• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue

[12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#9
15.01.2026, 18:16  ✶  
Przesunąłem kciukiem po krawędzi dywanu, bez sensu, mechanicznie, kiwając głową, tym razem nawet nie próbując udawać, że robiłem to jakoś bez przekonania. Nie chodziło o to, co mówiła, chociaż jednocześnie słuchałem jej bardzo uważnie, zwłaszcza jak na ten stan upojenia, w którym wszystko było jednocześnie jasne i poplątane przez myśli pchające się do głowy bez pozwolenia. Przede wszystkim chodziło o to, że ta sytuacja, w jakiej się znaleźliśmy, to było nowe, niekomfortowe w inny sposób niż zwykle, to nie był ten rodzaj odsłonięcia, który można było obrócić w żart albo ironię, bardziej jakby ktoś - moją ręką, ale wciąż - zdjął ze mnie pancerz, zanim zdążyłem powiedzieć, że jeszcze go potrzebuję. Tak, nawet po tylu latach radzenia sobie z przeszłością, słowa Johna sprawiły, że się zawahałem, a potem zacząłem myśleć, robiąc to zbyt intensywnie. To było jak uderzenie w coś, co już wcześniej było pęknięte - nie gwałtownie, nie brutalnie, raczej dokładnie w ten czuły punkt, który bolał najbardziej, i oto byliśmy, gdzie byliśmy, w naszym nowym salonie, ale jednocześnie w miejscu, w którym oboje poruszaliśmy się po grząskim gruncie, nietrudno było domyślić się, że żadne z nas nie było na to gotowe. To, że Prudence słuchała, patrzyła na mnie uważnie, nie przerywała, nie ucinała - to było dla mnie jednocześnie ulgą i czymś niepokojącym, bo byłem przyzwyczajony do tego, że momencie, gdy zaczynało robić się niewygodnie, zazwyczaj ten drugi ktoś się wycofywał, albo atakował, albo kazał mi się ogarnąć. A to, w jaki sposób odpowiadała, to było coś, co słyszałem praktycznie nigdy, zwykle zakładano, że rozumiem za mało, albo że rozumiem aż za dobrze i dlatego lepiej trzymać mnie na dystans, właśnie dlatego teraz czułem się tak, jakbym stąpał po kruchym lodzie. Nie za bardzo wiedziałem, tylko i aż, jak to wyjaśnić, by nie zabrzmieć najgorzej.
- Ja… - Zacząłem i urwałem, bo to „ja” niczego nie niosło, a potem odezwałem się, mimo wszystko, potrzebując podkreślić znaczenie moich słów, nawet gdy powiedziała, że mi tego nie zarzuca. - Ja wiem, jak ludzie dochodzą do takich decyzji. Teoletycznie. - Odchrząknąłem. - Ale kontlola… - Wzruszyłem ramionami, ciężko, nie chodziło o to, że musiałem zawsze wszystko trzymać w garści, bardziej o to, że kiedy ją traciłem, automatycznie wiedziałem, co przychodziło potem, i nie chciałem tam wracać. - Widzisz… - Powiedziałem powoli. - Ja jusz kilka lasy byłem pewien, sze goszej byś nie mosze. - I za każdym razem życie udowadniało mi, że jednak może - nie musiałem tego dodawać, prawda? Nie chodziło mi o to, by się żalić, tylko, by odzyskać równowagę w prowadzeniu narracji, która musiała zostać wypowiedziana, by uniknąć kolejnego emocjonalnego pobojowiska, więc w końcu właśnie to zrobiłem - rzuciłem wszystko na stół.
Nie patrzyłem na nią długo, raczej zerkałem, krótkimi spojrzeniami, odruchowo sprawdzając, czy jeszcze tu była - bardziej mentalnie niż fizycznie, chociaż tak naprawdę w obu wersjach - i czy nie zmieniła zdania w trakcie jednego oddechu. Nie, bym jej to zarzucał, ale to było silniejsze ode mnie, nie miało wiele związku z trzeźwą racjonalnością. Siedziałem obok niej, nadal, świadomy każdej sekundy, w której jeszcze mnie nie odepchnęła, nie do końca wiedząc, do granic absurdu, czy to już znaczyło coś więcej, czy tylko tyle, że jeszcze nie skończyła słuchać - to dezorientowało mnie bardziej niż jej otwarta złość by mnie kiedykolwiek zdezorientowała, tyle tylko, że to nigdy nie było domeną Prue, chociaż trudno było o tym pamiętać, gdy mechanizmy obronne robiły swoje. Nie ruszałem się zbyt gwałtownie, jednak ramiona miałem sztywne, jakbym spodziewał się kolejnego ciosu, chociaż żaden nie nadchodził. Słuchałem jej, ale jednocześnie w głowie rozgrywał mi się stary, znajomy ciąg zdarzeń, którego nie dało się już zatrzymać - to nie było coś, do czego wracałem codziennie, właśnie dlatego mówienie o tym teraz było tak trudne, bo kiedy już się otworzyło, to nie dało się tego zamknąć jednym zdaniem.
Uniosłem dłoń odruchowo, nie patrząc na nią.
- Nie. - Powiedziałem szybko. Nie miałem jej za złe tego pytania, naprawdę nie, jakże miałbym mieć, skoro wiedziałem, skąd się wzięło, to była normalna logika, oczywisty ciąg myśli - ciąża—dziecko, każdy by tak pomyślał, a ona, jako jedna z nielicznych, miała prawo dociekać faktów, tyle że moje życie od dawna nie układało się w normalne ciągi. - Nie musisz. - Wydźwięk tonu głosu wyszedł mi bardziej szorstki, niż planowałem, więc zaraz dodałem. - Selio. To było… Logiczne pytanie. Miałaś… Masz plawo pytaś. - Wzruszyłem lekko ramionami, bez teatralności, raczej odruchowo, jak ktoś, kto całe życie słyszał, że „trzeba się zebrać” i przestał już liczyć na to, że ktoś inny zrobi to za niego. Opuściwszy rękę, wbiłem wzrok w dywan - widziałem pojedyncze włókna, drobne zmechacenia - jakby skupienie się na czymś konkretnym mogło mnie utrzymać na miejscu.
Przesunąłem palcami po tej samej nitce co wcześniej, całe życie słyszałem, że jak coś się sypie, to trzeba to ogarnąć samemu, bez hałasu, bez robienia scen, wytłumaczenie tego komuś, kto tak nie słyszał, stawiając raczej na akceptację, było łatwe i niełatwe - w teorii to nie były wielkie słowa, w praktyce niosły bardzo dużo ciężaru.
- „Nie jestem panienką”, Sunny. Nikt nigdy nie zakładał, sze ktoś będzie się ze mną obchodził delikatnie. Ja nie obchodzę się ze sobą delikatnie, pszeciesz wiesz, to jest tak pojebane. - Prychnąłem krótko, chociaż nie brzmiało to śmiesznie, wiedziałem o tym, to nawet nie miało takie być. Nie cofnąłem się, nadal siedziałem na dywanie, dokładnie tam, gdzie byłem, ale coś we mnie wciąż stało pod ścianą, z plecami napiętymi, jakby to była pozycja wyjściowa, nie chwilowa.
Pokręciłem głową powoli, kilka razy, jakbym chciał strząsnąć z siebie tę jedną myśl, a ona i tak wracała - nie dlatego, że nie wierzyłem w odpowiedź, jaką usłyszałem, właśnie to było najgorsze - wierzyłem, a mimo to coś we mnie ciągle czekało na moment, w którym to się zmieni. 
Patrzyłem na jej dłoń długo, za długo, leżała między nami spokojnie, otwarta, jak zaproszenie, jak coś oczywistego, co dla mnie oczywiste nigdy nie było. Alkohol robił swoje, spowalniał ruchy, wyostrzał myśli w najgorszy możliwy sposób, w głowie miałem echo tego, co powiedziała - że nie chce, żebym znikał, że się nigdzie nie wybiera - i kompletnie nie wiedziałem, co z tym zrobić.
Uniosłem rękę, zawahałem się w pół drogi, przez sekundę wyglądało to pewnie tak, jakbym miał splątać nasze palce, zrobić dokładnie to, czego ode mnie oczekiwała. Zamiast tego przesunąłem kciukiem po grzbiecie jej dłoni, krótko, ostrożnie, dopiero potem ująłem jej rękę tylko na chwilę, zamknąłem ją w swojej, ale nie ścisnąłem, raczej osłoniłem, jak coś kruchego.
