Nie miała nic przeciwko przechadzce na łonie natury, ale to nie był żaden spacerek dla zdrowotności, tylko przedzieranie się przez las tak, żeby nie zwrócić na siebie nadmiernej uwagi i nie zaalarmować kłusowników (jeśli rzeczywiście gdzieś tam się kryli). W takich warunkach dużo łatwiej było źle stanąć i skręcić kostkę – cholera, nawet jeśli świeciło się światło (z tej odległości raczej skryte przez drzewa przed niepowołanym wzrokiem, było to trudne, bo poza tym nikłym światełkiem, dookoła nadal było ciemno, a cienie rzucane przez dość nisko trzymane różdżki potrafiły zmylić i ich. Lestrange nie komentowała pod nosem. Przez ostatnie miesiące jej kondycja polepszyła się znacznie, dużo lepiej radziła sobie w takich warunkach niż jeszcze pół roku temu, nawet jeśli poruszali się w trójkę niezbyt szybko, a Brenna w wilczej postaci wysforowała się na prowadzenie jako kierownik wycieczki.
Kiedy Brenna dała im sygnał, że są już blisko, Victoria zgasiła światełko na różdżce, co jeszcze bardziej miało utrudnić dalsze poruszanie się, a niedługo później rzeczywiście okazało się, że są już na skraju tego lasu, a przynajmniej tej części, gdzie skrywał się zamek służący kłusownikom za bazę. A przynajmniej wyglądało to na zamek, bo spomiędzy drzew wydawało się to… duże. Akurat Victoria przypatrywała się budowli, bo to mogło okazać się zwyczajnie pomocne, i gdy Brenna szła na czworaka po ziemi czegoś szukając, Lestrange oglądała się z lewa na prawo, próbując oszacować wielkość zamku w metrach tak na szerokość, jak i na wysokość. Notowała w pamięci otwory w wieży, mające być okieneczkami, przyjrzała się uważnie (to znaczy na tyle na ile to było w ogóle możliwe w ciemności rozpraszanej światłem gwiazd gdzieniegdzie wyglądających zza chmur o tej porze roku już częstych). Victoria mrużyła oczy, jakby to miało w czymś pomóc.
Przerwała te oględziny dopiero, gdy usłyszała syknięcie Brenny, z różdżką w gotowości była o krok od rzucenia zaklęcia… ale wtedy usłyszała głos przyjaciółki.
– Taka w ziemi? Do nadepnięcia? Czy jakaś linka? – zapytała przyciszonym głosem, by ten jednak nie poniósł się zdradziecko gdzieś dalej, a chwilę później wpatrywała się w punkt, który wskazywał Sadwick. – Tak… – mruknęła. Cóż, istnienie pułapki faktycznie się zgadzało, teraz pytanie, czy reszta to nie blef. – Zorientowanie się jest wskazane – zgodziła się z Brenną. – Jak dasz nam znać, że to dobry trop? Mam nadzieję, że nie wpadniesz na nich sama, a jedno z nas będzie musiało dobiec… – mruknęła, bo to nie tylko mogło, ale na pewno było niebezpieczne, tym bardziej ze gdzieś tu prawdopodobnie był czarnoksiężnik. – Jak się dzielimy? – zapytała. – Mam taką propozycję, że powinnam pójść do środka. Jako tako znam się na magicznych stworzeniach – znaczy nie była ekspertem, ale miała wiedzę dotycząca fauny i flory.