13.01.2026, 22:28 ✶
Przymknąłem oczy na moment, nie dlatego, że byłem śpiący, ale dlatego, że chciałem zatrzymać tę chwilę dokładnie taką, jaka była - ten moment, kiedy nic nie trzeba było wyjaśniać, kiedy nie byliśmy na zleceniu, nie podejmowałem się żadnej misji, nie było pościgów, zaklęć, chaosu, tylko ona, ja i australijskie słońce. Mogłem być tym leniwym facetem, który leżał na plaży, miał piasek wszędzie, nawet w miejscach, gdzie piasek nie powinien się znaleźć, i który - miał to w dupie - nie czuł się tak, jakby powinien myśleć o pracy, a nie o tym, że ta dziewczyna na nim pachniała słońcem, solą, kremem do opalania i truskawkami.
Rozciągnąłem się lekko pod nią, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie, że leżała na mnie w samym środku przepięknego, jasnego dnia, słońce waliło z góry bezlitośnie. Miałem na klatce piersiowej jej łokieć i połowę ciężaru drobnego ciała, lekko podwinięty ręcznik wbijał mi się w plecy, ale nawet przez chwilę nie przyszło mi do głowy, żeby ją poprosić, by się odsunęła - leżałem nieruchomo, bo było mi zwyczajnie dobrze, i nawet jeśli mój rozum podpowiadał, że ta pozycja jest idiotyczna, to ciało miało własne zdanie. Słońce grzało mnie w klatkę piersiową, a ten dotyk, jaki dzieliliśmy, był dziwnie… Kojący. Nie odsunąłem ręki, dalej rysując opuszkami palców wzorki i szlaczki, łącząc punkty na plecach kobiety, zachowując się tak, jakby to był nasz miesiąc miodowy, wakacje, nie czas pomiędzy jedną pracą a drugą - to było to coś, co robiłem odruchowo, bez kalkulacji, jakbyśmy mieli między sobą niepisaną zgodę na pewien rodzaj bliskości, który był jednocześnie niewinny i absolutnie niebezpieczny, bo naprawdę łatwo się było uzależnić od tej obecności.
- Zauważ, że to brzmi jak groźba, a nie deklaracja wsparcia. - Mruknąłem, jeszcze bardziej zmrużywszy oczy, bo Prue trochę się przesunęła i teraz słońce świeciło mi prosto w twarz - poruszyłem głową, żeby lepiej ją widzieć, nawet jeśli jeszcze chwilę wcześniej pomyślałem, że powinienem odwrócić wzrok, bo to był dokładnie ten moment, w którym mózg zaczynał produkować głupie myśli, na moje szczęście - byłem mistrzem w ignorowaniu sygnałów ostrzegawczych, więc nie poczułem się nagle skrępowany. - „Dopóki będę blisko, nie masz szans umrzeć” brzmi jak coś, co mówi się w koszmarach. - Nie dodałem, że zdecydowanie wolałbym wersję brzmiącą bardziej jak „dopóki śmierć nas nie rozłączy i jeszcze dłużej, bo nie wywiniesz mi się tak łatwo”, to nie był taki moment, nawet jeśli ten rodzaj groźby byłby znacznie lepszy.
Przez moment patrzyłem na nią w ciszy, słuchając szumu wiatru i dalekich głosów gdzieś z plaży. Było coś absurdalnego w tym, że leżeliśmy tak spokojnie, jakby świat nie miał żadnych problemów, które musieliśmy rozwiązać w ramach tego „przyzwyczajania się do gorąca”, o którym wspomniała, na co z początku tylko parsknąłem pod nosem - mój organizm funkcjonował lepiej, kiedy nie musiał walczyć z zimnem, wilgocią i wiecznym półmrokiem, przecież doskonale to wiedziała, wystarczyło tylko na mnie spojrzeć.
- Poza tym, do tego drugiego wcale nie muszę się przyzwyczajać, jestem ciepłolubny. Jeśli jeszcze tego nie zauważyłaś, to znaczy, że nie zwracasz na mnie wystarczającej uwagi. - Westchnąłem teatralnie, rozciągając się odrobinę pod nią. - Serio, w tym momencie nie byłbym w stanie zamieszkać znowu w Wielkiej Brytanii ani nigdzie, gdzie nie ma słońca. - Dodałem cicho, nie pierwszy raz będąc z nią szczerym, gdy chodziło o to, co ona nazywała „domem”, a co dla mnie było miejscem, do którego nie mógłbym wrócić, nawet jeśli fizycznie byłoby to możliwe. - Daj mi rozgrzane powietrze i brak obowiązku noszenia czegokolwiek więcej niż absolutne minimum, a jestem w siódmym niebie.
Uśmiechnąłem się pod nosem, widząc ten jej naburmuszony wyraz twarzy, i nie mogłem się powstrzymać - nos Prue był zmarszczony, jakby naprawdę poczuła się urażona, ale znałem ją za dobrze, żeby się na to nabrać.
- Nie mówiłem, że jesteś straszna-straszna. - Poprawiłem się od razu, tonem, który zdradzał, że właśnie zamierzałem ją podpuścić jeszcze bardziej. - To nie jest wada. To… Cecha charakterystyczna. Jak u egzotycznych zwierząt. Człowiek niby wie, że są piękne, ale i tak się zastanawia, czy nie ugryzą. - Przechyliłem głowę, przyglądając się jej uważnie, jakbym właśnie analizował ją pod tym kątem. - Poza tym, jakbyś naprawdę nie była choć trochę straszna, to nie byłabyś sobą. - Dorzuciłem. - A wtedy dopiero bym się martwił. Mam słabość do rzeczy, które nie są miarodajne, przewidywalne ani bezpieczne, dlatego tak dobrze się dogadujemy. - Uśmiechnąłem się krzywo, przeciągając palcami po jej skórze, jakby od niechcenia, miała zapach kremu z filtrem i soli, truskawek i czegoś jeszcze, czego nie potrafiłem nazwać, ale zawsze kojarzyłem z nią. Nie dotykałem jej w sposób nachalny, raczej znajomo, jak ktoś, kto znał mapę drugiego ciała lepiej, niż powinien - ona robiła to samo, chyba podświadomie, bez udziału uwagi, ani intencji - jej łokieć wbijał mi się w klatkę piersiową dokładnie w tym punkcie, gdzie serce zawsze biło szybciej, kiedy była obok. Znałem ten układ, tysiące razy już tak leżeliśmy - na podłogach, kanapach, w namiotach, na jakichś przypadkowych kocach rozłożonych gdzieś w połowie niczego. Zawsze było to samo poczucie, że granice są… Umowne, elastyczne, dostosowane do nas. Od lat robiłem z tego coś zwyczajnego, bo łatwiej było udawać, że to proste, niż przyznać, że za każdym razem mój organizm reagował trochę zbyt intensywnie. Teraz też zamknąłem oczy na ułamek sekundy, jakby to mogło pomóc mi się skupić na czymkolwiek innym, niż na cieple w podbrzuszu i tętnie, które przyspieszało, chociaż nie powinno.
Była blisko, za blisko jak na definicję „tylko przyjaciele”, ale my od dawna nie mieściliśmy się w takich szufladkach, a jednak właśnie tu, w Australii, pomiędzy jednym zleceniem a drugim, pomiędzy słońcem a solą na skórze, wszystko wydawało się dziwnie prostsze - jej cień padał mi na twarz, przynosząc trochę ulgi od światła, więc uśmiechnąłem się krzywo, mrugając do niej.
- I nie, nie zgniótłbym cię jak komara. - Obdarzyłem ją prychnięciem, jakby właśnie powiedziała największą możliwą głupotę, a nie coś, co teoretycznie było fizycznie możliwe. - Po pierwsze dlatego, że bym nie chciał stracić przyjaciółki. Po drugie dlatego, że pewnie byś mnie ugryzła. Po trzecie, jesteś tu jednym z dwóch uzdrowicieli, a tamten drugi prawie na pewno jest ćpunem. Tylko ty masz moje zaufanie w tych sprawach. - Stwierdziłem to lekko, bardzo swobodnie, jak na to, co tak naprawdę czułem. „Przyjaźń” była dla mnie słowem bezpiecznym, które miało granice, definicję, miało reguły - to, co było między nami, nie bardzo chciało się w te ramy zmieścić, ale ja uparcie udawałem, że tak jest, to normalne, że ktoś tak na mnie leży i to nie jest początek ani środek czegoś, czego po prostu jeszcze nie nazwaliśmy „nami” - że to normalne, że wiem, jak pachnie jej skóra na słońcu, że to normalne, że znam każdą jej minę i potrafię odgadnąć, co powie, zanim to zrobi.
To było normalne, dla mnie, a jednocześnie… Nie, nie było. Nie byłem w stanie jej zaskoczyć, ona nie była w stanie zaskoczyć mnie, a jednak, za każdym razem, gdy byliśmy gdzieś wspólnie, coś się we mnie przestawiało, jakby ktoś zmieniał częstotliwość w radiu, a ja nagle słyszałem inną melodię niż zwykle. Tęskniłem za nią, gdy jej nie było, a jednocześnie próbowałem się do tego nie przyzwyczajać, bo przecież nie byliśmy w swoich życiach żadną „stałą”.
Przesunęła nogą, obsypując mnie piaskiem, na co jęknąłem dramatycznie, jakbym właśnie doznał wielkiej krzywdy - jednocześnie poruszyłem się minimalnie, wkładając równie dużo teatru w to, by zasymulować, że to był odruch, a nie decyzja, zmieniając punkt podparcia, żeby było mi „wygodniej”. W rzeczywistości chodziło o to, aby nie zdradzić, jak bardzo zareagowałem na to przypadkowe muśnięcie jej nogi, bo oczywiście, że zareagowałem - oczywiście, że moje ciało miało swoje zdanie na temat tej bliskości, więc, jak zwykle, robiłem wszystko, żeby udawać, że nie. W moim wnętrzu wszystko przesunęło się o kilka stopni w stronę „nie myśl o tym, nie rób z tego dramatu, oddychaj jak normalny człowiek”, więc to jasne, że zachowywałem się właśnie tak, jakby to było najbardziej naturalne ustawienie świata, a nie coś, co normalnie wymagałoby przynajmniej jednego „hej, może byśmy…”, zakończonego pocałunkami i ściąganiem z siebie resztek ubrań, jakby nie liczyło się nic, poza tym.
Parsknąłem cicho, słysząc to o wygodzie, i odruchowo przesunąłem dłonią po jej plecach, jakbym chciał sprawdzić, czy faktycznie leży jej się tak dobrze.
- Widzisz? - Mruknąłem z satysfakcją. - Mówiłem, że mam zastosowanie praktyczne. Dobrze słyszeć, że przynajmniej w tym przyznajesz mi rację. - Korzystając z okazji, jeszcze raz przeciągnąłem kciukiem po jej skórze, zupełnie bezmyślnie, to był gest, który powtarzałem setki razy. Słońce wydobywało jej piegi, te drobne, rozrzucone jak konstelacje, których normalnie nie było widać tak wyraźnie, lubiłem je liczyć, chociaż nigdy nie mówiłem tego głośno.
Parsknąłem znowu, słysząc jej kolejne słowa, i pokręciłem głową.
- Udawać, że cię nie znam? - Powtórzyłem. - Jeśli bardzo chcesz, mogę spróbować. Będę robił wielkie oczy, udawał zaskoczenie i mówił „och, naprawdę?”, aż wreszcie zdecydujesz, że to gorsze od prawdy. - Spojrzałem na nią z ukosa, z tym charakterystycznym, drażniącym uśmiechem. Czasami czułem, że znałem ją lepiej, niż powinienem, jakbyśmy ominęli kilka etapów i wylądowali w miejscu, gdzie ludzie zwykle są dopiero po latach, a potem… Potem się zatrzymaliśmy, może dlatego, że byliśmy w tym za dobrzy, w krążeniu, balansowaniu na granicy, której nigdy oficjalnie nie przekraczaliśmy. Od tamtej zimy - momentu, kiedy wszystko miało się skończyć, a zamiast tego zaczęło się coś, czego nikt z nas nie potrafił nazwać - pracowaliśmy razem, wpadaliśmy na siebie, znikaliśmy, wracaliśmy, prowadziliśmy rozmowy, tworzyliśmy plany… Na początku brzmiały głupio, ale bardziej odważnie, jakbyśmy rzeczywiście rozważali postawienie wszystkiego na jedną kartę, ale zawsze było coś ważniejszego - zlecenie, kryzys, katastrofa, wymówka - piętrzyły się tak bardzo, że z czasem te dialogi zaczęły przypominać konkurs na to, kto wciśnie więcej hipotetycznych absurdów w jedno, jak najbardziej zagmatwane zdanie. Potem chyba przestaliśmy liczyć punkty w tej grze, tak naprawdę przywykając do tego stanu.
- „Nie miałam wyjścia” to twoje ulubione zdanie, zdecydowanie. - Rzuciłem spokojnie, przeciągając samogłoski. Zawsze miała talent do nadawania swoim decyzjom tej cienkiej warstwy „logicznej konieczności”, jakby los, w który tak bardzo wierzyła, prawa fizyki i zdrowy rozsądek sprzysięgały się, żeby dać jej rację. - To jest w tobie jednocześnie najbardziej irytujące i najbardziej… Przekonujące. - Nie powiedziałem „pociągające”, chociaż chciałem, nagle jakoś przestało mi pasować do kontekstu naszej rozmowy. - Anektujesz. Z pełnym przekonaniem, że i tak ci się należało. - Dodałem, jakby to była tylko luźna uwaga, ale uśmiech miałem zbyt świadomy, żeby naprawdę była neutralna.
W pewnym momencie rzuciłem okiem w bok, na resztę naszej tymczasowej, australijskiej ekipy, nie robiąc tego w żadnym konkretnym celu, bo dziś mieliśmy dzień wolny, przeznaczony w zupełności tak, jak chcieliśmy go sobie spędzić, więc nie przykładałem zbyt wiele uwagi do tego, kto gdzie się szwendał - przynajmniej do momentu, gdy nie zawędrowałem wzrokiem zbyt daleko i nie zobaczyłem zobaczyłem go, tego jednego, zawsze był jakiś jeden. Ten też patrzył w naszym kierunku trochę za długo, z tym uśmiechem, który miał udawać luz, ale był aż nadto czytelny, i z tą miną, która mówiła „widzę cię i chcę spróbować”. Poczułem coś nieprzyjemnego w żołądku, szybkiego, irracjonalnego. Wspólne zlecenie, dziwne okoliczności, za dużo czasu razem, za mało granic - kiedyś powiedziałem, że to się źle skończy, potem przestałem to mówić na głos, ale to nie znaczyło, że o tym nie myślałem.
Uśmiechnąłem się jeszcze szerzej, w kontraście do swoich odczuć, bardziej demonstracyjnie, i przesunąłem dłoń po boku Prue tak, jakby to było najnormalniejsze na świecie, strzepując trochę piasku z jej skóry.
- Swoją drogą - rzuciłem niby mimochodem, wracając do niej wzrokiem, tonem kompletnie niewinnym, jak na coś, co wierciło mi dziurę w brzuchu - skoro już mówimy o „sięganiu”, zauważyłaś, że nasz nowy kolega z ekipy wyjątkowo często znajduje pretekst, żeby być w twoim zasięgu? To musi być niesamowite, jak bardzo przypadek go kocha. - Zerknąłem na nią spod rzęs, z cieniem uśmiechu, który już nie sięgał oczu, po czym spojrzałem w bok, na ocean, który wyglądał jak pocztówka, był idealnie nieprawdziwy - tak niebieski, że aż nienaturalny - na chwilę zamilkłem, słuchając fal. Mewy krzyczały gdzieś w oddali, ktoś grał na gitarze przy wejściu na plażę, wszystko było zbyt spokojne jak na nasze standardy.
Rozciągnąłem się lekko pod nią, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie, że leżała na mnie w samym środku przepięknego, jasnego dnia, słońce waliło z góry bezlitośnie. Miałem na klatce piersiowej jej łokieć i połowę ciężaru drobnego ciała, lekko podwinięty ręcznik wbijał mi się w plecy, ale nawet przez chwilę nie przyszło mi do głowy, żeby ją poprosić, by się odsunęła - leżałem nieruchomo, bo było mi zwyczajnie dobrze, i nawet jeśli mój rozum podpowiadał, że ta pozycja jest idiotyczna, to ciało miało własne zdanie. Słońce grzało mnie w klatkę piersiową, a ten dotyk, jaki dzieliliśmy, był dziwnie… Kojący. Nie odsunąłem ręki, dalej rysując opuszkami palców wzorki i szlaczki, łącząc punkty na plecach kobiety, zachowując się tak, jakby to był nasz miesiąc miodowy, wakacje, nie czas pomiędzy jedną pracą a drugą - to było to coś, co robiłem odruchowo, bez kalkulacji, jakbyśmy mieli między sobą niepisaną zgodę na pewien rodzaj bliskości, który był jednocześnie niewinny i absolutnie niebezpieczny, bo naprawdę łatwo się było uzależnić od tej obecności.
- Zauważ, że to brzmi jak groźba, a nie deklaracja wsparcia. - Mruknąłem, jeszcze bardziej zmrużywszy oczy, bo Prue trochę się przesunęła i teraz słońce świeciło mi prosto w twarz - poruszyłem głową, żeby lepiej ją widzieć, nawet jeśli jeszcze chwilę wcześniej pomyślałem, że powinienem odwrócić wzrok, bo to był dokładnie ten moment, w którym mózg zaczynał produkować głupie myśli, na moje szczęście - byłem mistrzem w ignorowaniu sygnałów ostrzegawczych, więc nie poczułem się nagle skrępowany. - „Dopóki będę blisko, nie masz szans umrzeć” brzmi jak coś, co mówi się w koszmarach. - Nie dodałem, że zdecydowanie wolałbym wersję brzmiącą bardziej jak „dopóki śmierć nas nie rozłączy i jeszcze dłużej, bo nie wywiniesz mi się tak łatwo”, to nie był taki moment, nawet jeśli ten rodzaj groźby byłby znacznie lepszy.
Przez moment patrzyłem na nią w ciszy, słuchając szumu wiatru i dalekich głosów gdzieś z plaży. Było coś absurdalnego w tym, że leżeliśmy tak spokojnie, jakby świat nie miał żadnych problemów, które musieliśmy rozwiązać w ramach tego „przyzwyczajania się do gorąca”, o którym wspomniała, na co z początku tylko parsknąłem pod nosem - mój organizm funkcjonował lepiej, kiedy nie musiał walczyć z zimnem, wilgocią i wiecznym półmrokiem, przecież doskonale to wiedziała, wystarczyło tylko na mnie spojrzeć.
- Poza tym, do tego drugiego wcale nie muszę się przyzwyczajać, jestem ciepłolubny. Jeśli jeszcze tego nie zauważyłaś, to znaczy, że nie zwracasz na mnie wystarczającej uwagi. - Westchnąłem teatralnie, rozciągając się odrobinę pod nią. - Serio, w tym momencie nie byłbym w stanie zamieszkać znowu w Wielkiej Brytanii ani nigdzie, gdzie nie ma słońca. - Dodałem cicho, nie pierwszy raz będąc z nią szczerym, gdy chodziło o to, co ona nazywała „domem”, a co dla mnie było miejscem, do którego nie mógłbym wrócić, nawet jeśli fizycznie byłoby to możliwe. - Daj mi rozgrzane powietrze i brak obowiązku noszenia czegokolwiek więcej niż absolutne minimum, a jestem w siódmym niebie.
