11.01.2026, 09:38 ✶
— Bracia są różni — mruknęła lakonicznie czarownica, jakby przyciągnęła jej uwagę jedynie część o człowieku bliższym niż rodzony brat. Miała kilku braci, a z każdym odmienną relację. Trudno jej więc było zlokalizować precyzyjnie punkt, gdzie zaczynał się człowiek bliższy niż brat, lecz to był szczegół; samotna myśl brzęcząca w jej głowie irytującą niezgodnością, która potrzebowała zostać wyrażona.
O wiele więcej jej uwagi pochłonęła Lorien opowiadająca o lasach, o lecie, o zwierzęciu — i widziała w tym Helloise utajoną tęsknotę za naturą, o której wierzyła, że drzemie w każdym człowieku. Dlaczego więc Crouch oddała się temu sztucznemu światu, zamiast całe życie spędzić wśród swoich sielskich lasach zalanych złotem lata?
— Mój świat jest powolny — odpowiedziała jej — ale pełen.
Pełen wszystkiego, co znalazła w świecie najintensywniejszego. Obfity w uniesienia religijne, narkotyczne i cielesne. Duchota ekstremów wypełniała gęsto chatę, dając złudzenie pełni. Czy mogła istnieć tu pustka, gdy każdego dnia trujący opar innej ekstazy pożerał wiedźmi umysł i spuszczał z niego siły, nie zostawiając przestrzeni na refleksje? Helloise doklejała się jak pijawka do każdego człowieka przekraczającego próg chaty, szczególnie gdy krew, którą mogła się częstować, była czysta. Trzymała ich przy sobie zawsze trochę za długo — przedłużała spotkania herbatą, rozmową, teorią tak szaloną, że aż zniewalającą uwagę. Wcześniej było to prostsze — wystarczyło zwabić gości w labirynt kniejowych korytarzy, gdzie miała wszelką przewagę nad tymi ofiarami swojej tęsknoty za obecnością drugiego człowieka. Mogła ich zwodzić po leśnych ścieżkach w nieskończoność.
Jej świat był pełen wszystkiego, prócz towarzystwa w codzienności, ale nie zostawało jej czasu, aby mogła to odczuwać, bo goniła od wrażenia do wrażenia.
Cykl, który przedstawiła Lorien, zdawał się — w kontrze do tego przepychu doznań — melancholijny i zwiędły. Co znajdowało się między zniknieniami a powrotami, o których mówiła Crouch? Czy tylko o tych punktach przejścia myślała? Jak odchodzi i jak wraca? A co pomiędzy? Pomiędzy było wszystkim, co miała Helloise. Pomiędzy jedną obsesją a drugą, pomiędzy jednym mężczyzną a drugim, pomiędzy dawkami narkotyku. Życie rozwleczone pomiędzy obrzydliwe przyjemności — nie patrzyła, kiedy jedna się kończyła, druga zaczynała, bo najlepiej odrętwiały zmysły i ducha, kiedy nakładały się na siebie.
Odczuła pewien żal, gdy myślała o surowym rytmie życia Lorien, szukając go jednocześnie pod jej skórą, lecz była w tym i gorycz. Zniknienie-umieranie… powracanie — tylko po to, żeby skruszyć życie kogoś innego między kratami. Więzienia budziły w Helloise lęk i odrazę. Godnie było paść w walce, roztrzaskać się pod naciskiem silniejszego, odejść w krótkiej chwili. Tymczasem zgnić w ponurej twierdzy, tracąc stopniowo zdrowe zmysły — taki wyrok zakrawał w jej głowie na najwyższe okrucieństwo. Nie pasowała ta cywilizacyjna ohyda do dzikiego ptasiego majestatu kobiety, która pochyliła się nad nią z pająkiem między szponami — taka, jaka powinna być. To było jej miejsce. Lorien urodziła się, żeby polować i żeby pożerać kłapnięciem dzioba małe stworzenia, nie podpisywać wyroki zza biurka.
Pierw trzasnęły kości Crouch, później: pająk, którym się uraczyła. Tak jak powinien ptaszek. Helloise nie śmiałaby nazwać tego, co działo się za kurtyną ciemnych włosów, spektaklem, bo nie było w tym sztuczności gry — a jednak fascynowało z mocą hipnotycznego przedstawienia wystawionego wśród zaklętej scenografii The Globe. I pociągała ją ta zroszona krwią i piórami kobieta, gdy pochylona przy twarzy Helloise rozgryzała żywe stworzonko, okolona miękkim pióropuszem czarnych loków pachnących wrzosem, ze skórą pokrytą wonią ranionego zwierzęcia.
Wiedźma była koneserką ptasich wdzięków, nieruchomą obserwatorką, która ptasie oczy bystro wyławiała na co dzień spoza parawanów liści i gałęzi. Patrzyła, dopóki nie odwróciły wzroku.
— Ślicznie — pochwaliła, lecz zdawało się to raczej wyrazem jej własnego zadowolenia z aktu niż faktyczną aprobatą skierowaną ku drugiej czarownicy.
Helloise uśmiechnęła się, gdy Lorien, opadnąwszy z powrotem na podłogę, złapała ją za rękę. Delikatne palce kobiet zawsze były dla niej ciekawe. Lubiła kobiece ciała, choć lubiła je nieco samolubnie, bo często zastanawiała się przy nich, czy ona sama taka właśnie jest dla mężczyzn — słaba. Przy mężczyznach nie znała limitów, nie było takiej siły, której nie mogłaby użyć, a gruba skóra i mięśnie zdawały się brać wszystko bez zająknienia. Z kobietami była uważniejsza, delikatniejsza. Czuła kosteczki dłoni kruche jak u ptaszka, drobne przeguby. Helloise ramiona rozkładała zawsze siłą nawyku szeroko, żeby owinąć je wokół szerokiego torsu, i zawsze była jednakowo zdumiona tym, jak łatwo układały się na wąskiej kobiecej talii. Ta łatwość budziła w niej perwersyjnie okrutne podszepty.
Mężczyzn musiała zwyciężać psychologicznie, bo zawsze istniała szansa, że skończy pod kimś, kogo nie da rady z siebie zrzucić. Z kobietami, szczególnie drobnymi, mogła szukać posmaku tej prymitywniejszej dominacji, fizycznej. A Lorien Crouch była wyjątkowo małą kobietą.
Tym razem to Helloise uniosła się na łokciu, żeby prześlizgnąć się spojrzeniem po koszuli nocnej sędzi. Naprostowała zawinięty skraj czarnej sukienki, zabrała przyklejone krwią do uda Lorien piórko, które zaraz zniknęło między fałdami długiej spódnicy gospodyni, zachowane w kieszeni.
— To byłoby piękne. Gdyby tak znajdowały mnie tylko wiatr, strumień i słońce. — Zaśmiała się głucho, niewesoło. Przełożyła nogę przez pas czarownicy, dociskając ją tym ciężarem lekko do podłogi. Resztę ciała rozciągnęła niemal leniwie nad kobietą, wsparła się na rozstawionych rękach tak, że teraz to ona górowała nad Lorien. Zamknęła ją pod sobą jak ptaszka złapanego w koszyczek z dłoni. — Byłoby pięknie.
Zawisła nad nią nisko ze swoim głodnym oddechem ostrym i suchym, wyjałowionym ziołową herbatą, zdezynfekowanym alkoholem. Oczy miała zmętniałe i dalekie, mimo że wpatrzone w Lorien. Było w Helloise coś obcego, niepodobnego do tamtej dziewczynki znad jeziora w Hogwarcie. Od tamtego czasu minęły długie lata. Jako nastolatka Hela była gniewna, ale w tym gniewie nieporadna i szczera. Teraz trudno było cokolwiek konkretnego zza oparów jej zamroczenia dostrzec. Trudno było ocenić, co chodziło jej po głowie i czy tylko drażniła się z dawną koleżanką.
— Niestety, mogłaś słyszeć… musiałaś słyszeć. Widma-widma-widma — powiedziała to melodyjnie, jakby zaczynała śpiewać wynaturzoną dziecięcą rymowankę. — To mnie ostatnio znalazło. — Tak jak na mocy praw natury ptaszek skonsumował pająka, tak sam mógł zniknąć w paszczy drapieżnika. Kuny nie były od ptaków wiele większe. Tylko na tyle, żeby dały radę zadusić pierzastą ofiarę i z łatwością dostały się pod piórka. A choć gdy Helloise spierzchniętymi wargami pocałowała Lorien, wciąż podekscytowana tym, że chwilę wcześniej w tych samych ustach ginęła inna istota, nie była ani trochę agresywna. W chwytaniu zwierząt najbardziej bowiem lubiła myśl o tym, co mogłaby zrobić, ale nie zrobiła, szlachetnie obdarzając je łaską swojej troski. Był to więc ledwie krótki, słodki moment, po którym uniosła głowę, delektując się wciąż w myślach drobnym podbojem. — Ale nie spodziewam się, że to one cię tu dziś przywiały i że nie niesiesz żadnych wieści z Ministerstwa.
O wiele więcej jej uwagi pochłonęła Lorien opowiadająca o lasach, o lecie, o zwierzęciu — i widziała w tym Helloise utajoną tęsknotę za naturą, o której wierzyła, że drzemie w każdym człowieku. Dlaczego więc Crouch oddała się temu sztucznemu światu, zamiast całe życie spędzić wśród swoich sielskich lasach zalanych złotem lata?
— Mój świat jest powolny — odpowiedziała jej — ale pełen.
Pełen wszystkiego, co znalazła w świecie najintensywniejszego. Obfity w uniesienia religijne, narkotyczne i cielesne. Duchota ekstremów wypełniała gęsto chatę, dając złudzenie pełni. Czy mogła istnieć tu pustka, gdy każdego dnia trujący opar innej ekstazy pożerał wiedźmi umysł i spuszczał z niego siły, nie zostawiając przestrzeni na refleksje? Helloise doklejała się jak pijawka do każdego człowieka przekraczającego próg chaty, szczególnie gdy krew, którą mogła się częstować, była czysta. Trzymała ich przy sobie zawsze trochę za długo — przedłużała spotkania herbatą, rozmową, teorią tak szaloną, że aż zniewalającą uwagę. Wcześniej było to prostsze — wystarczyło zwabić gości w labirynt kniejowych korytarzy, gdzie miała wszelką przewagę nad tymi ofiarami swojej tęsknoty za obecnością drugiego człowieka. Mogła ich zwodzić po leśnych ścieżkach w nieskończoność.
Jej świat był pełen wszystkiego, prócz towarzystwa w codzienności, ale nie zostawało jej czasu, aby mogła to odczuwać, bo goniła od wrażenia do wrażenia.
Cykl, który przedstawiła Lorien, zdawał się — w kontrze do tego przepychu doznań — melancholijny i zwiędły. Co znajdowało się między zniknieniami a powrotami, o których mówiła Crouch? Czy tylko o tych punktach przejścia myślała? Jak odchodzi i jak wraca? A co pomiędzy? Pomiędzy było wszystkim, co miała Helloise. Pomiędzy jedną obsesją a drugą, pomiędzy jednym mężczyzną a drugim, pomiędzy dawkami narkotyku. Życie rozwleczone pomiędzy obrzydliwe przyjemności — nie patrzyła, kiedy jedna się kończyła, druga zaczynała, bo najlepiej odrętwiały zmysły i ducha, kiedy nakładały się na siebie.
Odczuła pewien żal, gdy myślała o surowym rytmie życia Lorien, szukając go jednocześnie pod jej skórą, lecz była w tym i gorycz. Zniknienie-umieranie… powracanie — tylko po to, żeby skruszyć życie kogoś innego między kratami. Więzienia budziły w Helloise lęk i odrazę. Godnie było paść w walce, roztrzaskać się pod naciskiem silniejszego, odejść w krótkiej chwili. Tymczasem zgnić w ponurej twierdzy, tracąc stopniowo zdrowe zmysły — taki wyrok zakrawał w jej głowie na najwyższe okrucieństwo. Nie pasowała ta cywilizacyjna ohyda do dzikiego ptasiego majestatu kobiety, która pochyliła się nad nią z pająkiem między szponami — taka, jaka powinna być. To było jej miejsce. Lorien urodziła się, żeby polować i żeby pożerać kłapnięciem dzioba małe stworzenia, nie podpisywać wyroki zza biurka.
Pierw trzasnęły kości Crouch, później: pająk, którym się uraczyła. Tak jak powinien ptaszek. Helloise nie śmiałaby nazwać tego, co działo się za kurtyną ciemnych włosów, spektaklem, bo nie było w tym sztuczności gry — a jednak fascynowało z mocą hipnotycznego przedstawienia wystawionego wśród zaklętej scenografii The Globe. I pociągała ją ta zroszona krwią i piórami kobieta, gdy pochylona przy twarzy Helloise rozgryzała żywe stworzonko, okolona miękkim pióropuszem czarnych loków pachnących wrzosem, ze skórą pokrytą wonią ranionego zwierzęcia.
Wiedźma była koneserką ptasich wdzięków, nieruchomą obserwatorką, która ptasie oczy bystro wyławiała na co dzień spoza parawanów liści i gałęzi. Patrzyła, dopóki nie odwróciły wzroku.
— Ślicznie — pochwaliła, lecz zdawało się to raczej wyrazem jej własnego zadowolenia z aktu niż faktyczną aprobatą skierowaną ku drugiej czarownicy.
Helloise uśmiechnęła się, gdy Lorien, opadnąwszy z powrotem na podłogę, złapała ją za rękę. Delikatne palce kobiet zawsze były dla niej ciekawe. Lubiła kobiece ciała, choć lubiła je nieco samolubnie, bo często zastanawiała się przy nich, czy ona sama taka właśnie jest dla mężczyzn — słaba. Przy mężczyznach nie znała limitów, nie było takiej siły, której nie mogłaby użyć, a gruba skóra i mięśnie zdawały się brać wszystko bez zająknienia. Z kobietami była uważniejsza, delikatniejsza. Czuła kosteczki dłoni kruche jak u ptaszka, drobne przeguby. Helloise ramiona rozkładała zawsze siłą nawyku szeroko, żeby owinąć je wokół szerokiego torsu, i zawsze była jednakowo zdumiona tym, jak łatwo układały się na wąskiej kobiecej talii. Ta łatwość budziła w niej perwersyjnie okrutne podszepty.
Mężczyzn musiała zwyciężać psychologicznie, bo zawsze istniała szansa, że skończy pod kimś, kogo nie da rady z siebie zrzucić. Z kobietami, szczególnie drobnymi, mogła szukać posmaku tej prymitywniejszej dominacji, fizycznej. A Lorien Crouch była wyjątkowo małą kobietą.
Tym razem to Helloise uniosła się na łokciu, żeby prześlizgnąć się spojrzeniem po koszuli nocnej sędzi. Naprostowała zawinięty skraj czarnej sukienki, zabrała przyklejone krwią do uda Lorien piórko, które zaraz zniknęło między fałdami długiej spódnicy gospodyni, zachowane w kieszeni.
— To byłoby piękne. Gdyby tak znajdowały mnie tylko wiatr, strumień i słońce. — Zaśmiała się głucho, niewesoło. Przełożyła nogę przez pas czarownicy, dociskając ją tym ciężarem lekko do podłogi. Resztę ciała rozciągnęła niemal leniwie nad kobietą, wsparła się na rozstawionych rękach tak, że teraz to ona górowała nad Lorien. Zamknęła ją pod sobą jak ptaszka złapanego w koszyczek z dłoni. — Byłoby pięknie.
Zawisła nad nią nisko ze swoim głodnym oddechem ostrym i suchym, wyjałowionym ziołową herbatą, zdezynfekowanym alkoholem. Oczy miała zmętniałe i dalekie, mimo że wpatrzone w Lorien. Było w Helloise coś obcego, niepodobnego do tamtej dziewczynki znad jeziora w Hogwarcie. Od tamtego czasu minęły długie lata. Jako nastolatka Hela była gniewna, ale w tym gniewie nieporadna i szczera. Teraz trudno było cokolwiek konkretnego zza oparów jej zamroczenia dostrzec. Trudno było ocenić, co chodziło jej po głowie i czy tylko drażniła się z dawną koleżanką.
— Niestety, mogłaś słyszeć… musiałaś słyszeć. Widma-widma-widma — powiedziała to melodyjnie, jakby zaczynała śpiewać wynaturzoną dziecięcą rymowankę. — To mnie ostatnio znalazło. — Tak jak na mocy praw natury ptaszek skonsumował pająka, tak sam mógł zniknąć w paszczy drapieżnika. Kuny nie były od ptaków wiele większe. Tylko na tyle, żeby dały radę zadusić pierzastą ofiarę i z łatwością dostały się pod piórka. A choć gdy Helloise spierzchniętymi wargami pocałowała Lorien, wciąż podekscytowana tym, że chwilę wcześniej w tych samych ustach ginęła inna istota, nie była ani trochę agresywna. W chwytaniu zwierząt najbardziej bowiem lubiła myśl o tym, co mogłaby zrobić, ale nie zrobiła, szlachetnie obdarzając je łaską swojej troski. Był to więc ledwie krótki, słodki moment, po którym uniosła głowę, delektując się wciąż w myślach drobnym podbojem. — Ale nie spodziewam się, że to one cię tu dziś przywiały i że nie niesiesz żadnych wieści z Ministerstwa.
dotknij trawy