- Wiem. - Powiedziałem cicho, prawie bezbarwnie. - I właśnie dlatego… - Urwałem, pokręciłem głową, z tym gorzkim, zmęczonym uśmiechem, który pojawiał się zawsze, gdy robiło się zbyt blisko przekroczenia granicy czegoś, co nie powinno było być przekraczane. - Nie… - Zacząłem i urwałem, bo głos mi się złamał w najbardziej wkurwiającym momencie. Przełknąłem ślinę, spojrzałem gdzieś obok niej, w podłogę, w ścianę, w cokolwiek, byle nie w jej twarz, bo ona patrzyła za uważnie. - To nie tak, sze myślę, sze nie chcesz słuchaś. - To nie było zaprzeczenie jej słów, bardziej… Brak zgody na to, żeby tak łatwo je przyjąć. Tym razem scisnąłem jej dłoń odrobinę mocniej, zaraz potem znów poluzowałem chwyt, jakbym się sam upomniał. Znów pokręciłem głową, tym razem szybciej, z irytacją skierowaną wyłącznie na siebie. - To laszej… - Pociągnąłem nosem, zawahałem się, oddech mi się rozjechał z rytmem zdań. Upojenie robiło swoje - myśli przychodziły falami, nie w tej kolejności, w jakiej powinny. - Ja wiem, sze mówisz, sze chcesz. - Podkreśliłem, zaraz oddychając głębiej, bo tu było sedno - to, co mówiła, było zbyt proste, żeby dało się w to od razu uwierzyć, było czymś, co trzeba kilka razy obejść dookoła, zanim się to dotknie. - Ale często, jak ktoś mówi „zostań”, to lepiej byś gotowym, sze za chwilę powie „jednak nie”. - Pokręciłem głową, krzywo się uśmiechnąłem, bez radości. Puściłem jej dłoń, ale nie cofnąłem ręki od razu, zatrzymałem ją tuż obok, tak, żeby było jasne, że to nie ucieczka, raczej granica. To nie był gest odsunięcia, raczej ostrożność, jakby coś we mnie bało się, że jeśli spleciemy palce, to pęknie we mnie kolejna tama. - Całe szycie uczono mnie, sze jak ktoś mówi „moszesz”, to znaczy „zlób to na własne lysyko”, więc… - To było aż zatrważająco szczere, tak bezpośrednie, że odruchowo, nerwowo, przesunąłem palcami po włosach, zostawiając je w jeszcze większym nieładzie. - Nie dlatego, sze myślę, sze jesteś taka. Tylko… Losumiesz. -  Wyrzuciłem z siebie, szybciej, jakby ktoś mnie gonił, bo alkohol już dawno rozluźnił mi język, a teraz zaczynał plątać myśli. - Tylko dlatego, sze… Moje szeszy to moje szeszy i nikogo nie obchodzą. - Pokręciłem głową, krzywo, z tym gorzkim półuśmiechem, który pojawiał się zawsze, kiedy robiło się zbyt serio. Siedzieliśmy dalej na tym samym dywanie, ale czułem się, jakbym stał na krawędzi czegoś, co równie dobrze mogło mnie uratować, jak i rozwalić na kawałki.
- A wiem, sze powinienem był cię upszedziś. - Powiedziałem w końcu, bardziej szorstko. - O tym wszystkim. Nie tylko o tym, ile tego jest. Jaki mam bagasz. O tym, sze czasem sam się o niego potykam. Nie mam na to doblego wytłumaczenia. - Parsknąłem krótko, ale jednocześnie wzruszyłem ramionami, jakby to nie było nic wielkiego, jakbyśmy rozmawiali o jakimś cholernym wyjeździe, a nie o mojej pieprzonej przeszłości. A przecież wiedziałem, że powinienem był ją poinformować, konkretnie poinformować, z odpowiednim wyprzedzeniem, bardzo konkretnymi słowami, nie o jakimś nieokreślonym „bagażu”, tylko o tym, że to nie jest „kilka trudnych wspomnień”, a całe pudła, które nosi się z miejsca na miejsce.
- Powinienem był ci to powiedzieś wcześniej. - Przejechałem dłonią po twarzy, mocniej niż trzeba. Czułem się dziwnie obnażony, choć przecież siedziałem w tym samym ubraniu, na tym samym dywanie, nic się fizycznie nie zmieniło, a jednak wszystko było inne. - Zanim. Zanim w ogóle… „My”. Po plostu… Nim się obejszałem, byłaś jusz kimś. Nie „kimś s mojej histolii”, tylko kimś moim. I ja się w tym obudziłem za późno, szeby to poukładaś jak dolosły człowiek. - Zamilkłem, kręcąc lekko głową, bardziej do siebie niż do niej - to był ten odruch, stary jak ja - zaprzeczanie zanim ktoś zdąży mnie naprawdę zobaczyć, jakbym mógł to wszystko odwołać ruchem szyi. Tak, to brzmiało na marną wymówkę, ale dokładnie tak było - w jednej chwili nie działo się nic, potem było za późno na rozmowy w stylu „hej, uprzedzam, to może być problemem”. Przestało być „fajnie”, „miło”, „bez zobowiązań”. Wiedziałem, że powinienem był powiedzieć jej wcześniej - wiedziałem to aż za dobrze, tylko że… Nie miałem momentu, który wyglądałby jak „teraz jest właściwa chwila, żeby wyciągnąć wszystkie trupy z szafy”, najpierw było coś chaotycznego, potem coś, co miało nie być niczym poważnym, a potem, kurwa, nagle było wszystko.
Nie planowałem tego, nie planowałem się zakochać, zresztą, przecież nawet wtedy, będąc na miejscu większości ludzi, nie siadasz z kimś przy stole i nie mówisz „hej, zanim się zakochamy, mam tu cały bagaż, trauma gratis, brak gwarancji, możliwe nawroty wspomnień”, prawda? To tak nie działało, nie ma na to formuły. Potarłem twarz dłonią, nieco za mocno, jakbym chciał się dobudzić, otrzeźwieć na tyle, aby zrobić coś, co by nam pomogło przejść przez to wszystko.
- Ja… - Urwałem, bo właściwe słowo uciekło mi dokładnie w tym momencie, kiedy byłem pewien, że je mam. Przetarłem twarz dłonią, ciężko, jakby to mogło pomóc mi coś uporządkować, chronologia się sypała, wszystko było jednocześnie „wtedy” i „teraz”. - To było… Kulwa, w gludniu. Sześćdziesiąty pielwszy. Wtedy to… Sfinalizowałem. Papiel, podpisy, koniec. - Zawahałem się, marszcząc brwi. - Tylko sze to gówno plawda, bo to się… - Pokręciłem głową, nie dlatego, że zgubiłem wątek jeszcze zanim zdanie zdążyło się rozpędzić, ale dlatego, że w dalszym ciągu próbowałem to jeszcze jakoś cenzurować, by nie brzmiało najgorzej. - To nie było „placujemy nad tym”. To było… Pszeciąganie czegoś, co dawno nie działało. A potem się losjebało. S hukiem. - Powiedziałem to prosto, bez ozdobników. - Musisz splóbować zlozumieś… - Zacząłem i znowu przerwałem, bo to brzmiało jak rozkaz, a ja nie miałem prawa niczego jej nakazywać, więc zamiast tego przesunąłem językiem po zębach, szukając innego słowa, ale żadne właściwe nie przychodziło mi na myśl. Siedziałem dalej na dywanie, ale czułem się, jakbym stał pod ścianą. - Musisz splóbowaś zlozumieś jedno… Po tym wszystkim… Ja jusz niespecjalnie wieszyłem w związki. - Spojrzałem na nią krótko, żeby to wybrzmiało. - To nie było tak, sze stałem się cynikiem. Jeszcze. Pewnie za kilka lat mogłoby mi to gloziś, jasne, ale nie chodziłem i nie pieldoliłem, sze „miłość nie istnieje” albo sze wszyscy kłamią. Po plostu… - Wzruszyłem ramionami. - W ogóle nie blałem pod uwagę stabilizacji. Tego całego „budujemy coś”. „Lazem na zawsze”.To nie było na liście. Nawet nie obok, tylko w ogóle poza mapą. Nie myślałem o tym, sze „kiedyś” „s kimś”. Szyłem s dnia na dzień, lobiłem swoje, załatwiałem splawy, spałem tam, gdzie spałem. - Skrzywiłem się na tę nagłą, nieproszoną myśl, jak to mogło zabrzmieć, więc doprecyzowanie tego drugiego dna wydało mi się jeszcze bardziej konieczne. - Pszez te lata nie było nikogo. Nikogo, kto zlobiłby… To. - Wskazałem nieokreślonym gestem przestrzeń między nami, dopiero wtedy spojrzałem na nią, oczy miałem ciężkie, ciemne, szczere aż do bólu. - Po plostu któlegoś dnia to… Pszestało byś waszne. I to nie tak, sze byłem pusty albo maltwy w środku. Ja po plostu… Szedłem dalej. Lobiłem swoje. Szyłem. - Urwałem, przełknąłem ślinę, parę razy skinąłem głową, jakbym sam siebie próbował do tego przekonać. - Nie byłem święty, jasne, ale to nie znaczy, sze masz się telas zastanawiaś, czy gdzieś nie wyskoczy dziecko-niespodzianka s matką, któla nagle sobie o mnie pszypomni. To nie tak, sze masz się obawiaś, sze za chwilę ktoś zapuka do dszwi s histolią spszed dekady. Odpowiedź bszmi „nie”. Nie mam dzieci w kaszdym polcie. Nie mam… Szadnych zobowiązań, poza tym jednym. Nami. - Dodałem od razu, jakby to było oskarżenie, które musiałem odeprzeć - i było, tylko nie pochodziło od niej. - A to, od czego my zaczęliśmy… - Zawahałem się, szukając słowa i nie znajdując żadnego, które by nie brzmiało głupio. - Nawet nie wiem, jak to nazwaś. „Zachowawcze”? „Głupie”? „Stlasznie, kulwa, naiwne”? - Uśmiech wykrzywił mi się w coś bliższego goryczy, jeszcze zanim następne słowa wylały się wraz z prychnięciem.
- To nie było tak, sze latałem od wakacyjnego lomansu do wakacyjnego lomansu. Cholela, nie. To nie było schematyczne, oswojone, legulalnie plaktykowane „poznaję kogoś, bawimy się, lozchodzimy się bez śladu”. - Parsknąłem krótko. - To nawet nie było bliskie mojemu standaldowi, kiedykolwiek, nawet w momencie, w któlym było… Intensywnie, po plostu. - To był ten rodzaj szczerości, o którą nikt nie prosił, ale wolałem postawić sprawę jasno, niż wspominać insynuacje, jakie robił mi jej ojciec, myśląc o tym, że bywały takie chwile, w których każdy dopuszczał do siebie najgorsze możliwe sugestie, nawet nieświadomie. - Nie oszukiwał, nie jestem niewiniątkiem, doskonale to wiesz, jestem doświadczony, ale moje szycie to nigdy nie było „las tu, las tam, zelo konsekwencji”. To są steleotypy. Wygodne, ploste, gówno plawda. - Spojrzałem na nią spod brwi, oparłem łokcie o kolana, nachyliłem się do przodu, kiwając głową, jakbym mówił coś, co trzeba powiedzieć.
Zapadła krótka cisza, ciężka, ale potrzebna.
- Zlesztą, Pluey… Czy to kiedykolwiek było dla ciebie „tylko”? Tylko cokolwiek. Czy był jakiś moment, w któlym to naplawdę miało bszmieś jak „dzięki za wszystko, było miło, powodzenia dalej”? Czy naplawdę widzisz scenariusz, w któlym mówiliśmy sobie „hej, fajnie było, pa, do następnego lasu” i ot tak szliśmy w swoje stlony? - Zawiesiłem głos, świadomy tego, jak to brzmiało. Wiedziałem, że to brzmiało jak prowokacja, chociaż wcale nią nie było, to było raczej pytanie zadane z miejsca, w którym jednocześnie spodziewasz i nie spodziewasz się, że zaraz ktoś ci powie „tak, właśnie tak”.
- Ja nie pamiętam takiego momentu. Ani jednego. Nawet się nie spostszegłem, kiedy to pszestało byś „lubię s tobą gadaś” i „dobsze się pszy tobie czuję”. - Urwałem, parsknąłem pod nosem, bardziej z bezradności niż z humoru. W naszym wypadku to zawsze było „wszystko albo nic”, w moim przypadku to zawsze było „wszystko albo nic”, nietrudno było domyślić się, że jeden i jeden dadzą dwa, wystarczyło tylko nie mydlić sobie oczu - a to już było trudne, najwidoczniej.
- Kulwa, ja nawet nie wiem, kiedy to jusz nie było „zajebiście mi s tobą”, a zaczęło byś „o cholela, kocham cię”. - Zachłysnąłem się tym zdaniem, jakby było czymś, co nie powinno wyjść na głos, a jednak wyszło. Słowa zawisły w powietrzu, ciężkie, nie do cofnięcia, to nie było „teraz się zaangażuję”, to było jak walnięcie obuchem w głowę. Nie było momentu pod tytułem „dzień dobry, zanim się zakochamy, oto lista rzeczy, które sprawiają, że jestem problematyczny”. Najpierw było „okej, jest dobrze”, potem „nie, jednak jest bardzo dobrze”, a potem „o kurwa, ja ją kocham”, wszystko w linii ciągłej.
