• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[12/10/72] This is how I survive small disasters | Benjy, Prudence

[12/10/72] This is how I survive small disasters | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
11.01.2026, 12:54  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.01.2026, 15:49 przez Benjy Fenwick.)  
John Bletchley zawsze uważał, że wie najlepiej, widzi więcej, rozumie więcej, kalkuluje trafniej, i że jeśli coś nie pasuje do jego obrazu świata, to problemem nie jest obraz, tylko rzeczywistość. Nikt nie mógł mu tego odebrać, nikt nie mógł mu tego wytłumaczyć. Wylał z siebie żal, złość, rozczarowanie, poczucie utraty kontroli. Zrobił to w sposób paskudny, bezceremonialny, celny jak nóż - i to by było na tyle - nie próbował być uprzejmy, nie próbował być dyplomatyczny, nie próbował nawet udawać, mówił jak ktoś, kto w końcu dostał okazję, by powiedzieć wszystko, co przez lata trzymał na wodzy. A ja słuchałem, przynajmniej do pewnego momentu, aż coś się we mnie nie przelało, nie dlatego, że chciałem - tylko dlatego, że byłem do tego przyzwyczajony. Nie pierwszy raz ktoś wyciągał rzeczy, które wolałem zostawić zakopane, nie pierwszy raz ktoś używał mojego nazwiska jak broni.
„Aloysius Rookwood”, dawno już nikt mnie tak nie nazywał, dawno nikt nie próbował mnie zdefiniować przez to, kim byłem, a nie kim jestem - do teraz - trudno byłoby mi powiedzieć, bym był całkowicie zaskoczony jego podejściem, w końcu wiele z tych słów wypowiedział już w Mabon, w kuchni, ale tym razem zdecydowanie przekroczył granice, których nie powinien był przekroczyć.
Na balkonie było chłodniej, niż się spodziewałem, oparłem dłonie o balustradę i wciągnąłem powietrze, próbując skupić się na czymś fizycznym, na czymkolwiek, co nie było myślami - zapaliłem papierosa, chociaż wcale go nie chciałem, był raczej jak rekwizyt, moje ręce ręce potrzebowały zajęcia. Wbiłem wzrok w krajobraz przed sobą, bo lubiłem widok miasta z oddali, gdyż pozwalał myśleć o rzeczach w skali, w której człowiek przestaje być aż tak ważny - tego popołudnia nie działało. Większość znanych mi sposobów poradzenia sobie z ciężarem tego, co miałem w środku, wydawała się nieskuteczna, a nowe - jak na złość - nie chciały się pojawić.
Usłyszałem kroki za sobą, zanim ją zobaczyłem, to był dźwięk, który mój mózg zarejestrował automatycznie. Stanęła obok mnie, nie powiedziała nic, po prostu splotła nasze dłonie - to było lepsze niż jakiekolwiek pytanie, bo wiedziałem, co z tym zrobić. Odpowiedziałem odruchowo, to był jedyny język, który znałem na tyle dobrze, by zareagować od razu, fizyczność była łatwiejsza, dotyk nie wymagał tłumaczenia. Rzadko kiedy byłem w sytuacji, w której nie wiedziałem, co powiedzieć, ale jeszcze rzadziej zdarzało się, żebym w ogóle próbował coś mówić w tematach, które dziś padły - przez lata nauczyłem się milczeć w momentach, które inni uznaliby za wymagające słów, milczenie było bezpieczniejsze, zawsze było, dzisiaj jednak nawet ono nie dawało mi tej iluzji kontroli, do której przywykłem.
Patrzyłem przed siebie, chociaż tak naprawdę niczego nie widziałem - miasto na horyzoncie było tylko zbiorem świateł, rozmytych konturów, przypadkowych dźwięków - wszystko to działo się gdzieś obok mnie, jakby nie miało ze mną nic wspólnego, a jednak czułem, jak każde słowo, które padło wcześniej, wciąż we mnie krąży, szuka miejsca, w którym mogłoby się zatrzymać - nie było takiego - komentarze, które wypowiedział jej ojciec, nie należały do tych, które można było zignorować, nie były drobnymi ukłuciami. Były jak coś, co wchodziło pod skórę i nie chciało wyjść.
