• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Wokół Magicznych Dzielnic [07.10.72] Get your pride out of your mouth

[07.10.72] Get your pride out of your mouth
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#1
15.01.2026, 04:36  ✶  

Upłynęło kilka lat, a jednak pewne rzeczy wciąż działały na niego jak dobrze naoliwiony mechanizm. Bal maskowy w rodowej posiadłości Lestrangów w Maida Vale był jedną z nich. Jednym z tych wieczorów w roku, na które Louvain czekał z niekłamaną, niemal chłopięcą ekscytacją, choć dawno już przestał być chłopcem. Było w tym wydarzeniu wszystko, co karmiło jego naturę: przepych, gra pozorów, subtelna rywalizacja i fakt, że wszystko odbywało się na jego terenie. Własny grunt zawsze dodawał mu pewności siebie. Arogancji, jeśli ktoś wolałby użyć mniej łaskawego słowa. Znał tę rezydencję od poszewki. Wiedział, które schody skrzypią, gdzie echo zdradza obecność gości, a które korytarze pozwalają zniknąć bez świadków. Umiał omijać zatłoczone hole z wprawą i równie dobrze wiedział, gdzie znaleźć ustronne zakamarki, balkony ukryte za kotarami i pokoje, o których większość zaproszonych nie miała pojęcia. A możliwe, że taka potrzeba zajdzie całkiem niedługo.

Maski… Ach, maski. Były czymś więcej niż ozdobą. Owszem, jego twarz od zawsze była listą niekończących się atutów i nigdy nie udawał fałszywej skromności w tej kwestii. Ale anonimowość, choćby na jeden wieczór, otwierała zupełnie nowe możliwości. Pozwalała być bardziej bezpośrednim, śmielszym, ostrzejszym w słowach i spojrzeniach. Piękne damy krygowały się mniej, chętniej ulegały grze, a Louvain nie zamierzał oszukiwać, ani siebie, ani nikogo innego że chodziło tu o coś głębszego niż zawieranie nowych, bliższych kontaktów. Bal maskowy był poligonem doświadczalnym, sceną, na której flirt stawał się sztuką, a niedopowiedzenie walutą o wysokim kursie. Maska była dla Louvaina kluczowym elementem wieczoru, ważniejszym niż szata czy biżuteria. Z pozoru była prosta, nieskomplokowania. Pod jej powierzchnią kryła się jednak złożona sieć uroków i subtelnych transmutacji. Po założeniu górna część jego twarzy, od ust w górę, rozpadała się w ulotny czarny dym. Dym nie był gwałtowny, raczej spokojny i nieustannie w ruchu. Kontury zmieniały się tak, że twarz przestawała być twarzą, a stawała się zjawiskiem. Przed balem długo wahał się nad wyborem maski. Kusiła go forma przypominająca te noszone przez Śmierciożerców. Odrzucił ten pomysł jako zbyt dosłowną prowokację. Nie potrzebował dziś krzyku ani otwartej deklaracji. Zamiast tego wybrał dym jako zasłonę tożsamości. Był to ten sam sposób znikania, którego używał podczas Spalonej Nocy. Maska formalnie nie odnosiła się do żadnego symbolu ani frakcji. Była tylko dymem, czystą abstrakcją. A jednak Louvain wiedział, że dla wielu gości obraz ten będzie niepokojąco znajomy. Czarny dym mógł przywołać poranki po straszliwej nocy i powietrze ciężkie od popiołu. To skojarzenie było ukrytym celem tej kreacji. Louvain zawsze wolał działać poprzez niedopowiedzenie. Tej nocy zamierzał być dokładnie tym, czym była jego maska: obecnością, która zostaje.

A jednak, jakkolwiek łatwo było go potępić, Louvain kierował się zasadami. Swoistym kodeksem, którego nigdy nie spisał, ale którego przestrzegał z niemal akademicką precyzją. Był finezyjny i uważny. Liczył się z obecnością innych, z atmosferą wieczoru, z nastrojem sali i ze zdaniem gości, nawet jeśli sprawiał wrażenie kogoś, kogo cudze opinie niewiele obchodzą. On po prostu… dużo liczył. Jak profesor matematyki, który z pozoru gubi się w abstrakcyjnych wzorach, a w rzeczywistości ma wszystko pod kontrolą. Tyle że Louvain rzadko liczył uczciwe zmienne. Częściej liczył cale. W talii, w biodrach, w odległości dzielącej go od kolejnego spojrzenia rzuconego spod maski. Był w tym tak doskonały, tak wyczulony na linie, proporcje i to, jak materiał układa się na ciele, że z powodzeniem mógłby znaleźć zatrudnienie jako projektant w domu mody Rosierów. On widział w tym wszystkim coś więcej niż tylko szykowne, nieprzyzwoicie drogie suknie wieczorowe. Widział narrację. Charakter. Obietnicę. I napięcie ukryte w szwach.

W procesie rozpoznawczym Louvain zawsze ufał pierwszemu impulsowi. W pewnym momencie, niemal niezauważalnie, na onyksowych tęczówkach „wypalił mu się” metr krawiecki, ten sam, którego używał od lat, mierząc świat pod kątem przyjemności i możliwości. Jedno spojrzenie wystarczyło. Szczupła sylwetka, precyzyjna linia talii, sposób, w jaki szmaragdowa suknia układała się na biodrach bez najmniejszego fałszu. To nie była kreacja, która wybaczała przypadek. Ona wiedziała, kim jest, a materiał posłusznie to potwierdzał. Rozmawiała z kimś. Być może z mężczyzną. Louvain odnotował ten fakt bez najmniejszego drgnięcia. Towarzystwo bywało okolicznością, rzadko przeszkodą. Czasem wręcz zaproszeniem. Minął ich z tą charakterystyczną nonszalancją, jakby przestrzeń naturalnie ustępowała mu miejsca. Zatrzymał się przy niej tylko na ułamek sekundy, wystarczająco długo, by zakłócić rytm rozmowy, zbyt krótko, by wyglądało to na zaplanowane.

- Skarbie, dwa limoncello na balkon - rzucił swobodnie, tonem kogoś, kto nie ma w zwyczaju sprawdzać, czy zostanie dobrze zrozumiany. Wsunął banknot w jej dłoń ruchem tak naturalnym, jakby robił to od lat, po czym ruszył dalej, już w stronę wyjścia na zewnętrzny balkon. - Mogą być z pomarańczą - dorzucił jeszcze przez ramię, nie oglądając się ani na nią, ani na jej rozmówcę. Było w tym geście coś, co domagało się reakcji. Zawieszenie między oburzeniem a potrzebą sprostowania oczywistej pomyłki. Między chęcią zatrzymania go a impulsem, by pójść za nim tylko po to, by powiedzieć mu, jak bardzo się myli. Louvain znał ten moment doskonale, tę krótką ciszę, w której ktoś decyduje, czy pozwolić mu odejść bez słowa. A on już wtedy wiedział, że jeśli ruszy w jego ślad, choćby tylko po to, by przywrócić właściwy porządek rzeczy, balkon przestanie być zwykłym balkonem, a rozmowa dopiero się zacznie.




i got ninety-nine problems but a bitch Mulciber ain't one
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Astoria Avery (5836), Louvain Lestrange (5764)




Wiadomości w tym wątku
[07.10.72] Get your pride out of your mouth - przez Louvain Lestrange - 15.01.2026, 04:36
RE: [07.10.72] Get your pride out of your mouth - przez Astoria Avery - 20.01.2026, 03:06
RE: [07.10.72] Get your pride out of your mouth - przez Louvain Lestrange - 27.02.2026, 20:42
RE: [07.10.72] Get your pride out of your mouth - przez Astoria Avery - 06.03.2026, 03:04
RE: [07.10.72] Get your pride out of your mouth - przez Louvain Lestrange - 08.03.2026, 21:15
RE: [07.10.72] Get your pride out of your mouth - przez Astoria Avery - 14.03.2026, 17:14
RE: [07.10.72] Get your pride out of your mouth - przez Louvain Lestrange - 15.03.2026, 21:13
RE: [07.10.72] Get your pride out of your mouth - przez Astoria Avery - 17.03.2026, 03:29
RE: [07.10.72] Get your pride out of your mouth - przez Louvain Lestrange - 29.03.2026, 21:57
RE: [07.10.72] Get your pride out of your mouth - przez Astoria Avery - 03.04.2026, 02:09

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa