• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
1 2 3 4 5 … 16 Dalej »
[12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence

[12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#8
14.01.2026, 20:30  ✶  
Patrzyłem na nią z półuśmiechem, który był bardziej tarczą niż wyrazem czegokolwiek miłego, i miałem wrażenie, że każde jej spojrzenie wbija się we mnie jak szpilka - dosłownie jak we wspomnianą żabę w formalinie - nie bolało bardziej niż otwarta rana na ręce, tylko drażniło. Problem w tym, że ja zawsze gorzej znosiłem drażnienie niż ból - ból dało się zignorować, drażnienie domagało się reakcji. Mimo to słuchałem odpowiedzi z tym samym znudzonym spokojem, którego używałem jak tarczy, chociaż gdyby ktoś zajrzał mi do głowy, zobaczyłby chaos - wszystko, czym zazwyczaj się zasłaniałem, tego dnia działało jak nie za dobrze naoliwiony mechanizm, nawet jeśli na zewnątrz byłem złożony z uprzejmych reakcji, ironii i lekko uniesionej brwi. W pierwszej chwili, kiedy przytaknęła moim słowom, że z pewnością ma całą masę zajęć, miałem ochotę odetchnąć z ulgą, a potem… Dodała, że mogą zaczekać, i zamiast oddechu, parsknąłem krótko, odruchowo, przez zęby, prawie bezgłośnie, nie ukrywając tego, co pomyślałem. Znałem ją na tyle, żeby wiedzieć, że to nie była decyzja z gatunku racjonalnych, to było wyzwanie, zawsze wszystko robiła z jakiegoś powodu, nawet jeśli twierdziła, że to przypadek.
Nie powiedziałem nic od razu, bo Ellie, chociaż nic nie mówiła, z pewnością słuchała każdego słowa, jakie ze sobą wymienialiśmy, a ja, wbrew pozorom, potrafiłem być kulturalny - nawet jeśli wszystko we mnie chciało już uciec w całkowitą defensywę. Byliśmy rywalami, formalnie, oficjalnie, z uporem godnym lepszej sprawy, za to nieoficjalnie… No, cóż, stała przede mną w swoim własnym domu i wkurzała mnie jak nikt inny, w sposób absolutnie nie na miejscu - to nie brało się z niczego, wynikało z tego, że atmosfera gęstniała, gdy spędzaliśmy ze sobą zbyt wiele czasu, a ja nie lubiłem, kiedy robiło się między nami tak… Intensywnie, to słowo zawsze brzmiało głupio, ale nie znajdowałem lepszego. Zawsze wtedy stawałem się nagle boleśnie świadomy tego, jak blisko jest - tego, że pamiętam, jak pachniały jej włosy, kiedy miała trzynaście lat i wbiegała na schody, śmiejąc się, bo znowu coś jej się udało, tego, że pamiętam jej rękę na mojej, kiedy uczyliśmy się razem zaklęć i oboje byliśmy zbyt uparci, żeby przyznać się do błędu. Tego, że przez dwa lata byliśmy nierozłączni, a potem przez kolejny rok udawaliśmy, że nie umiemy mówić, pisząc do siebie jak idioci, mijając się codziennie na korytarzach.
Uniosłem brew powoli, nadal nie przestając patrzeć na Prue, z tym przeciągłym spojrzeniem, które zawsze zapowiadało, że zaraz coś powiem, a ona nie będzie zadowolona.
- Wzruszające poświęcenie. - Mruknąłem, ale bez jadu, bardziej jakbym notował fakt. Wiedziałem, że to nie było „jasne”, znałem ten ton aż za dobrze, to było „przestań, bo mnie wkurzasz”. Pamiętałem, jak kiedyś czekała na mnie pod szatnią, tuż po przegranym meczu Quidditcha, bo wiedziała, że mam kiepski dzień, jak przynosiła mi jabłka, bo „cukier pomaga myśleć”, jak siedzieliśmy na schodach, i jak rysowała mi na dłoni gwiazdy - pamiętałem za dobrze - teraz stała i patrzyła na mnie, jakbym był czymś obrzydliwie frustrującym, może nawet niebezpiecznym, albo jakby się bała, że jeśli będziemy stać twarzą w twarz za długo, to zrobię coś głupiego. Więc tylko skinąłem głową, grzecznie, jak przystało na dobrze wychowanego panicza czystej krwi, chociaż w środku miałem ochotę wyjść z siebie i stanąć obok, tylko po to, by następnie dwa razy trzasnąć drzwiami.
Ellie wreszcie coś powiedziała, toteż kiwnąłem głową, udając, że jestem idealnym, uprzejmym młodzieńcem, który słucha starszych i nie ma nic do ukrycia. Prawda była taka, że byłem spięty jak struna, a ona miała to swoje spojrzenie, które mówiło „widzę więcej, niż myślisz”.
