14.01.2026, 16:00 ✶
Wciągnąłem powietrze nosem, trochę za głośno, nabierając powietrza i wypuszczając je parokrotnie, jak ktoś, kto chciał coś powiedzieć od dawna i nagle miał na to przestrzeń, ale dalej nie wiedział, od czego powinien zacząć. A przecież już to zrobiłem, zacząłem, otworzyłem więc ponownie usta, ale przez chwilę nic z nich nie wyszło - to było za dużo słów i pytań naraz, wszystkie sensowne, wypowiedziane w punkt, a ja miałem wrażenie, że ktoś właśnie wysypywał mi zawartość głowy na dywan i kazał to posortować alfabetycznie. To był burdel, pierdolnik, całe lata wyparcia i spychologii, i chociaż to powinno paść w naszej sytuacji, zwłaszcza po tym, co wydarzyło się raptem przed paroma godzinami, wcale nie tak łatwo było to ubrać w słowa.
- Dobla, stop. - Mruknąłem w końcu, kręcąc głową. - Nie „nie pytaj”, tylko… - Zawiesiłem głos, bo zgubiłem wątek, więc prychnąłem pod nosem, bardziej z frustracji niż z rozbawienia, i sięgnąłem po kieliszek, chociaż był już pusty. Obróciłem go w palcach, jakby to miało mi pomóc zebrać myśli. - To nie jest tak, sze my… - Urwałem, skrzywiłem się, przetarłem twarz dłonią i opuściłem ją ciężko na kolano, jednocześnie odstawiając szkło z powrotem na dywan, chociaż krzywo. Czułem obecność cholernie bliskiej mi osoby, której w żadnym wypadku nie chciałem pochopnie ugodzić tym, co miałem w zanadrzu. Prue, moja żona, ż o n a, była tuż obok, praktycznie na wyciągnięcie ręki - to jednocześnie polepszało i tylko pogarszało sprawę, bo robiło się trudniej udawać twardego. Odruchowo miałem ochotę wstać i przejść się po pokoju, żeby nie musieć patrzeć na nią w tej chwili, to nie były przecież słowa, o których jakakolwiek osoba mogła marzyć, a wypadało, bym je w końcu z siebie wydusił. - Kulwa, nienawidzę tego tematu. - Wzruszyłem ramionami, bezradnie, słowa zawisły między nami, słyszałem je wyraźnie, mimo ciśnienia pulsującego mi w skroniach, podniosłem na nią wzrok na moment, potem znowu uciekłem nim w bok i w dół. Tchórzostwo - to było tchórzostwo, żenada, w niczym nie pomagająca.
- Cholela. - Mruknąłem pod nosem, bardziej do siebie niż do Prudence. - Daj mi sekundę. Albo dwie. Albo… - Urwałem i prychnąłem krótko, nawet na trzeźwo miewałem problem z odpowiadaniem po kolei, alkohol w tym wypadku niby robił swoje - nie pozwalał mi się całkiem zamknąć, ale też nie pomagał w znajdowaniu właściwych słów, wszystko się ze mnie wylewało, ale nie w tej kolejności, w jakiej powinno.
- Nie. - Powiedziałem nagle, zbyt szybko. - To znaczy… Nie. - Westchnąłem ciężko i potrząsnąłem głową, wszystko było rozjechane, pytania nachodziły na siebie, a ja nie miałem nawet porządnej kolejności, zero pojęcia, od czego powinienem zacząć, wiedziałem tylko, czego nie chcę zrobić - powiedzieć czegokolwiek, co zabrzmi jak żądanie, albo plan, albo ultimatum.
- Ja nawet nie wiem, czy… - Urwałem. - Dobla, inaczej. To nie jest tak, sze ja uwaszam, sze to zły moment. - Skrzywiłem się, minimalnie, to by było zbyt proste. Podniosłem wzrok, nie patrząc jej w oczy, raczej gdzieś obok.
- Nie jestem niezadowolony s tego, co się działo. - Zacząłem bez dramatyzmu, bardziej z irytacją na samego siebie - nalewka w moim organizmie krążyła już bez pytania, robiła swoje, plątała kolejność myśli. - Znaczy… S nami. S nami jest dobsze. Naplawdę. - Uniosłem rękę, jakbym chciał to podkreślić, po czym przejechałem tą samą dłonią po udzie, potem po dywanie, po czymś, co było pod ręką, jakbym szukał stabilnego punktu, jednocześnie nie sięgając po ten najbardziej racjonalny, który powinienem był złapać.
- Ja pieldolę… - Wymsknęło mi się cicho, bardziej do podłogi niż do niej. - Widzisz? Właśnie o tym mówię. - Nawet nie wiedziałem, od którego końca należało to rozpocząć. - Wiem, sze to bszmi jak coś, co się powinno powiedzieś wcześniej, tylko… - Wzruszyłem ramionami - nie było „wcześniej”, było życie, było wszystko inne - zacisnąłem palce na dywanie.
- Wiem, jak to bszmi. Jak coś, co się mówi, a potem „szycie welyfikuje”. - Machnąłem ręką. - Tylko, sze mnie jusz zwelyfikowało… - Urwałem na moment, bo sedno było dokładnie tam, gdzie nie chciałem grzebać. Milczałem chwilę, a potem wróciłem do ostatniego pytania, do tego, co naprawdę gryzło. - To, co się działo… - Zacząłem wolno. - To, o czym nie myślałem, a potem musiałem się s tym mieszyś. - Przełknąłem ślinę. Wojna, nazwiska, strony, deklaracje, dzisiaj jesteś „wystarczająco w porządku”, jutro ktoś uzna, że już nie. - To nie zaczęło się dziś. Ani u twojego ojca, ani wczolaj, ani nawet w ostatnich tygodniach. - Przesunąłem językiem po zębach. - Nie chcę, szebyś miała wlaszenie, sze musisz się do tego ustosunkowaś tu i telas, na podłodze, s kieliszkiem w lęku. - Prychnąłem. - To byłoby chamskie nawet jak na mnie. Po plostu… Nie chcę udawaś, sze to temat „na później”, skolo dla mnie on jusz jest… Dosyś mocno… Zamknięty. - Potarłem dłonią twarz, potem kark, jakbym próbował zetrzeć z siebie napięcie. - Nie chcę, szebyś myślała, sze coś stawiam na ostszu nosza, albo sze plóbuję ci coś odeblaś, zanim to w ogóle zdąszyło się pojawiś. - Pokręciłem głową, spojrzałem w bok, na drzwi tarasowe, na szybę, w której wcześniej widziałem nasze odbicie - teraz widziałem tam głównie siebie, wszystko inne było lekko rozmazane - mimo to jej dłoń na moim kolanie była ciepła, spokojna, miałem ochotę ją zdjąć i jednocześnie przytrzymać, żeby nie zniknęła.
- To nie jest tak, sze ja siedzę i myślę „nie, nigdy, absolutnie”. - Powiedziałem, akcentując słowa, chociaż nierówno. - To nie jest manifest. To jest laczej… - Urwałem, parsknąłem krótko, bez rozbawienia. - Kulwa, to jest laczej lista powodów, pszez któle człowiek nie powinien w ogóle tego… - Zrobiłem pauzę, za długą, ale alkohol nie pozwalał mi się już wycofać, a przynajmniej tak to sobie wmawiałem, byleby tylko kontynuować, tym razem przejść do sedna, zamiast obracać się wokół niego. Wciągnąłem gwałtownie powietrze, zanim zdążyłem się rozmyślić, bo jakbym dał sobie jeszcze sekundę, to bym znowu uciekł w gadanie dookoła.
- Dobla, do cholely. - Rzuciłem pospiesznie, prawie wchodząc sobie w słowo. - Oszeniłem się, bo wpadliśmy. - Wyrzuciłem z siebie. - Oświadczyłem się, bo byłem pod ścianą. Nie dlatego, sze chciałem się szeniś. - Słowa poleciały jedno po drugim, zbyt szybko, bez żadnej osłony, zgodnie z całą paskudnie przyziemną prawdą - to nie było romantyczne, ani przemyślane, to była reakcja, panika, próba ogarnięcia sytuacji, która mnie wtedy przerosła. Pokręciłem głową, alkohol sprawiał, że słowa wypadały ze mnie zbyt ostro, zbyt prosto.
- Nie chciałem wtedy małszeństwa, chciałem, szeby pszestało się waliś, i wmówiłem sobie, sze to to samo. - Zamilkłem, czekając, z poczuciem, że właśnie przewróciłem coś, czego nie da się już postawić z powrotem tak samo.
- Dobla, stop. - Mruknąłem w końcu, kręcąc głową. - Nie „nie pytaj”, tylko… - Zawiesiłem głos, bo zgubiłem wątek, więc prychnąłem pod nosem, bardziej z frustracji niż z rozbawienia, i sięgnąłem po kieliszek, chociaż był już pusty. Obróciłem go w palcach, jakby to miało mi pomóc zebrać myśli. - To nie jest tak, sze my… - Urwałem, skrzywiłem się, przetarłem twarz dłonią i opuściłem ją ciężko na kolano, jednocześnie odstawiając szkło z powrotem na dywan, chociaż krzywo. Czułem obecność cholernie bliskiej mi osoby, której w żadnym wypadku nie chciałem pochopnie ugodzić tym, co miałem w zanadrzu. Prue, moja żona, ż o n a, była tuż obok, praktycznie na wyciągnięcie ręki - to jednocześnie polepszało i tylko pogarszało sprawę, bo robiło się trudniej udawać twardego. Odruchowo miałem ochotę wstać i przejść się po pokoju, żeby nie musieć patrzeć na nią w tej chwili, to nie były przecież słowa, o których jakakolwiek osoba mogła marzyć, a wypadało, bym je w końcu z siebie wydusił. - Kulwa, nienawidzę tego tematu. - Wzruszyłem ramionami, bezradnie, słowa zawisły między nami, słyszałem je wyraźnie, mimo ciśnienia pulsującego mi w skroniach, podniosłem na nią wzrok na moment, potem znowu uciekłem nim w bok i w dół. Tchórzostwo - to było tchórzostwo, żenada, w niczym nie pomagająca.
- Cholela. - Mruknąłem pod nosem, bardziej do siebie niż do Prudence. - Daj mi sekundę. Albo dwie. Albo… - Urwałem i prychnąłem krótko, nawet na trzeźwo miewałem problem z odpowiadaniem po kolei, alkohol w tym wypadku niby robił swoje - nie pozwalał mi się całkiem zamknąć, ale też nie pomagał w znajdowaniu właściwych słów, wszystko się ze mnie wylewało, ale nie w tej kolejności, w jakiej powinno.
- Nie. - Powiedziałem nagle, zbyt szybko. - To znaczy… Nie. - Westchnąłem ciężko i potrząsnąłem głową, wszystko było rozjechane, pytania nachodziły na siebie, a ja nie miałem nawet porządnej kolejności, zero pojęcia, od czego powinienem zacząć, wiedziałem tylko, czego nie chcę zrobić - powiedzieć czegokolwiek, co zabrzmi jak żądanie, albo plan, albo ultimatum.
- Ja nawet nie wiem, czy… - Urwałem. - Dobla, inaczej. To nie jest tak, sze ja uwaszam, sze to zły moment. - Skrzywiłem się, minimalnie, to by było zbyt proste. Podniosłem wzrok, nie patrząc jej w oczy, raczej gdzieś obok.
- Nie jestem niezadowolony s tego, co się działo. - Zacząłem bez dramatyzmu, bardziej z irytacją na samego siebie - nalewka w moim organizmie krążyła już bez pytania, robiła swoje, plątała kolejność myśli. - Znaczy… S nami. S nami jest dobsze. Naplawdę. - Uniosłem rękę, jakbym chciał to podkreślić, po czym przejechałem tą samą dłonią po udzie, potem po dywanie, po czymś, co było pod ręką, jakbym szukał stabilnego punktu, jednocześnie nie sięgając po ten najbardziej racjonalny, który powinienem był złapać.
- Ja pieldolę… - Wymsknęło mi się cicho, bardziej do podłogi niż do niej. - Widzisz? Właśnie o tym mówię. - Nawet nie wiedziałem, od którego końca należało to rozpocząć. - Wiem, sze to bszmi jak coś, co się powinno powiedzieś wcześniej, tylko… - Wzruszyłem ramionami - nie było „wcześniej”, było życie, było wszystko inne - zacisnąłem palce na dywanie.
- Wiem, jak to bszmi. Jak coś, co się mówi, a potem „szycie welyfikuje”. - Machnąłem ręką. - Tylko, sze mnie jusz zwelyfikowało… - Urwałem na moment, bo sedno było dokładnie tam, gdzie nie chciałem grzebać. Milczałem chwilę, a potem wróciłem do ostatniego pytania, do tego, co naprawdę gryzło. - To, co się działo… - Zacząłem wolno. - To, o czym nie myślałem, a potem musiałem się s tym mieszyś. - Przełknąłem ślinę. Wojna, nazwiska, strony, deklaracje, dzisiaj jesteś „wystarczająco w porządku”, jutro ktoś uzna, że już nie. - To nie zaczęło się dziś. Ani u twojego ojca, ani wczolaj, ani nawet w ostatnich tygodniach. - Przesunąłem językiem po zębach. - Nie chcę, szebyś miała wlaszenie, sze musisz się do tego ustosunkowaś tu i telas, na podłodze, s kieliszkiem w lęku. - Prychnąłem. - To byłoby chamskie nawet jak na mnie. Po plostu… Nie chcę udawaś, sze to temat „na później”, skolo dla mnie on jusz jest… Dosyś mocno… Zamknięty. - Potarłem dłonią twarz, potem kark, jakbym próbował zetrzeć z siebie napięcie. - Nie chcę, szebyś myślała, sze coś stawiam na ostszu nosza, albo sze plóbuję ci coś odeblaś, zanim to w ogóle zdąszyło się pojawiś. - Pokręciłem głową, spojrzałem w bok, na drzwi tarasowe, na szybę, w której wcześniej widziałem nasze odbicie - teraz widziałem tam głównie siebie, wszystko inne było lekko rozmazane - mimo to jej dłoń na moim kolanie była ciepła, spokojna, miałem ochotę ją zdjąć i jednocześnie przytrzymać, żeby nie zniknęła.
- To nie jest tak, sze ja siedzę i myślę „nie, nigdy, absolutnie”. - Powiedziałem, akcentując słowa, chociaż nierówno. - To nie jest manifest. To jest laczej… - Urwałem, parsknąłem krótko, bez rozbawienia. - Kulwa, to jest laczej lista powodów, pszez któle człowiek nie powinien w ogóle tego… - Zrobiłem pauzę, za długą, ale alkohol nie pozwalał mi się już wycofać, a przynajmniej tak to sobie wmawiałem, byleby tylko kontynuować, tym razem przejść do sedna, zamiast obracać się wokół niego. Wciągnąłem gwałtownie powietrze, zanim zdążyłem się rozmyślić, bo jakbym dał sobie jeszcze sekundę, to bym znowu uciekł w gadanie dookoła.
- Dobla, do cholely. - Rzuciłem pospiesznie, prawie wchodząc sobie w słowo. - Oszeniłem się, bo wpadliśmy. - Wyrzuciłem z siebie. - Oświadczyłem się, bo byłem pod ścianą. Nie dlatego, sze chciałem się szeniś. - Słowa poleciały jedno po drugim, zbyt szybko, bez żadnej osłony, zgodnie z całą paskudnie przyziemną prawdą - to nie było romantyczne, ani przemyślane, to była reakcja, panika, próba ogarnięcia sytuacji, która mnie wtedy przerosła. Pokręciłem głową, alkohol sprawiał, że słowa wypadały ze mnie zbyt ostro, zbyt prosto.
- Nie chciałem wtedy małszeństwa, chciałem, szeby pszestało się waliś, i wmówiłem sobie, sze to to samo. - Zamilkłem, czekając, z poczuciem, że właśnie przewróciłem coś, czego nie da się już postawić z powrotem tak samo.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)