policzek, wymierzone precyzyjnie, bez podniesionego głosu. Nie było w nim emocji, tylko czysta prowokacja. Chciał zobaczyć, czy się oburzy, czy zaprzeczy, czy zacznie tłumaczyć się ze swoich pragnień. Każda reakcja była dla niego informacją. Każda chwila milczenia odpowiedzią. Arogancja przyszła naturalnie, jak dobrze znana zbroja. Louvain pozwolił jej zająć miejsce gniewu, zastąpić wszystko to, co w Spaloną Noc musiało znaleźć ujście w działaniu, prowokacji, w ryzyku przekroczenia granicy. Teraz nie potrzebował ognia ani krwi. Wystarczała ironia. Bezczelna, chłodna, celowo okrutna. Czuł, jak ta postawa daje upust czemuś znacznie gorszemu niż kilka rzuconych w twarz obelg. Czegoś, co chciało się wydostać i co, gdyby dopuścił do głosu inne środki, pozostawiłoby po sobie realne zgliszcza.
Spojrzał na nią w ten sposób, który nigdy nie był przypadkowy. Z góry, oceniająco, z wyraźną sugestią, że widzi więcej, niż ona chciałaby pokazać. Testował ją. Metodycznie, bez pośpiechu. Sprawdzał, ile jego podłości jest w stanie przyjąć bez cofnięcia się o krok, a w ile z tych słów naprawdę uwierzy. Wiedział, że istnieje różnica między znoszeniem a internalizowaniem. Między udawaniem obojętności a pęknięciem, które zaczyna się gdzieś głęboko, zanim zdradzi je ciało. I właśnie tam celował. - Jeśli szczerze mnie chcesz, będziesz musiała się stać taka jak ja. Pozwolił tej ciszy wybrzmieć, zanim posunął się dalej w myślach, nie spuszczając z niej wzroku. Jeśli naprawdę go pragnie, nie tej wyobrażonej wersji, nie idei, którą można oswoić i nazwać, będzie musiała zejść tam, gdzie on już dawno stoi. Stać się równie bezwzględna wobec siebie, równie świadoma własnych ciemnych impulsów. Bo Louvain nie wierzył w miłość, która nie wymagała przemiany. A już na pewno nie w taką, która pozwalała zachować niewinność. Będzie musiał oswoić się z mrokiem i wszystkimi jego odcieniami.