- Tylko… To nie zmienia faktu, sze to, co mówię, to jest cięszar. Konkletny, piepszony cięszal. Jeden s wielu. I ja wiem, sze to mosze byś za duszo, moszesz pomyśleś „co ja sobie najlepszego zlobiłam”. Histolie, bagasz, stale gówna, moje palanoje. - Parę razy uderzyłem palcami w dywan. - Lozumiem, jeśli to bszmi jak coś, czego nikt nolmalny by nie chciał dźwigaś. - Spojrzałem na nią, ciężko, bez ucieczki wzrokiem. To, co powiedziała, trafiło dokładnie tam, gdzie nie lubiłem grzebać, nie dlatego, że nie było prawdą - właśnie dlatego, że było, a ona zobaczyła coś, czego ja przez lata nie nazywałem nawet w myślach. Zrobiłem z tym, co się stało, to, co umiałem najlepiej - zamknąłem, opisałem jako „załatwione”, „przepracowane”, „dawno temu”, tyle że wystarczyło jedno zdanie, jedno nieuważne słowo rzucone w celu prowokacji, żeby wszystko wróciło - nie w obrazach nawet, tylko w ciężarze, w tym uczuciu, że coś mi się wymknęło, coś zostało mi odebrane już po tym, jak zdążyłem się na to zgodzić. Zniszczyłem sobie życie, nie chciałem go zniszczyć komuś, bo najwidoczniej nadal nie potrafiłem zupełnie o tym zapomnieć, mieliśmy coś budować, nie burzyć i rozgrzebywać, praktykując archeologię czegoś, o czego istnieniu potem nie miała zapomnieć.
- Jak chcesz mnie opieldoliś, to mosesz. Jak chcesz kszycześ, to kszycz. Jak chcesz… Cokolwiek, to tesz twoje plawo. Ja… - Urwałem. - Ja po plostu nie chcę, szebyś kiedykolwiek myślała, sze musisz byś wylosumiała, bo mnie kochasz. - Podniosłem na nią wzrok z czymś, co było bliskie ciężkiej, ponurej akceptacji rzeczywistości, w której tłumienie w sobie reakcji dla dobra kogoś innego tak naprawdę nigdy nie było „dobre”, dla niej na pewno nie - zbyt wiele lat musiała to robić, więc jeśli któreś z nas miało to zrobić teraz, to byłem to ja. - Ja cię kocham, właśnie dlatego nie chcę, szebyś się do czegokolwiek zmuszała. - Zrobiłem niewielki gest dłonią w jej stronę, ale zatrzymałem ją w połowie drogi. - Ja to dźwigam, bo to jest moje. To, sze wzięłaś mnie lasem s całym tym syfem, któly ciągnę za sobą. - Zrobiłem nieokreślony gest ręką, jakby wskazywał na coś za plecami, na lata, których tu nie było, a które nagle rozlały się po salonie. - To nie jest… - Zacisnąłem szczękę. - To nie jest cena, któlą musisz płaciś za bycie ze mną. - Siedziałem dalej na dywanie, ciężki w ramionach, podpity na tyle, że szczerość nie miała już filtra, ale jeszcze nie na tyle, żebym nie wiedział, co mówię. Musiałem to powiedzieć wprost, aż do bólu jasno, bo inaczej to by się tylko ponownie rozlało i wróciło do nas bokiem. - To nie jest szaden test od wszechświata. Chcę, szebyś wiedziała, sze nie jesteś mi nic winna. Kocham cię. - Powiedziałem surowo, powoli, bez patosu. - I właśnie dlatego nie oczekuję, sze uniesiesz wszystko, co ja spieldoliłem. - Zamilkłem, czując znajome ukłucie w żołądku.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (27689), Prudence Fenwick (14989)




Wiadomości w tym wątku
[12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 13.01.2026, 19:55
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 13.01.2026, 21:31
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 14.01.2026, 02:06
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 14.01.2026, 10:26
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 14.01.2026, 16:00
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 14.01.2026, 18:30
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 14.01.2026, 22:16
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 14.01.2026, 23:11
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 15.01.2026, 18:16
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 15.01.2026, 21:12
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 18.01.2026, 05:00
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 24.01.2026, 23:38
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 26.01.2026, 04:38
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 26.01.2026, 13:52
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 28.01.2026, 02:26
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 29.01.2026, 20:23
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 30.01.2026, 22:07

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa