11.01.2026, 20:26 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.03.2026, 00:11 przez Eutierria.
Powód edycji: Blokada możliwości edycji
)
Świat nie stał się nagle dobry. Niebo nie zaczęło być naraz mniej pochmurne, śmierciożercy nie zaczęli się naraz grzecznie oddawać w ręce władz ścigania, a strata pozostawała stratą, choć ubierano ją w coraz piękniejsze słowa - “poświęcenie”, “ofiara”, “oddanie”. To ostatnie bolało najmocniej.
Bo gdy mężowa dłoń odnalazła jej policzek, wsparła się o nią, na ułamek sekundy przymykając zmęczone oczy. Nie miała co do tego żadnych wątpliwości. Jego też kiedyś straci. Przyniosą jej zakrwawioną odznakę i różdżkę. Każą wdziać na nowo czerń, skryć twarz za wdowim welonem. Powtarzać, że nie ma większej wartości nad służbę ojczyźnie. Nie zaprzeczała temu. Na wszystkich przychodził w końcu czas - na Aurorów po prostu znacznie szybciej.
Jakoś w stanie upojenia nie przeszło jej nawet przez myśl, że przecież ona odejdzie szybciej. Nie.
Ale przecież tak powinno być.
Więc zdusiła rosnącą w gardle górę wzruszenia i obezwładniającego smutku. Ucałowała go ponownie. Teraz już mogła. Był jej. Ze wszystkimi zmarszczkami od marszczenia brwi, z tą kiepską wodą kolońską którą nauczyła się nawet lubić i z tą szafą beznadziejnych koszul, których polubić wcale nie zamierzała. Czuła na ustach smak grzanego wina i wódki, której sama jednak odmówiła. Mieszanie jej z taką ilością eliksirów jakie dziennie piła zakrawało co najmniej o szaleństwo. Sączyła swoje grzane wino delektując się wszystkimi aromatami, które czuła dookoła.
Jeszcze mogli być przecież szczęśliwi. Zanim zastanie ich szara rzeczywistość i konsekwencje podjętych może zbyt szybko decyzji. Ale plaster został zerwany.
A potem była muzyka. Jej ulubiona. A potem ta, której nie znała i mogła mruknąć mężowi do ucha, że wybiera same "przedpotopowe" kawałki. Tylko po to, żeby zaczął się oburzać, że to z jego młodości! Orkiestra wygrywała znane kawałki i przez moment… jeden moment Lorien poczuła się prawdziwie szczęśliwa. Tak do samego środka przeżartego złością i smutkiem serca.
Nie planowali siedzieć tu zbyt długo.
Mimo to, gdzieś po niecałej godzinie zaczepił ją niski czarodziej. Nie miał jednego oka i paru zębów, ale kilka ostatnich kolejek pił na ich koszt i… chyba poczuł się zobligowany do przekazania im prezentu. Mruknął parę słów, po czym wepchnął Lorien w ręce otwarte, nieco spróchniałe pudełko wypchane starymi wydaniami proroka i Czarownicy.
Nie kontaktowała już na tyle, żeby zdobyć się na coś więcej niż zaskoczone “och?” i spojrzeć w dół.
W środku były dwa jajka, przykryte ścinkami gazet. Sięgnęła po jedno z nich, nieszczególnie zastanawiając się nad wszelkimi potencjalnymi klątwami. Jeśli ktoś postanowił ją w ten sposób zamordować - pewnie by mu się udało. Pani Mulciber-Moody trochę jak sroka kochała prezenty.
A jeśli to była kontrabanda i coś z nielegalnego przemytu… No to chyba dobrze, że wpadły w ręce kogoś tak uczciwego? Kogoś takiego jak na przykład sędzia Wizengamotu? Przecież z pewnością nie zatrzymałaby tego dla siebie, gdyby okazało się czymś zakazanym. Pff, dobre sobie.
!Jajo z kalendarza
Bo gdy mężowa dłoń odnalazła jej policzek, wsparła się o nią, na ułamek sekundy przymykając zmęczone oczy. Nie miała co do tego żadnych wątpliwości. Jego też kiedyś straci. Przyniosą jej zakrwawioną odznakę i różdżkę. Każą wdziać na nowo czerń, skryć twarz za wdowim welonem. Powtarzać, że nie ma większej wartości nad służbę ojczyźnie. Nie zaprzeczała temu. Na wszystkich przychodził w końcu czas - na Aurorów po prostu znacznie szybciej.
Jakoś w stanie upojenia nie przeszło jej nawet przez myśl, że przecież ona odejdzie szybciej. Nie.
Ale przecież tak powinno być.
Więc zdusiła rosnącą w gardle górę wzruszenia i obezwładniającego smutku. Ucałowała go ponownie. Teraz już mogła. Był jej. Ze wszystkimi zmarszczkami od marszczenia brwi, z tą kiepską wodą kolońską którą nauczyła się nawet lubić i z tą szafą beznadziejnych koszul, których polubić wcale nie zamierzała. Czuła na ustach smak grzanego wina i wódki, której sama jednak odmówiła. Mieszanie jej z taką ilością eliksirów jakie dziennie piła zakrawało co najmniej o szaleństwo. Sączyła swoje grzane wino delektując się wszystkimi aromatami, które czuła dookoła.
Jeszcze mogli być przecież szczęśliwi. Zanim zastanie ich szara rzeczywistość i konsekwencje podjętych może zbyt szybko decyzji. Ale plaster został zerwany.
A potem była muzyka. Jej ulubiona. A potem ta, której nie znała i mogła mruknąć mężowi do ucha, że wybiera same "przedpotopowe" kawałki. Tylko po to, żeby zaczął się oburzać, że to z jego młodości! Orkiestra wygrywała znane kawałki i przez moment… jeden moment Lorien poczuła się prawdziwie szczęśliwa. Tak do samego środka przeżartego złością i smutkiem serca.
Nie planowali siedzieć tu zbyt długo.
Mimo to, gdzieś po niecałej godzinie zaczepił ją niski czarodziej. Nie miał jednego oka i paru zębów, ale kilka ostatnich kolejek pił na ich koszt i… chyba poczuł się zobligowany do przekazania im prezentu. Mruknął parę słów, po czym wepchnął Lorien w ręce otwarte, nieco spróchniałe pudełko wypchane starymi wydaniami proroka i Czarownicy.
Nie kontaktowała już na tyle, żeby zdobyć się na coś więcej niż zaskoczone “och?” i spojrzeć w dół.
W środku były dwa jajka, przykryte ścinkami gazet. Sięgnęła po jedno z nich, nieszczególnie zastanawiając się nad wszelkimi potencjalnymi klątwami. Jeśli ktoś postanowił ją w ten sposób zamordować - pewnie by mu się udało. Pani Mulciber-Moody trochę jak sroka kochała prezenty.
A jeśli to była kontrabanda i coś z nielegalnego przemytu… No to chyba dobrze, że wpadły w ręce kogoś tak uczciwego? Kogoś takiego jak na przykład sędzia Wizengamotu? Przecież z pewnością nie zatrzymałaby tego dla siebie, gdyby okazało się czymś zakazanym. Pff, dobre sobie.
!Jajo z kalendarza