Stałem obok, oparty o barierkę, czując dłoń żony w swojej, jakby była jedynym dowodem na to, że to wszystko wydarzyło się naprawdę, a nie było tylko wyjątkowo brutalnym snem. Słuchałem jej uważnie, nie tylko słów, ale też pauz między nimi, tych momentów, w których głos lekko jej drżał, chociaż starała się tego nie pokazać. Znałem ją na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że ta pozorna stabilność była wysiłkiem, nie naturalnym stanem - dokładnie tak jak u mnie w tej samej chwili. Słowa o winie, o tym, że „trochę mogła”, sprawiły, że poczułem, jak coś we mnie drgnęło - nie zamierzałem ich tak po prostu zaakceptować - ktoś, kto powinien był akceptować jej wybory, próbował włożyć w jej ręce ciężar, który do niej nie należał, a ona go przyjmowała, bo zawsze miała tendencję do brania na siebie za dużo - to było jedno z tych jej niebezpiecznych przyzwyczajeń, każde z nas miało własne, ale akurat tego należało się wyzbyć. Decyzje podejmowane przez jej ojca nie były ani jej winą, ani niczym, za co powinna czuć się odpowiedzialna.
Wciąż patrzyłem przed siebie, na poszarzałe, jesienne niebo, na pierwsze światła miasta, które migotały w oddali, jakby nic się nie stało, a to był zwyczajny wieczór, jeden z wielu. Nie potrafiłem pozbyć się z głowy obrazu Johna z tamtej chwili, nie tego sprzed lat, nie tego z opowieści, nie tego, którego znałem z nielicznych spotkań, tylko tego konkretnego, zaciśniętego w sobie, napęczniałego własną racją, podczas gdy coś w nim rzeczywiście pękło i wylało się na nas bez ostrzeżenia. To wspomnienie osiadło mi w głowie jak lepki kurz, którego nie dało się zdmuchnąć.
Przeciągnąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka - zawsze tak robiłem, kiedy chciałem coś powiedzieć, ale nie byłem pewien, co. Zwykle wiedziałem, co robię i po co, ale tego dnia robiłem wiele rzeczy bez celu - albo raczej z celem, którego nie chciałem nazywać. Rzadko kiedy zdarzało mi się nie wiedzieć, co powiedzieć, częściej zdarzało mi się nie chcieć mówić - to była subtelna różnica, której większość ludzi nie dostrzegała - myśleli, że milczę, bo nie mam nic do dodania, w rzeczywistości milczałem, bo wiedziałem, że jeśli zacznę, to nie będę potrafił się zatrzymać, a tego nauczyłem się unikać.
- To nie znaczy, sze powinnaś była to blaś na siebie. - Odparłem. - Znajomość czyjegoś chalaktelu nie zobowiązuje do pszewidywania jego wybuchów. - Powiedziałem nisko, prawie bezgłośnie. - Wiedzieś to jedno. A spodziewaś się, sze ktoś jednak będzie lepszy, to dlugie. - Nie byłem pewien, czy to zabrzmiało tak, jak chciałem, czy zabrzmiało jak wsparcie, pocieszenie, czy jak próba odsunięcia jej od problemu. Zbyt często jedno i drugie brzmiało podobnie. Nie mówiłem tego z goryczą - to był fakt, jak stwierdzenie, że pada deszcz albo że noc przychodzi zawsze za wcześnie, kiedy człowiek nie jest na nią gotowy.
Odwróciłem się do niej, kiedy podniosła głowę - znałem jej twarz na pamięć, a jednak teraz wyglądała inaczej, napięcie było widoczne w linii szczęki, w oczach. A potem przeszliśmy do kwestii tego, dlaczego John zareagował tak jak zareagował - parsknąłem cicho, nie mogąc się powstrzymać.
- Ach, tak. - Mruknąłem. - Moja ulubiona część bioglafii. - Zaciągnąłem się dymem, po czym dodałem z udawaną lekkością. - Nie tszeba zadawaś pytań, nie tszeba poznawaś człowieka. Wystalczy wymówić jego nazwisko, i jusz wiadomo, kim jest i co s nim zlobiś. - Nie powiedziałem, jak często przez lata słyszałem to „Rookwood” wypowiadane tonem, który miał znaczyć więcej niż samo słowo.
Nie powiedziałem „odrzucić”.
Nie powiedziałem „bać się”.
Nie powiedziałem „potępić”.
Ale wszystkie te słowa były gdzieś pomiędzy.
- Niektószy nie chcą. - Poprawiłem ją. Nie byłem przyzwyczajony do tego, że ktoś bierze odpowiedzialność za cudze słowa, zwykle to ja byłem tym, który miał się z nimi pogodzić. - Niechęś bywa balso wygodna. - Wciągnąłem powietrze wolno, nie całkiem, nie spektakularnie, ale wystarczająco, żebym mógł głębiej odetchnąć. Papieros dogasał, ale nie spieszyłem się, żeby go zgasić.
- Większość ludzi mnie nie zna i nie chce poznaś. - Wzruszyłem ramionami. Nie mówiłem tego jak ktoś zraniony, raczej jak ktoś, kto znał zasady gry. - To nie jest coś nowego. - Nie dodałem, że czasami sam nie byłem pewien, czy znam siebie. Nie miałem ochoty opowiadać jej wszystkiego, co padło - jeszcze nie - nie dlatego, że jej nie ufałem, ale dlatego, że nie chciałem, żeby te słowa przeszły przez jej głowę tak, jak przeszły przez moją. Nie chciałem, żeby nosiła je razem ze mną. Nie byłem dobry w rozmowach o sobie, byłem dobry w rozmowach o innych, w analizach, wyciąganiu wniosków. Mówienie o własnych rzeczach było jak wchodzenie na grunt, który mógł się zapaść. Poczułem, jak moje palce zaciskają się na jej dłoni, zanim zdążyłem się powstrzymać, ciało reagowało szybciej niż głowa.
- Nie jestem dobly w takich szeszach. -  Powiedziałem w końcu, nie sprecyzowałem, nie wydawało mi się, że musiałem. Nie byłem dobry w rozmowach o tym, co dzieje się we mnie, nie byłem dobry w przyznawaniu, że coś mnie dotknęło, nie byłem dobry w pokazywaniu słabości, całe życie uczono mnie, że to błąd.
- Jeśli coś wyszucam, to laszej pszypadkiem. - Dodałem po chwili. - I zwykle w nieodpowiednim momencie. - To był żart, albo raczej coś, co próbowało nim być. Nie byłem przyzwyczajony do tego, że ktoś mówił takie rzeczy bez warunków, bez przypisów, bez drobnego druku na dole strony. Całe życie uczono mnie, że trzeba być przygotowanym - na atak, na ocenę, na to, że ktoś prędzej czy później użyje przeciwko tobie wszystkiego, co wie. Byłem przyzwyczajony do wersji świata, w której wszystko miało cenę, wszystko było transakcją, nawet jeśli udawano, że jest inaczej - zaufanie, spokój, bliskość - każda z tych rzeczy prędzej czy później okazywała się czymś, co trzeba było spłacić. Nikt nie mówił, co zrobić, kiedy ktoś chce po prostu zostać.
- Kocham cię. - Powiedziałem nagle. To nie było zaplanowane, nie było eleganckie, nie było odpowiednio osadzone w rozmowie, po prostu się wydarzyło, jakby coś we mnie uznało, że skoro już i tak wszystko się rozsypało, to może warto powiedzieć jedną rzecz, która jest niepodważalna. - Chcę, szebyś była szczęśliwa, cała leszta mnie nie obchodzi. - Nie byłem człowiekiem od wielkich wyznań, nie byłem romantykiem, nie umiałem mówić pięknie o uczuciach. Nie wierzyłem w symbolikę losu, w magiczne momenty, ale nawet ja wiedziałem, że są chwile, które coś znaczą, niezależnie od tego, czy chcesz w to wierzyć - to była jedna z nich.
Zgasiłem papierosa jednym ruchem, bez ceremonii, nie było potrzeby niczego celebrować. Zrobiłem krok, potem drugi, trzymając Prue za rękę, drzwi zamknęły się za nami z cichym trzaskiem. Balkon został po drugiej stronie, razem z dymem, napięciem i wszystkim, czego nie było już sensu ciągnąć dalej. Byliśmy w naszym wspólnym domu, po raz pierwszy zostaliśmy tu sami, to było najważniejsze, nie cudze wyobrażenia o naszym życiu.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (5548), Prudence Fenwick (3209)




Wiadomości w tym wątku
[12/10/72] This is how I survive small disasters | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 10.01.2026, 01:05
RE: [12/10/72] This is how I survive small disasters | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 10.01.2026, 02:18
RE: [12/10/72] This is how I survive small disasters | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 10.01.2026, 03:46
RE: [12/10/72] This is how I survive small disasters | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 10.01.2026, 12:14
RE: [12/10/72] This is how I survive small disasters | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 11.01.2026, 12:54
RE: [12/10/72] This is how I survive small disasters | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 12.01.2026, 00:10
RE: [12/10/72] This is how I survive small disasters | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 13.01.2026, 01:43

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa