13.01.2026, 01:43 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.03.2026, 01:27 przez Benjy Fenwick.)
Rzadko bywałem w sytuacjach, w których nie wiedziałem, co powiedzieć, jeszcze rzadziej w takich, w których nie wiedziałem, co zrobić z własnymi myślami, tym bardziej, że przez lata wypracowałem w sobie mechanizmy, które działały niemal automatycznie - jeśli coś było zbyt głośne, zbyt bolesne, zbyt niebezpieczne, odkładałem to na bok i przetwarzałem później albo wcale, najlepiej wcale, jednak tego dnia nie dało się niczego odłożyć, nie dało się jednak ukryć, że mimo to - próbowałem.
Wzrok miałem skierowany gdzieś na przód ogródka, który wyglądał tak samo jak pamiętałem go sprzed lat - z jednej czy dwóch wizyt w tym miejscu - był trochę zaniedbany, trochę zbyt starannie przystrzyżony w niektórych miejscach, jakby ktoś nie mógł się zdecydować, czy chce nad nim panować, czy dać mu spokój. Krzewy zostały przycinane zbyt równo, jakby próbowano nad nimi zapanować, a potem najwyraźniej stracono cierpliwość, ścieżka miała omszone, zarośnięte kamienie a przysychający na jesień trawnik tracił resztki soczystej zieleni, szczególnie tam, gdzie został za bardzo skoszony. Najpewniej Ellie próbowała tu zaprowadzić porządek, ale najwyraźniej zabrakło jej woli twórczej, co wyjątkowo pasowało do moich wspomnień o tej kobiecie. Lubiła rzeczy, które nie były doprowadzone do perfekcji - takie, które wyglądały, jakby ktoś w pewnym momencie uznał, że ma dość udawania, że wszystko musi być równe. Ja też zawsze preferowałem takie miejsca, niedoskonałe, prawdziwe, nieudające, że wszystko jest pod kontrolą. Jej syn, natomiast… Ewidentnie niekoniecznie.
Nie zgadzałem się ani trochę na to, aby Prue brała odpowiedzialność za reakcje swojego ojca, nie dlatego, że nie rozumiałem, skąd to się brało, tylko dlatego, że próbowała przyjąć na siebie ciężar, który nie był jej, znowu, jakby to była jej naturalna pozycja, ten lekki półskłon wobec cudzych błędów. Pokręciłem głową, wolno, z namysłem.
- Nie, Pluey. Nie ty jedyna mogłaś to pszewidzieś I zapobiec dlamatom. Ja tesz mogłem. I wiesz co? Pszewidziałem i nic s tym nie zlobiłem. - Nie było w tym gniewu, raczej coś na kształt spokojnej, twardej zgody na to, jak wyglądała rzeczywistość. Wiedziałem, że to nie skończy się herbatką i uprzejmymi uśmiechami. - Po tym, co mi powiedział w Mabon, wiedziałem dokładnie, jaki to będzie lodzaj losmowy, gdy jusz do niej dojdzie, a mimo to wszedłem w nią dziś świadomie. Mogłem się wycofaś, byś balsiej… Dyplomatyczny, ale wyblałem inaczej. - Uniósłbym kącik ust, gdyby to był moment na żart, ale nie był. - Nie plowokowałem go pszypadkiem. Moja postawa nie była wynikiem zaskoczenia, to było „okej, zobaczmy, co się stanie”, więc jeśli jusz, to ja tesz mam tu swój kawałek odpowiedzialności. - Westchnąłem, gdy powiedziała, że wstydzi się za niego, bo praktycznie od razu coś we mnie drgnęło. Zacisnąłem palce na balustradzie, a potem puściłem.
- Nie lób tego, kochanie. To twój ojciec, jasne, ale to nie znaczy, sze ty masz za niego myśleś. - Powiedziałem od razu. Nie lubiłem, kiedy brała na siebie winy, które do niej nie należały. Nie lubiłem tego u nikogo, ale u niej szczególnie. - To nie jest twój wstyd. Nie chcę, szebyś blała to wsystko na siebie tylko dlatego, sze ten ktoś nosił kiedyś twoje nazwisko. - Mówiłem spokojnie, ale stanowczo, tak, jak mówi się rzeczy, które chce się wbić komuś do głowy na stałe, bo chciałem, żeby to zapamiętała. Nie musiała wstydzić się za innych dorosłych ludzi, ani za niego, ani za mnie, ani za kogokolwiek innego, to te osoby musiały być odpowiedzialne za własne konsekwencje, zrzucanie ich na kogoś nie było fair. Nie była śmietnikiem na ojcowskie niespełnione ambicje. - To, sze ktoś jest lodzicem, nie lobi s niego automatycznie mądlej osoby. Czasem lobi s niego tylko stalszą welsję kogoś, kto nigdy nie nauczył się zamykaś ust, kiedy powinien. - Zmarszczyłem lekko brwi, bo to zdanie wyszło ze mnie szybciej, niż się spodziewałem. - Nie biesz na siebie jego błędów. Tak samo jak ja nie biolę na siebie błędów swojego stalego. Szadne s nas nie ma takiego obowiązku, plawda? Albo oboje go mamy. Osobiście wolę pielwszą opcję, hm? - Wzruszyłem ramionami, nie dlatego, że mnie to nie obchodziło - po prostu wiedziałem, że świat się nie zmieni, nawet jeśli bardzo byśmy chcieli - gdybyśmy zaczęli żyć tak, żeby nikogo nie urazić, nie zdenerwować i nie rozczarować, to byśmy w ogóle nie wyszli z domu, a ja nie miałem zamiaru być cieniem tylko po to, żeby komuś było wygodniej. Nie chciałem, by ona nim była, wystarczająco długo dostosowywała się pod cudze standardy, nie potrzebowała tego robić w tym wypadku.
Słowa o tym, co jest „pod powierzchnią”, były… Spodziewanie niespodziewane. Dobre, ale dziwne, wciąż działały na mnie tak, jakby ktoś zajrzał do pomieszczenia, do którego zwykle wpuszczałem tylko siebie, i zamiast się skrzywić, powiedział „hej, tu jest coś wartościowego”. Nie byłem na to specjalnie przygotowany, nawet jeśli to nie był pierwszy raz, gdy mogłem poczuć się doceniony przez kobietę, która mnie kochała, naprawdę kochała, z tymi wszystkimi „ale”, których nie było mało, i to wcale nie była przesada, tylko fakty.
- Nie wiem, czy jestem asz taką pelełką. - Rzuciłem, jakby od niechcenia, po chwili jednak westchnąłem i potarłem kark, jakbym chciał zetrzeć z siebie to dziwne wrażenie, jakie pojawiało się we mnie na podobnie szczere słowa uznania, zwłaszcza ze strony osoby, od której płynąc miały tak wiele wagi. - Wiesz, sze przez większość szycia byłem dokładnie tym, co widzieli. Albo tym, co sobie dopowiadali. I w sumie… Było mi s tym wygodnie. Nie musiałem nic tłumaczyś. Poniekąd dalej tak mam. - Skrzywiłem się lekko, nie dlatego, że całkowicie się z nią nie zgadzałem, bagatelizując wszystko, co powiedziała, raczej dlatego, że byłem świadomy własnej przeszłości - nigdy nie miałem w sobie potrzeby, by być „kimś wartym odkrycia”, zawsze bardziej obchodziło mnie to jedno konkretne spojrzenie niż sto opinii. Jeśli to była ich strata, to dobrze, naprawdę, bo ja nie miałem już ani czasu, ani energii na ludzi, którzy oceniają mnie po opakowaniu, kiedyś od czasu do czasu mnie to wkurzało, teraz… Chyba po prostu przestało mnie to obchodzić.
- Jestem zwykłym kimś, kto zlobił sporo głupich szeszy i telas plóbuje ich nie lobiś. Tyle. - Odchrząknąłem, wzruszając ramionami, nie mówiłem tego z kokieterią, po prostu tak to widziałem. Nie byłem już tym samym człowiekiem, którym byłem kiedyś, nie chciałem nim być, tak naprawdę nigdy nie aspirowałem do bycia kimś takim, po prostu przez długi czas wydawało mi się, że nie mam wyboru, wszystko jest już zapisane, a moje nazwisko niesie za sobą ciężar, którego nie da się zrzucić, jakby było znamieniem wypalonym na skórze, którego nie da się usunąć, nawet jeśli przestajesz się z nim utożsamiać. Nie wiedziałem, czy da się odpokutować za swoje czyny, nie wiedziałem, czy w ogóle istnieje coś takiego jak wystarczająca ilość prób podejmowania dobrych decyzji, które równoważą te złe. Wiedziałem tylko, że próbowałem, odciąłem się od tego, co mówiło moje nazwisko, a także tego, co ludzie z nim wiązali, kim według nich miałem być. A teraz… Teraz ktoś nie tylko próbował ponownie wcisnąć mnie w tamte ramy, co wykorzystać tamtą dawną formę do tego, by wywrzeć wpływ na kogoś, kto był dla mnie znacznie ważniejszy niż opinia otoczenia o mnie samym - to właśnie to było niedopuszczalne. Niewiele mogliśmy z tym jednak zrobić, te słowa już zostały wypowiedziane, John podjął tę decyzję, tego popołudnia zdecydowanie postarał się pokazać to, co miał w zanadrzu, i każde z nas musiało to jakoś przetrawić, jeśli nie chcieliśmy dać mu mieć ostatniego zdania.
Nie od razu odpowiedziałem na słowa o tym, że mogłem pozwolić sobie na to, by się przy niej uzewnętrznić - to był ten moment, w którym człowiek czuje, że powinien powiedzieć coś sensownego, ale w głowie ma tylko biały szum i kilka niepasujących do siebie myśli. Stałem więc chwilę, patrząc gdzieś obok niej, jakbym nagle bardzo zainteresował się balustradą, i próbowałem wymyślić zdanie, które nie zabrzmi ani zbyt miękko, ani zbyt dramatycznie. Nie byłem dobry w takich chwilach, zawsze miałem wrażenie, że jak powiem coś zbyt poważnego, to wyjdzie sztucznie, a jak nie powiem nic, to wyjdzie jeszcze gorzej. Słowa nie przychodziły tak, jak powinny, ale nie miałem zamiaru wiekami gapić się na nią jak idiota, szukając w głowie czegoś mądrego, więc zrobiłem to, co umiałem najlepiej - uniosłem lekko brew i spojrzałem na nią z tym półuśmiechem, który zwykle miał sugerować, że mam wszystko pod kontrolą, nawet jeśli w środku wyglądało to, jakby ktoś wyłączył wszystkie sensowne odpowiedzi i zostawił tylko te głupie albo za ciężkie, a ja nie miałem zamiaru wchodzić w ciężkie.
- Czyli mam losumieś, sze mogę pszyjść, szuciś „jest do dupy” i to się będzie liczyło jako komunikacja czy powinienem to loswinąś jakoś balsiej? - Pokręciłem głową, jakbym właśnie dostał instrukcję obsługi do czegoś, czego nigdy nie potrafiłem używać. - Dobla. - Mruknąłem, niemal od razu, by nie myśleć o tym zbyt długo. - Splóbuję. - Dodałem, już bez żartobliwych wstawek. Nie „obiecuję”, nie „na pewno” - „spróbuję”, to było maksimum, na jakie mnie było stać w tej chwili, ale było szczere, tak samo jak te następne słowa o miłości. Wcześniej jednak przesunąłem dłonią po karku, czując to znajome napięcie, które zawsze pojawiało się, gdy rozmowa robiła się zbyt prawdziwa. - Jestem dorosłym facetem, nie. - Dodałem, jakby to cokolwiek wyjaśniało. W domyśle mówiło wiele, bo przecież jako ktoś w moim wieku powinienem umieć mówić, kiedy coś mnie zżera, prawda? Więc dlaczego to było tak cholernie trudne? - Upszedzam tylko, sze w moim pszypadku to mosze wyglądaś tak, sze będę siedział, patszył w jeden punkt i udawał, sze analizuję coś balso wasznego, a w szeczywistości będę się kłócił sam ze sobą o to, czy w ogóle walto coś mówiś. To… Nie jest standald. Chyba. Laczej. Mój jest. Pszynajmniej tak słyszałem. - Nie brzmiało to jak deklaracja, bardziej jak instrukcja postępowania, którą czytałem komuś na głos pierwszy raz w życiu, bez obrazków, bez spisu treści, ale przynajmniej nie udawałem już, że tej instrukcji nie ma.
Nie byłem wylewny w sprawach związanych z tymi delikatnymi uczuciami, nigdy taki nie byłem, nie wydawało mi się, by słowa o miłości przychodziły mi tak łatwo jak u większości ludzi, nawet teraz, kiedy miałem je już na wyciągnięcie ręki, oswojone, nie tak straszne jak kiedyś, ale gesty… Z nimi było prościej, nie wymagały składni, tylko obecności. Słysząc odpowiedź, ścisnąłem dłoń Prue mocniej, kciukiem zataczając powolny, niemal nieświadomy krąg na jej skórze. Staliśmy na balkonie, obok siebie, nie naprzeciwko, to miało znaczenie, patrzyliśmy w to samo miejsce, na świat, który czasem był uparty, krzywy i niesprawiedliwy, ale który teraz zdawał się… Do zniesienia.
- Dobsze to słysześ. - To była cała moja poezja, ale w tym ściskaniu jej dłoni, milczeniu, w tym, że nie musieliśmy się spieszyć ani udowadniać niczego światu, było wszystko. To „razem” nie było hasłem, tylko praktyką, na dobre dni i te gorsze, które już zaczęliśmy kolekcjonować. Przesunąłem się odrobinę bliżej, mocniej opierając się ramieniem o jej ramię, by poczuć to przyjemne ciepło, jakim emanowała - to był odruch, chociaż jeszcze jakiś czas temu się nim nie wydawał, nie dla mnie - nie musiałem mówić, że jestem szczęśliwy, po prostu taki byłem. Na wielkie słowa z pewnością miał nadejść czas.
Zaciągnąłem się powietrzem, które pachniało chłodem, jesienią, czymś świeżym. Zgasiłem papierosa i tym razem zrobiłem to spokojnie - nie tak jak wtedy, gdy go podpalałem - bez agresji, bez symboliki, po prostu dlatego, że już go nie chciałem.
Zatrzymałem się na chwilę w progu kuchni, omiatając wnętrze wzrokiem, jakbym musiał oswoić się z myślą, że to nie jest czyjeś miejsce, tylko nasze - nowe ściany, nowe zapachy, inna akustyka kroków - wszystko brzmiało trochę inaczej. Oparłem się biodrem o blat obok Prudence, nadal trzymając ją za rękę, i spojrzałem na nią z tym swoim półuśmiechem, który zwykle zwiastował decyzję podszytą lekką przekorą, nawet jeśli tym razem odpowiedź była bardzo jasna - to był dzień, który zasłużył na coś mocniejszego niż liście i gorąca woda. Uniósłbym brwi, gdyby to był konkurs, ale to było raczej ciche, porozumiewawcze puszczenie do niej oka. Byliśmy dorośli, jutro żadne z nas nie musiało koniecznie iść do pracy i byliśmy w swoim własnym domu, całkowicie sami.
- Sama wkładka. - Powiedziałem bez wahania. - Zdecydowanie. - Puściłem jej rękę tylko na moment, żeby sięgnąć po szklanki, ale zaraz wróciłem bliżej. Stanąłem obok niej, bark przy barku, a potem uśmiechnąłem się szerzej, pierwszy raz, odkąd się tu dziś pojawiliśmy, napięcie powoli ustępowało.
Wzrok miałem skierowany gdzieś na przód ogródka, który wyglądał tak samo jak pamiętałem go sprzed lat - z jednej czy dwóch wizyt w tym miejscu - był trochę zaniedbany, trochę zbyt starannie przystrzyżony w niektórych miejscach, jakby ktoś nie mógł się zdecydować, czy chce nad nim panować, czy dać mu spokój. Krzewy zostały przycinane zbyt równo, jakby próbowano nad nimi zapanować, a potem najwyraźniej stracono cierpliwość, ścieżka miała omszone, zarośnięte kamienie a przysychający na jesień trawnik tracił resztki soczystej zieleni, szczególnie tam, gdzie został za bardzo skoszony. Najpewniej Ellie próbowała tu zaprowadzić porządek, ale najwyraźniej zabrakło jej woli twórczej, co wyjątkowo pasowało do moich wspomnień o tej kobiecie. Lubiła rzeczy, które nie były doprowadzone do perfekcji - takie, które wyglądały, jakby ktoś w pewnym momencie uznał, że ma dość udawania, że wszystko musi być równe. Ja też zawsze preferowałem takie miejsca, niedoskonałe, prawdziwe, nieudające, że wszystko jest pod kontrolą. Jej syn, natomiast… Ewidentnie niekoniecznie.
Nie zgadzałem się ani trochę na to, aby Prue brała odpowiedzialność za reakcje swojego ojca, nie dlatego, że nie rozumiałem, skąd to się brało, tylko dlatego, że próbowała przyjąć na siebie ciężar, który nie był jej, znowu, jakby to była jej naturalna pozycja, ten lekki półskłon wobec cudzych błędów. Pokręciłem głową, wolno, z namysłem.
- Nie, Pluey. Nie ty jedyna mogłaś to pszewidzieś I zapobiec dlamatom. Ja tesz mogłem. I wiesz co? Pszewidziałem i nic s tym nie zlobiłem. - Nie było w tym gniewu, raczej coś na kształt spokojnej, twardej zgody na to, jak wyglądała rzeczywistość. Wiedziałem, że to nie skończy się herbatką i uprzejmymi uśmiechami. - Po tym, co mi powiedział w Mabon, wiedziałem dokładnie, jaki to będzie lodzaj losmowy, gdy jusz do niej dojdzie, a mimo to wszedłem w nią dziś świadomie. Mogłem się wycofaś, byś balsiej… Dyplomatyczny, ale wyblałem inaczej. - Uniósłbym kącik ust, gdyby to był moment na żart, ale nie był. - Nie plowokowałem go pszypadkiem. Moja postawa nie była wynikiem zaskoczenia, to było „okej, zobaczmy, co się stanie”, więc jeśli jusz, to ja tesz mam tu swój kawałek odpowiedzialności. - Westchnąłem, gdy powiedziała, że wstydzi się za niego, bo praktycznie od razu coś we mnie drgnęło. Zacisnąłem palce na balustradzie, a potem puściłem.
- Nie lób tego, kochanie. To twój ojciec, jasne, ale to nie znaczy, sze ty masz za niego myśleś. - Powiedziałem od razu. Nie lubiłem, kiedy brała na siebie winy, które do niej nie należały. Nie lubiłem tego u nikogo, ale u niej szczególnie. - To nie jest twój wstyd. Nie chcę, szebyś blała to wsystko na siebie tylko dlatego, sze ten ktoś nosił kiedyś twoje nazwisko. - Mówiłem spokojnie, ale stanowczo, tak, jak mówi się rzeczy, które chce się wbić komuś do głowy na stałe, bo chciałem, żeby to zapamiętała. Nie musiała wstydzić się za innych dorosłych ludzi, ani za niego, ani za mnie, ani za kogokolwiek innego, to te osoby musiały być odpowiedzialne za własne konsekwencje, zrzucanie ich na kogoś nie było fair. Nie była śmietnikiem na ojcowskie niespełnione ambicje. - To, sze ktoś jest lodzicem, nie lobi s niego automatycznie mądlej osoby. Czasem lobi s niego tylko stalszą welsję kogoś, kto nigdy nie nauczył się zamykaś ust, kiedy powinien. - Zmarszczyłem lekko brwi, bo to zdanie wyszło ze mnie szybciej, niż się spodziewałem. - Nie biesz na siebie jego błędów. Tak samo jak ja nie biolę na siebie błędów swojego stalego. Szadne s nas nie ma takiego obowiązku, plawda? Albo oboje go mamy. Osobiście wolę pielwszą opcję, hm? - Wzruszyłem ramionami, nie dlatego, że mnie to nie obchodziło - po prostu wiedziałem, że świat się nie zmieni, nawet jeśli bardzo byśmy chcieli - gdybyśmy zaczęli żyć tak, żeby nikogo nie urazić, nie zdenerwować i nie rozczarować, to byśmy w ogóle nie wyszli z domu, a ja nie miałem zamiaru być cieniem tylko po to, żeby komuś było wygodniej. Nie chciałem, by ona nim była, wystarczająco długo dostosowywała się pod cudze standardy, nie potrzebowała tego robić w tym wypadku.
Słowa o tym, co jest „pod powierzchnią”, były… Spodziewanie niespodziewane. Dobre, ale dziwne, wciąż działały na mnie tak, jakby ktoś zajrzał do pomieszczenia, do którego zwykle wpuszczałem tylko siebie, i zamiast się skrzywić, powiedział „hej, tu jest coś wartościowego”. Nie byłem na to specjalnie przygotowany, nawet jeśli to nie był pierwszy raz, gdy mogłem poczuć się doceniony przez kobietę, która mnie kochała, naprawdę kochała, z tymi wszystkimi „ale”, których nie było mało, i to wcale nie była przesada, tylko fakty.
- Nie wiem, czy jestem asz taką pelełką. - Rzuciłem, jakby od niechcenia, po chwili jednak westchnąłem i potarłem kark, jakbym chciał zetrzeć z siebie to dziwne wrażenie, jakie pojawiało się we mnie na podobnie szczere słowa uznania, zwłaszcza ze strony osoby, od której płynąc miały tak wiele wagi. - Wiesz, sze przez większość szycia byłem dokładnie tym, co widzieli. Albo tym, co sobie dopowiadali. I w sumie… Było mi s tym wygodnie. Nie musiałem nic tłumaczyś. Poniekąd dalej tak mam. - Skrzywiłem się lekko, nie dlatego, że całkowicie się z nią nie zgadzałem, bagatelizując wszystko, co powiedziała, raczej dlatego, że byłem świadomy własnej przeszłości - nigdy nie miałem w sobie potrzeby, by być „kimś wartym odkrycia”, zawsze bardziej obchodziło mnie to jedno konkretne spojrzenie niż sto opinii. Jeśli to była ich strata, to dobrze, naprawdę, bo ja nie miałem już ani czasu, ani energii na ludzi, którzy oceniają mnie po opakowaniu, kiedyś od czasu do czasu mnie to wkurzało, teraz… Chyba po prostu przestało mnie to obchodzić.
- Jestem zwykłym kimś, kto zlobił sporo głupich szeszy i telas plóbuje ich nie lobiś. Tyle. - Odchrząknąłem, wzruszając ramionami, nie mówiłem tego z kokieterią, po prostu tak to widziałem. Nie byłem już tym samym człowiekiem, którym byłem kiedyś, nie chciałem nim być, tak naprawdę nigdy nie aspirowałem do bycia kimś takim, po prostu przez długi czas wydawało mi się, że nie mam wyboru, wszystko jest już zapisane, a moje nazwisko niesie za sobą ciężar, którego nie da się zrzucić, jakby było znamieniem wypalonym na skórze, którego nie da się usunąć, nawet jeśli przestajesz się z nim utożsamiać. Nie wiedziałem, czy da się odpokutować za swoje czyny, nie wiedziałem, czy w ogóle istnieje coś takiego jak wystarczająca ilość prób podejmowania dobrych decyzji, które równoważą te złe. Wiedziałem tylko, że próbowałem, odciąłem się od tego, co mówiło moje nazwisko, a także tego, co ludzie z nim wiązali, kim według nich miałem być. A teraz… Teraz ktoś nie tylko próbował ponownie wcisnąć mnie w tamte ramy, co wykorzystać tamtą dawną formę do tego, by wywrzeć wpływ na kogoś, kto był dla mnie znacznie ważniejszy niż opinia otoczenia o mnie samym - to właśnie to było niedopuszczalne. Niewiele mogliśmy z tym jednak zrobić, te słowa już zostały wypowiedziane, John podjął tę decyzję, tego popołudnia zdecydowanie postarał się pokazać to, co miał w zanadrzu, i każde z nas musiało to jakoś przetrawić, jeśli nie chcieliśmy dać mu mieć ostatniego zdania.
Nie od razu odpowiedziałem na słowa o tym, że mogłem pozwolić sobie na to, by się przy niej uzewnętrznić - to był ten moment, w którym człowiek czuje, że powinien powiedzieć coś sensownego, ale w głowie ma tylko biały szum i kilka niepasujących do siebie myśli. Stałem więc chwilę, patrząc gdzieś obok niej, jakbym nagle bardzo zainteresował się balustradą, i próbowałem wymyślić zdanie, które nie zabrzmi ani zbyt miękko, ani zbyt dramatycznie. Nie byłem dobry w takich chwilach, zawsze miałem wrażenie, że jak powiem coś zbyt poważnego, to wyjdzie sztucznie, a jak nie powiem nic, to wyjdzie jeszcze gorzej. Słowa nie przychodziły tak, jak powinny, ale nie miałem zamiaru wiekami gapić się na nią jak idiota, szukając w głowie czegoś mądrego, więc zrobiłem to, co umiałem najlepiej - uniosłem lekko brew i spojrzałem na nią z tym półuśmiechem, który zwykle miał sugerować, że mam wszystko pod kontrolą, nawet jeśli w środku wyglądało to, jakby ktoś wyłączył wszystkie sensowne odpowiedzi i zostawił tylko te głupie albo za ciężkie, a ja nie miałem zamiaru wchodzić w ciężkie.
- Czyli mam losumieś, sze mogę pszyjść, szuciś „jest do dupy” i to się będzie liczyło jako komunikacja czy powinienem to loswinąś jakoś balsiej? - Pokręciłem głową, jakbym właśnie dostał instrukcję obsługi do czegoś, czego nigdy nie potrafiłem używać. - Dobla. - Mruknąłem, niemal od razu, by nie myśleć o tym zbyt długo. - Splóbuję. - Dodałem, już bez żartobliwych wstawek. Nie „obiecuję”, nie „na pewno” - „spróbuję”, to było maksimum, na jakie mnie było stać w tej chwili, ale było szczere, tak samo jak te następne słowa o miłości. Wcześniej jednak przesunąłem dłonią po karku, czując to znajome napięcie, które zawsze pojawiało się, gdy rozmowa robiła się zbyt prawdziwa. - Jestem dorosłym facetem, nie. - Dodałem, jakby to cokolwiek wyjaśniało. W domyśle mówiło wiele, bo przecież jako ktoś w moim wieku powinienem umieć mówić, kiedy coś mnie zżera, prawda? Więc dlaczego to było tak cholernie trudne? - Upszedzam tylko, sze w moim pszypadku to mosze wyglądaś tak, sze będę siedział, patszył w jeden punkt i udawał, sze analizuję coś balso wasznego, a w szeczywistości będę się kłócił sam ze sobą o to, czy w ogóle walto coś mówiś. To… Nie jest standald. Chyba. Laczej. Mój jest. Pszynajmniej tak słyszałem. - Nie brzmiało to jak deklaracja, bardziej jak instrukcja postępowania, którą czytałem komuś na głos pierwszy raz w życiu, bez obrazków, bez spisu treści, ale przynajmniej nie udawałem już, że tej instrukcji nie ma.
Nie byłem wylewny w sprawach związanych z tymi delikatnymi uczuciami, nigdy taki nie byłem, nie wydawało mi się, by słowa o miłości przychodziły mi tak łatwo jak u większości ludzi, nawet teraz, kiedy miałem je już na wyciągnięcie ręki, oswojone, nie tak straszne jak kiedyś, ale gesty… Z nimi było prościej, nie wymagały składni, tylko obecności. Słysząc odpowiedź, ścisnąłem dłoń Prue mocniej, kciukiem zataczając powolny, niemal nieświadomy krąg na jej skórze. Staliśmy na balkonie, obok siebie, nie naprzeciwko, to miało znaczenie, patrzyliśmy w to samo miejsce, na świat, który czasem był uparty, krzywy i niesprawiedliwy, ale który teraz zdawał się… Do zniesienia.
- Dobsze to słysześ. - To była cała moja poezja, ale w tym ściskaniu jej dłoni, milczeniu, w tym, że nie musieliśmy się spieszyć ani udowadniać niczego światu, było wszystko. To „razem” nie było hasłem, tylko praktyką, na dobre dni i te gorsze, które już zaczęliśmy kolekcjonować. Przesunąłem się odrobinę bliżej, mocniej opierając się ramieniem o jej ramię, by poczuć to przyjemne ciepło, jakim emanowała - to był odruch, chociaż jeszcze jakiś czas temu się nim nie wydawał, nie dla mnie - nie musiałem mówić, że jestem szczęśliwy, po prostu taki byłem. Na wielkie słowa z pewnością miał nadejść czas.
Zaciągnąłem się powietrzem, które pachniało chłodem, jesienią, czymś świeżym. Zgasiłem papierosa i tym razem zrobiłem to spokojnie - nie tak jak wtedy, gdy go podpalałem - bez agresji, bez symboliki, po prostu dlatego, że już go nie chciałem.
Zatrzymałem się na chwilę w progu kuchni, omiatając wnętrze wzrokiem, jakbym musiał oswoić się z myślą, że to nie jest czyjeś miejsce, tylko nasze - nowe ściany, nowe zapachy, inna akustyka kroków - wszystko brzmiało trochę inaczej. Oparłem się biodrem o blat obok Prudence, nadal trzymając ją za rękę, i spojrzałem na nią z tym swoim półuśmiechem, który zwykle zwiastował decyzję podszytą lekką przekorą, nawet jeśli tym razem odpowiedź była bardzo jasna - to był dzień, który zasłużył na coś mocniejszego niż liście i gorąca woda. Uniósłbym brwi, gdyby to był konkurs, ale to było raczej ciche, porozumiewawcze puszczenie do niej oka. Byliśmy dorośli, jutro żadne z nas nie musiało koniecznie iść do pracy i byliśmy w swoim własnym domu, całkowicie sami.
- Sama wkładka. - Powiedziałem bez wahania. - Zdecydowanie. - Puściłem jej rękę tylko na moment, żeby sięgnąć po szklanki, ale zaraz wróciłem bliżej. Stanąłem obok niej, bark przy barku, a potem uśmiechnąłem się szerzej, pierwszy raz, odkąd się tu dziś pojawiliśmy, napięcie powoli ustępowało.
Koniec sesji
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)