- Jasne. - Mruknąłem. Nie lubiłem takich spojrzeń, czułem się przy nich jak otwarta księga, a ja nie byłem fanem czytania mnie bez mojej zgody. - Proszę bardzo. Zweryfikujmy. - Brzmiało to grzeczniej, niż się czułem, bo ja nie lubiłem być „weryfikowany” - nienawidziłem, gdy ktoś zaglądał mi pod skórę, dosłownie i metaforycznie. To była jedna z tych rzeczy, których nauczyłem się dawno temu - ból to prywatna sprawa - a zarówno Ellie, jak i Prudence patrzyły, intensywnie, zbyt intensywnie, ta druga jeszcze przy okazji świdrowała wzrokiem moje ciało, jakby próbowała mnie rozłożyć na części i złożyć z powrotem według jakiejś swojej wersji instrukcji. Jasne, to mnie wkurzało, strasznie, a jednocześnie… No, cholera. Przez te dwa lata potrafiliśmy czytać się bez słów, wystarczyło jedno spojrzenie, jedno uniesienie brwi, jeden ruch dłoni, potem przez ten głupi rok próbowaliśmy udawać, że słowa pisane są bezpieczniejsze, papier uchroni nas przed tym, co niewygodne - nie ochronił - ale czy ta umiejętność tak naprawdę zdołała zniknąć, jak wywabiony kleks?
Spojrzałem na babcię Bletchley, mrugając jednokrotnie, gdy coś jeszcze przyszło mi do głowy, z tym samym uprzejmym półuśmiechem, którym zwykle rozbrajałem dorosłych - to był odruch - stary, wyuczony, skuteczny.
- Nie chcę sprawiać kłopotu. - Dodałem, trochę ciszej, ale wciąż wystarczająco wyraźnie. - Ale ona… - tu zawiesiłem głos na ułamek sekundy, zerkając na Prudence - ma masę zajęć. Sama mówiła. Może możemy to zrobić bez przynoszenia całej apteczki? - To było żałosne, wiedziałem o tym, ale było jedyne, co potrafiłem powiedzieć w tej chwili, by spróbować wpłynąć na to, żeby Prue jednak się wycofała, na nic więcej nie było mnie stać.
Nie zadziałało, nic dziwnego, że kiedy Prue wyszła po apteczkę, poczułem tylko częściową ulgę, chociaż jednocześnie szybko dołączyło do tego coś w rodzaju nagłej pustki, która natychmiast mnie wkurzyła - nie miała prawa pojawiać się tak znienacka, nie chciałem tak tego odczuwać, to było absurdalne. Skupiłem się więc na pani Bletchley, na jej spokojnym spojrzeniu, na tym, jak mrugnęła do mnie porozumiewawczo, jakbyśmy byli w jakimś tajnym sojuszu. Usiadłem ciężej, niż planowałem, bo ręka zaczynała pulsować, a ja zaczynałem mieć tego wszystkiego dość - tej troski, tej ciszy, tego napięcia, spojrzeń.
Prudence wróciła z apteczką jak z arsenałem, postawiła ją na stole z hukiem. Podniosłem na nią wzrok i przez chwilę nasze spojrzenia się spotkały, to była ta chwila - ta jedna, niebezpieczna, w której napięcie robi się gęste jak powietrze przed burzą, w której nie wiadomo, czy ktoś zaraz rzuci zaklęcie, czy po prostu trzaśnie drzwiami.
Jej rumieniec był… Irytująco widoczny, irytująco… Znajomo-nieznajomy, taki sam i inny, znałem go i nie znałem. Kiedyś znałem go aż za dobrze. Znałem ją na tyle dobrze, żeby wiedzieć, kiedy kłamie, przez chwilę poznaliśmy się lepiej, niż ktokolwiek inny miał do tego prawo, wiedzieliśmy, jak brzmią nasze kroki na schodach, jak wygląda nasze pismo, kiedy jesteśmy zmęczeni, i jakie mamy miny, kiedy coś nas naprawdę boli, ale nie chcemy się do tego przyznać. Teraz, oczywiście, byliśmy w tym miejscu, gdzie każde słowo było jak mała wojna. Jej ciche mruknięcie o niskich oczekiwaniach skwitowałem lekkim przechyleniem głowy, i prawie przewróciłem oczami.
- Och, wybacz. - Powiedziałem spokojnie, ale z tym ostrym akcentem w głosie, którego nie potrafiłem się pozbyć, a który w zupełności zastępował „następnym razem spróbuję nie zawieść cię aż tak spektakularnie”.
Zacząłem odwijać materiał powoli, celowo - każdy ruch był jak pretekst do tego, żeby nie patrzeć na nią, a jednocześnie mieć powód, by nie uciec. Materiał odkleił się od skóry z nieprzyjemnym uczuciem, krew była ciemniejsza, rana głębsza, niż chciałem przyznać, ale nie skrzywiłem się. Czułem jej wzrok - palący, skupiony, zbyt uważny, jakby mnie analizowała - próbowała zrozumieć coś, czego nie chciałem jej dać. Zawsze tak było, nawet wtedy, kiedy byliśmy przyjaciółmi - zawsze chciała wiedzieć więcej, zawsze zadawała pytania, nawet jeśli nie zadawała ich na głos.
