– Nie nie, nie sprawdzaj – znaczy wiedziała, że Brenna tego nie zrobi, ale gdyby jednak… Victoria chciała po prostu wiedzieć, na co powinni uważać i co ominąć, żeby się nie władować w tę pułapkę przypadkiem. Z opisu brzmiała jak coś, co najpewniej reaguje na dotyk, ale bez linek podcinających nogi, to było już coś.
Kiwnęła głową, choć bała się co by było gdyby rzucili na Brennę zaklęcie wyciszające… Ale najpierw musieliby zdążyć. Być może Lestrange reagowała nieco paranoicznie, ale z tymi padalcami wszystko było możliwe. Tym bardziej, że sama nienajlepiej widziała w tej ciemności i nie potrafiła sobie wszystkiego jakoś dobrze oszacować. A na pewno nie na tyle, żeby ułożyć w głowie jakiś duży plan, a Victoria jednak była z tych poukładanych osób, pedantycznych, która wierzyła w kalendarz i lubiła mieć przynajmniej jakiś zarys planu oraz opcje awaryjne. Jasne, w tej pracy nie dało się tak do końca, było w końcu mnóstwo zmiennych, ale nie zmieniało to faktu, że gdy miała wybór, to wolała mieć jakieś twarde podwaliny planu. Ale to nie był ten dzień. Zdołała oszacować tylko tak mniej-więcej gdzie mogą się znajdować ludzie w tej ruinie, ale to tyle, choć lepsze i to.
Bo nawet, jeśli Brenna miała jakieś dane o tej grupie, nawet jeśli obecność pułapki się potwierdziła, to mogła być tam tylko po to, by uśpić czujność Longbottom. Żeby zaufała zapiskom mocniej, by wtedy już konkretnie wpaść w prawdziwą pułapkę. Brązowooka miała nadzieję, że to jednak nie będzie tak. Gdy jednak Bren zmieniła się znowu, by sprawdzić teren, sama nie opuszczała różdżki.
– Wszystko w porządku, panowie? – zwróciła się do Apollo i młodego Sadwicka szeptem, nie będąc pewna, czy oboje byli tak w pełni gotowi na to, co mogło się tutaj za chwilę zacząć dziać.
Victoria nadal nasłuchiwała i próbowała cokolwiek dostrzec w ciemności, gdy czekali na powrót Brenny. Na całe szczęście obyło się bez wycia, nie musieli się więc zrywać, by przyjść jej z pomocą, a niedługo później zresztą dołączyła do nich z informacjami.
– No dobrze, trzeba więc obrać taktykę Bulstrode’a, to jest najpierw obić mordy, a potem ewentualnie zadawać pytania… – westchnęła cicho, bo sama nie wyznawała na co dzień tej metody rozwiązywania spraw, czasami jednak nawet ona dostrzegała, że cel uświęcał środki. Klatka, opuszczone ruiny na kompletnym zadupiu, pułapka w ziemi. Nie – to zdecydowanie nie był przypadek. – To prowadź. Rozumiem, że rozdzielamy się tam przy tej zawalonej ścianie? – upewniła się jeszcze, czy na pewno dobrze zrozumiała.