Uśmiechnąłem się pod nosem, widząc ten jej naburmuszony wyraz twarzy, i nie mogłem się powstrzymać - nos Prue był zmarszczony, jakby naprawdę poczuła się urażona, ale znałem ją za dobrze, żeby się na to nabrać.
- Nie mówiłem, że jesteś straszna-straszna. - Poprawiłem się od razu, tonem, który zdradzał, że właśnie zamierzałem ją podpuścić jeszcze bardziej. - To nie jest wada. To… Cecha charakterystyczna. Jak u egzotycznych zwierząt. Człowiek niby wie, że są piękne, ale i tak się zastanawia, czy nie ugryzą. - Przechyliłem głowę, przyglądając się jej uważnie, jakbym właśnie analizował ją pod tym kątem. - Poza tym, jakbyś naprawdę nie była choć trochę straszna, to nie byłabyś sobą. - Dorzuciłem. - A wtedy dopiero bym się martwił. Mam słabość do rzeczy, które nie są miarodajne, przewidywalne ani bezpieczne, dlatego tak dobrze się dogadujemy. - Uśmiechnąłem się krzywo, przeciągając palcami po jej skórze, jakby od niechcenia, miała zapach kremu z filtrem i soli, truskawek i czegoś jeszcze, czego nie potrafiłem nazwać, ale zawsze kojarzyłem z nią. Nie dotykałem jej w sposób nachalny, raczej znajomo, jak ktoś, kto znał mapę drugiego ciała lepiej, niż powinien - ona robiła to samo, chyba podświadomie, bez udziału uwagi, ani intencji - jej łokieć wbijał mi się w klatkę piersiową dokładnie w tym punkcie, gdzie serce zawsze biło szybciej, kiedy była obok. Znałem ten układ, tysiące razy już tak leżeliśmy - na podłogach, kanapach, w namiotach, na jakichś przypadkowych kocach rozłożonych gdzieś w połowie niczego. Zawsze było to samo poczucie, że granice są… Umowne, elastyczne, dostosowane do nas. Od lat robiłem z tego coś zwyczajnego, bo łatwiej było udawać, że to proste, niż przyznać, że za każdym razem mój organizm reagował trochę zbyt intensywnie. Teraz też zamknąłem oczy na ułamek sekundy, jakby to mogło pomóc mi się skupić na czymkolwiek innym, niż na cieple w podbrzuszu i tętnie, które przyspieszało, chociaż nie powinno.
Była blisko, za blisko jak na definicję „tylko przyjaciele”, ale my od dawna nie mieściliśmy się w takich szufladkach, a jednak właśnie tu, w Australii, pomiędzy jednym zleceniem a drugim, pomiędzy słońcem a solą na skórze, wszystko wydawało się dziwnie prostsze - jej cień padał mi na twarz, przynosząc trochę ulgi od światła, więc uśmiechnąłem się krzywo, mrugając do niej.
- I nie, nie zgniótłbym cię jak komara. - Obdarzyłem ją prychnięciem, jakby właśnie powiedziała największą możliwą głupotę, a nie coś, co teoretycznie było fizycznie możliwe. - Po pierwsze dlatego, że bym nie chciał stracić przyjaciółki. Po drugie dlatego, że pewnie byś mnie ugryzła. Po trzecie, jesteś tu jednym z dwóch uzdrowicieli, a tamten drugi prawie na pewno jest ćpunem. Tylko ty masz moje zaufanie w tych sprawach. - Stwierdziłem to lekko, bardzo swobodnie, jak na to, co tak naprawdę czułem. „Przyjaźń” była dla mnie słowem bezpiecznym, które miało granice, definicję, miało reguły - to, co było między nami, nie bardzo chciało się w te ramy zmieścić, ale ja uparcie udawałem, że tak jest, to normalne, że ktoś tak na mnie leży i to nie jest początek ani środek czegoś, czego po prostu jeszcze nie nazwaliśmy „nami” - że to normalne, że wiem, jak pachnie jej skóra na słońcu, że to normalne, że znam każdą jej minę i potrafię odgadnąć, co powie, zanim to zrobi.
To było normalne, dla mnie, a jednocześnie… Nie, nie było. Nie byłem w stanie jej zaskoczyć, ona nie była w stanie zaskoczyć mnie, a jednak, za każdym razem, gdy byliśmy gdzieś wspólnie, coś się we mnie przestawiało, jakby ktoś zmieniał częstotliwość w radiu, a ja nagle słyszałem inną melodię niż zwykle. Tęskniłem za nią, gdy jej nie było, a jednocześnie próbowałem się do tego nie przyzwyczajać, bo przecież nie byliśmy w swoich życiach żadną „stałą”.
Przesunęła nogą, obsypując mnie piaskiem, na co jęknąłem dramatycznie, jakbym właśnie doznał wielkiej krzywdy - jednocześnie poruszyłem się minimalnie, wkładając równie dużo teatru w to, by zasymulować, że to był odruch, a nie decyzja, zmieniając punkt podparcia, żeby było mi „wygodniej”. W rzeczywistości chodziło o to, aby nie zdradzić, jak bardzo zareagowałem na to przypadkowe muśnięcie jej nogi, bo oczywiście, że zareagowałem - oczywiście, że moje ciało miało swoje zdanie na temat tej bliskości, więc, jak zwykle, robiłem wszystko, żeby udawać, że nie. W moim wnętrzu wszystko przesunęło się o kilka stopni w stronę „nie myśl o tym, nie rób z tego dramatu, oddychaj jak normalny człowiek”, więc to jasne, że zachowywałem się właśnie tak, jakby to było najbardziej naturalne ustawienie świata, a nie coś, co normalnie wymagałoby przynajmniej jednego „hej, może byśmy…”, zakończonego pocałunkami i ściąganiem z siebie resztek ubrań, jakby nie liczyło się nic, poza tym.
Parsknąłem cicho, słysząc to o wygodzie, i odruchowo przesunąłem dłonią po jej plecach, jakbym chciał sprawdzić, czy faktycznie leży jej się tak dobrze.
- Widzisz? - Mruknąłem z satysfakcją. - Mówiłem, że mam zastosowanie praktyczne. Dobrze słyszeć, że przynajmniej w tym przyznajesz mi rację. - Korzystając z okazji, jeszcze raz przeciągnąłem kciukiem po jej skórze, zupełnie bezmyślnie, to był gest, który powtarzałem setki razy. Słońce wydobywało jej piegi, te drobne, rozrzucone jak konstelacje, których normalnie nie było widać tak wyraźnie, lubiłem je liczyć, chociaż nigdy nie mówiłem tego głośno.
Parsknąłem znowu, słysząc jej kolejne słowa, i pokręciłem głową.
- Udawać, że cię nie znam? - Powtórzyłem. - Jeśli bardzo chcesz, mogę spróbować. Będę robił wielkie oczy, udawał zaskoczenie i mówił „och, naprawdę?”, aż wreszcie zdecydujesz, że to gorsze od prawdy. - Spojrzałem na nią z ukosa, z tym charakterystycznym, drażniącym uśmiechem. Czasami czułem, że znałem ją lepiej, niż powinienem, jakbyśmy ominęli kilka etapów i wylądowali w miejscu, gdzie ludzie zwykle są dopiero po latach, a potem… Potem się zatrzymaliśmy, może dlatego, że byliśmy w tym za dobrzy, w krążeniu, balansowaniu na granicy, której nigdy oficjalnie nie przekraczaliśmy. Od tamtej zimy - momentu, kiedy wszystko miało się skończyć, a zamiast tego zaczęło się coś, czego nikt z nas nie potrafił nazwać - pracowaliśmy razem, wpadaliśmy na siebie, znikaliśmy, wracaliśmy, prowadziliśmy rozmowy, tworzyliśmy plany… Na początku brzmiały głupio, ale bardziej odważnie, jakbyśmy rzeczywiście rozważali postawienie wszystkiego na jedną kartę, ale zawsze było coś ważniejszego - zlecenie, kryzys, katastrofa, wymówka - piętrzyły się tak bardzo, że z czasem te dialogi zaczęły przypominać konkurs na to, kto wciśnie więcej hipotetycznych absurdów w jedno, jak najbardziej zagmatwane zdanie. Potem chyba przestaliśmy liczyć punkty w tej grze, tak naprawdę przywykając do tego stanu.
- „Nie miałam wyjścia” to twoje ulubione zdanie, zdecydowanie. - Rzuciłem spokojnie, przeciągając samogłoski. Zawsze miała talent do nadawania swoim decyzjom tej cienkiej warstwy „logicznej konieczności”, jakby los, w który tak bardzo wierzyła, prawa fizyki i zdrowy rozsądek sprzysięgały się, żeby dać jej rację. - To jest w tobie jednocześnie najbardziej irytujące i najbardziej… Przekonujące. - Nie powiedziałem „pociągające”, chociaż chciałem, nagle jakoś przestało mi pasować do kontekstu naszej rozmowy. - Anektujesz. Z pełnym przekonaniem, że i tak ci się należało. - Dodałem, jakby to była tylko luźna uwaga, ale uśmiech miałem zbyt świadomy, żeby naprawdę była neutralna.
W pewnym momencie rzuciłem okiem w bok, na resztę naszej tymczasowej, australijskiej ekipy, nie robiąc tego w żadnym konkretnym celu, bo dziś mieliśmy dzień wolny, przeznaczony w zupełności tak, jak chcieliśmy go sobie spędzić, więc nie przykładałem zbyt wiele uwagi do tego, kto gdzie się szwendał - przynajmniej do momentu, gdy nie zawędrowałem wzrokiem zbyt daleko i nie zobaczyłem zobaczyłem go, tego jednego, zawsze był jakiś jeden. Ten też patrzył w naszym kierunku trochę za długo, z tym uśmiechem, który miał udawać luz, ale był aż nadto czytelny, i z tą miną, która mówiła „widzę cię i chcę spróbować”. Poczułem coś nieprzyjemnego w żołądku, szybkiego, irracjonalnego. Wspólne zlecenie, dziwne okoliczności, za dużo czasu razem, za mało granic - kiedyś powiedziałem, że to się źle skończy, potem przestałem to mówić na głos, ale to nie znaczyło, że o tym nie myślałem.
Uśmiechnąłem się jeszcze szerzej, w kontraście do swoich odczuć, bardziej demonstracyjnie, i przesunąłem dłoń po boku Prue tak, jakby to było najnormalniejsze na świecie, strzepując trochę piasku z jej skóry.
- Swoją drogą - rzuciłem niby mimochodem, wracając do niej wzrokiem, tonem kompletnie niewinnym, jak na coś, co wierciło mi dziurę w brzuchu - skoro już mówimy o „sięganiu”, zauważyłaś, że nasz nowy kolega z ekipy wyjątkowo często znajduje pretekst, żeby być w twoim zasięgu? To musi być niesamowite, jak bardzo przypadek go kocha. - Zerknąłem na nią spod rzęs, z cieniem uśmiechu, który już nie sięgał oczu, po czym spojrzałem w bok, na ocean, który wyglądał jak pocztówka, był idealnie nieprawdziwy - tak niebieski, że aż nienaturalny - na chwilę zamilkłem, słuchając fal. Mewy krzyczały gdzieś w oddali, ktoś grał na gitarze przy wejściu na plażę, wszystko było zbyt spokojne jak na nasze standardy.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)