- Nadal wyglądasz, jakbyś zaraz miała mnie przypiąć do tablicy korkowej i opisać. - Rzuciłem, nie odrywając wzroku od ręki. - Brakuje tylko notatek i tych małych flag. - To było fizyczne, jak dotyk bez dotyku, jakby przesuwała palcami po mojej skórze, chociaż stała kilka kroków dalej. Poprawiłem się nieco na kanapie, zmieniając pozycję - ból pulsował mi w przedramieniu, ale ignorowałem go z uporem, który graniczył z głupot, nie pierwszy raz.
- Wiem, pani Ellie. Nie zamierzam uciekać przez okno. - Powiedziałem uprzejmie, chociaż moje spojrzenie mimowolnie poleciało w stronę drzwi. Otworzyłem to, co mi podano, powąchałem, skrzywiłem się minimalnie. - Jeszcze. - Uściśliłem, po czym wypiłem zawartość jednym haustem. Smak był dokładnie taki, jak zapowiedziała - okropny, gorzki, lepki, jak zgniłe zioła i ziemia, z czymś metalicznym w tle - idealny, żeby odwrócić uwagę od tego, co naprawdę było trudne do przełknięcia. Odstawiłem pustą fiolkę i dopiero wtedy pozwoliłem sobie na kolejny minimalny grymas.
A potem Prudence powiedziała, żebym pokazał rękę. Nie od razu to zrobiłem, nie dlatego, że byłem uparty, tylko dlatego, że nagle wszystko w tym pokoju zrobiło się zbyt… Zbyt. Uniosłem wzrok powoli, z tą specyficzną, przeciągniętą pauzą, którą zwykle robiłem, kiedy coś we mnie zgrzytało, a jednocześnie nie chciałem tego pokazać. „Pokaż rękę”, dokładnie tak to sformułowała, jakby wydawała polecenie tresowanemu zwierzakowi, to było ironiczne, bo teraz… Teraz byliśmy jak dwa koty zamknięte w jednym pomieszczeniu, gotowe się podrapać, ale też dziwnie świadome, że drugie wciąż istnieje. Wyciągnąłem do niej rękę, ale zatrzymałem się w połowie ruchu, jakbym nagle przypomniał sobie, że to nie jest już ten sam gest co kiedyś, że nie oznacza tego samego, nie niesie tego samego ciężaru, i kiedy to zrobiłem, poczułem to cholerne napięcie. To nie było w mojej głowie, to było fizyczne, jakby powietrze zgęstniało. Zanim pozwoliłem jej się do mnie zbliżyć, odwróciłem głowę w stronę Ellie.
- Z całym szacunkiem - powiedziałem uprzejmie, choć w moim głosie było coś defensywnego - ale czy pani nie mogłaby tego opatrzyć? - Spojrzałem z powrotem na Prudence.  „Wydaje mi się, że ma pani więcej doświadczenia” byłoby tu słusznym wyborem argumentu, ale zamiast tego mój mózg zrobił salto i fikołek, wybierając coś, co nawet dla mnie było nieprzekonujące. - Ona ma… -  Zawahałem się ułamek sekundy, co było u mnie rzadkością. - Masz irytująco małe dłonie. To będzie trwało wieki. - Prawie przełknąłem ślinę - porażka, te słowa trąciły porażką, nawet nie musiałem czekać na odpowiedź. - Możemy to już zrobić? - Zapytałem, próbując odzyskać rezon, tym tonem, który zawsze brzmiał, jakby wszystko było mi obojętne.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Bard Beedle (2163), Benjy Fenwick (13414), Prudence Fenwick (8176)




Wiadomości w tym wątku
[12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Prudence Fenwick - 12.01.2026, 23:02
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Benjy Fenwick - 13.01.2026, 02:56
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Prudence Fenwick - 13.01.2026, 12:57
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Benjy Fenwick - 13.01.2026, 17:18
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Prudence Fenwick - 13.01.2026, 22:09
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Benjy Fenwick - 14.01.2026, 00:01
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Prudence Fenwick - 14.01.2026, 15:00
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Benjy Fenwick - 14.01.2026, 20:30
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Prudence Fenwick - 14.01.2026, 21:41
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Benjy Fenwick - 15.01.2026, 20:44
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Prudence Fenwick - 16.01.2026, 13:36
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Benjy Fenwick - 17.01.2026, 03:10
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Prudence Fenwick - 17.01.2026, 16:31
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Benjy Fenwick - 17.01.2026, 16:47
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Bard Beedle - 21.01.2026, 03:33
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Benjy Fenwick - 16.02.2026, 02:14

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa