15.01.2026, 20:44 ✶
Parsknąłem, bo nie mogłem się powstrzymać - to był odruch, jak kichnięcie, coś we mnie musiało odreagować tę jej minę, to napięcie, ten sposób, w jaki patrzyła, jakby chciała mnie rozebrać na części pierwsze i złożyć z powrotem, ale niekoniecznie w tej samej konfiguracji - i wtedy znowu na mnie spojrzała, tak intensywnie, że przez moment miałem wrażenie, że ktoś mi włożył palce pod żebra i ścisnął płuca. Przez te kilkanaście sekund nie powiedziała nic, tylko mnie mierzyła wzrokiem, jakby próbowała zrozumieć, co jest ze mną nie tak, a to przecież wcale nie była nowa zagadka, już zdążyła mnie ometkować, ja ją również, zdążyliśmy sobie przypiąć łatki, a potem zmienić je na te, które bardziej pasowały naszej nowej relacji. Nie byłem głupi, wiedziałem, że jest tu tylko przez Ellie, gdyby nie jej babcia, już dawno by zniknęła w swoim pokoju, tym azylu, do którego my, chłopcy, nie mieliśmy wstępu - nie to, by ktokolwiek z nas czegoś tam szukał, mogła sobie zachować to miejsce dla siebie, dalej traktować je jak świętość, byleby nie wchodziła nam - mi w drogę. A wchodziła, warto dodać, aż za często, regularnie.
Wytrzymałem jej spojrzenie, zawsze to robiłem, to był nasz sport - znałem tę jej mowę ciała, pamiętałem ją aż za dobrze, ten mikroskopijny ruch brwi, kiedy się skupiała, sposób, w jaki wstrzymywała oddech, jakby bała się spłoszyć własne myśli. Przez dwa lata byłem pierwszą osobą, która to widziała, potem przez rok byłem tą, która czytała to w liścikach, jak w zaszyfrowanych raportach z pola bitwy, a teraz… Teraz byłem obiektem. Uśmiechnąłem się krzywo, jak zawsze, kiedy coś mnie jednak dotykało, tylko nie zamierzałem dać jej tej satysfakcji - stała za blisko - zdecydowanie za blisko jak na kogoś, kto powinien sobie pójść, zamiast interesować się „nagłym przypadkiem medycznym”.
Słuchałem Ellie jednym uchem, kiwając głową, jak grzeczny chłopiec, którym nie byłem - jej ton był spokojny, miała ten rodzaj autorytetu, który nie potrzebował podnoszenia głosu ani straszenia, po prostu się z nim rodzisz albo nie, a ona zdecydowanie przyszła z nim na świat, z tym, że to nie oznaczało automatycznej racji.
„Na pewno zdajesz sobie z tego sprawę” - nie zdawałem, nie chciałem.
- Zakłada pani, że ludzie zawsze robią to, co chcą. - Odparłem grzecznie, ale z lekką nutą obrony, której nawet nie próbowałem ukryć. - To dość optymistyczne podejście. - Zerknąłem na babcię Bletchley, nie z oburzeniem, raczej tym spokojnym, mierzącym spojrzeniem, które zwykle miałem dla ludzi, którzy trafiali bliżej prawdy, niż było mi wygodnie. - Czasem zostaje się, bo wypada. Albo dlatego, że ktoś inny tego oczekuje. Albo dlatego, że… - Urwałem, bo nie zamierzałem kończyć tego zdania - nie w jej domu, nie przy niej. Nie spojrzałem na Prudence, świadomie, jakbym mógł w ten sposób nie dopuścić do tego, co jej babka właśnie próbowała mi włożyć do głowy. To było bezpieczne - mówienie o niej w trzeciej osobie, jakby jej tu nie było - nie chciałem widzieć jej twarzy, kiedy to mówiłem, nie chciałem wiedzieć, czy coś ją to obchodziło, gdyby wiedziała, jak blisko byłem tego, żeby się wkurzyć na serio, postanowiłaby jak najszybciej opuścić pomieszczenie, albo właśnie zostałaby tu celowo, w sumie nie miałem pojęcia, to też mnie drażniło.
- Ludzie są bardziej skomplikowani, niż się wydaje. - Dodałem, spokojniej, nie powiedziałem nic więcej, nie zaprzeczyłem Ellie, nie potwierdziłem - po prostu pozwoliłem, żeby miała swoją wersję. To już było podejrzane samo w sobie, zazwyczaj miałem coś do powiedzenia na każdy temat, a tu tylko wzruszyłem ramieniem, tym zdrowym.
- Skoro to ta gorsza wiadomość, to brzmi jakby miała być jakaś lepsza. - Mruknąłem. Może byłem zmęczony, może nie miałem już siły się kłócić, a może po prostu nie chciałem być tym, który zawsze wszystko ignoruje, nawet jeśli to głupie.
Zacząłem odwijać prowizoryczny bandaż wolniej, niż powinienem, bardzo świadomie, jakby to miało coś zmienić i ten moment nieuchronności dało się rozciągnąć w czasie. Czułem jej wzrok na mojej ręce, na każdym ruchu palców, ale nie spojrzałem na nią - wiedziałem, że jeśli podniosę wzrok, coś się we mnie przesunie, a ja nie miałem dziś ochoty na przesunięcia. Zareagowała natychmiast, oczywiście, że zareagowała - zawsze reagowała, zawsze dokładnie tak, jak tego nie potrzebowałem.
- A jak mam myśleć? - Oparłem się lekko o kanapę. - Wybacz, jeśli przeceniam swoją atrakcyjność w tej sytuacji, ale to ty się na mnie gapisz. - To było obronne, wiedziałem o tym, czułem, jak to dziwne uczucie zaciska mi się pod żebrami, jakbym próbował zamknąć coś, co nie chciało się zamknąć. Patrzyła na mnie znowu tak, jakby próbowała przewiercić mi czaszkę na wylot i znaleźć tam odpowiedź na pytanie, którego nie zadała - kiedyś spoglądała tak, gdy coś ją fascynowało, teraz wyglądało to bardziej jak sekcja zwłok w toku. Odwróciłem głowę lekko w bok, oparłem się mocniej o oparcie kanapy i wypuściłem powietrze nosem, wolno, kontrolowanie, w środku miałem bałagan, nienawidziłem tego - nienawidziłem, że potrafiła zrobić mi to jednym spojrzeniem. Parsknąłem, bo cisza robiła się lepka, a ja nie znosiłem, kiedy powietrze między nami gęstniało do konsystencji syropu na kaszel - musiałem odkrztusić to, co zebrało mi się pod żebrami. Ellie mówiła spokojnie, jakby ta cała sytuacja była tylko kolejną herbatką o piątej, jej głos działał jak kojący urok, problem w tym, że nie do końca rozbrajał napięcie - kiedy skomentowała, że małe dłonie mogą być zaletą, miałem ochotę przewrócić oczami, ale powstrzymałem się.
- Proszę się nie martwić, pani Bletchley, ja naprawdę nie potrzebuję specjalnego traktowania. Zależy mi na czasie, nie na delikatności, nie jestem z porcelany. - Uśmiechnąłem się i skinąłem głową, bo wypadało, byłem kulturalny, nawet jeśli w środku wszystko mi się jeżyło - nie chciałem wyglądać jak rozkapryszony dzieciak, już i tak byłem w sytuacji, w której oddałem kontrolę, a to było coś, czego nienawidziłem. Kontrola była moją walutą, bez niej czułem się nagi, a technicznie rzecz biorąc - teraz byłem półnagi, krwawiący, w domu Bletchleyów, świetnie.
Uniosłem lekko kącik ust, kiedy Prudence rzuciła o tej „przyspieszonej wersji”- nie dlatego, że mnie to bawiło, raczej dlatego, że wiedziałem, iż trafiłem w czuły punkt, a to było jedyne pole, na którym jeszcze umiałem z nią wygrywać.
- Doceniam troskę o mój napięty grafik. Wiesz, że w normalnych okolicznościach zaprotestowałbym przeciwko temu traktowaniu mnie jak worka kartofli. - Rzuciłem, ale ciszej niż zwykle. - Ale skoro już zaczęłaś… - Czułem jej irytację niemal fizycznie, jak napięcie w powietrzu, ale pod spodem było coś jeszcze - coś, czego nie chciałem nazwać, bo wtedy musiałbym się do tego odnieść.
Kiedy Prue chwyciła mnie za rękę, poczułem to jak impuls elektryczny - nie metaforycznie, tylko dosłownie - ciało zareagowało szybciej niż głowa, napięciem, mikroodruchem cofnięcia, który zdołałem powstrzymać tylko dlatego, że wiedziałem, jak głupio by to wyglądało. „Nie ruszaj się” - jasne - jakbym potrafił. Zamilkłem, naprawdę, na ułamek sekundy mózg mi się wyłączył, gdy jej palce zamknęły się wokół mojego nadgarstka i pociągnęła mnie trochę bliżej, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie, a nie była. Napiąłem się instynktownie, mięśnie same zareagowały, zanim zdążyłem pomyśleć.
- Wiesz, że nie musisz mnie porywać. - Mruknąłem, już ciszej, bez tej całej pokazowej bezczelności. - Sam bym przyszedł. - Ale nie cofnąłem ręki.
Nie spojrzałem na nią, patrzyłem gdzieś obok, na ścianę, na jakiś obraz, który widziałem setki razy, ale nigdy naprawdę. Skupiałem się na oddychaniu, na tym, żeby nie reagować na każdy jej dotyk jak idiota, mimo to poczułem, jak coś we mnie się prostuje, jakby ktoś powtarzalnie wciskał jeden przycisk. Siedziałem na tej kanapie i pozwalałem jej robić swoje, ale to też było kłamstwo - ja jej nie „pozwalałem”, ja to „znosiłem”, różnica była subtelna, ale dla mnie ogromna. Znosiłem jej bliskość, skupienie, ten sposób, w jaki przestała na mnie patrzeć jak na człowieka, a zaczęła jak na problem do rozwiązania, paradoksalnie to było gorsze, bo kiedy patrzyła na mnie jak na wroga, przynajmniej wiedziałem, na czym stoję - teraz była profesjonalna, chłodna, precyzyjna, a to mnie rozwarstwiało bardziej niż jakiekolwiek przenikliwe spojrzenie, irytując mocniej niż jakakolwiek obelga.
Piana zaczęła się pojawiać, a ja poczułem ten zapach, który zawsze kojarzył mi się z lecznicami i szkolnym skrzydłem szpitalnym - zapach, który mówił „nie jesteś niezniszczalny, tylko głupi”, nie lubiłem go, ale chyba jeszcze bardziej raziło mnie, że czułem jej dotyk, gazik przesuwający się po skórze, delikatnie, zbyt delikatnie, to było najgorsze - gdyby była brutalna, łatwiej byłoby mi to znieść, mógłbym rzucić jakąś kąśliwą uwagę, obrócić to w pojedynek, ale ona była… Dobra w tym. Jej ruchy były… Dobre, precyzyjne, ostrożne, zupełnie tak, jakby chciały mi udowodnić, że wszystko, co powiedziałem o „irytująco małych dłoniach” było zupełną bujdą, ale przecież już to doskonale wiedziałem - to nigdy nie miało związku z rzeczywistością, bo to był mój bezpiecznik - żart, zaczepka, coś, co pozwalało mi nie powiedzieć „boję się twojej bliskości bardziej niż bólu” - kiedy gazik przesuwał się po skórze, zacisnąłem zęby, ale nie cofnąłem ręki. Zasada numer jeden - „nie okazywać słabości”, zasada numer dwa - „nie okazywać słabości przy niej”, a gdzieś pomiędzy, pod wieloma głębokimi warstwami, kryło się coś jeszcze - to jedne „do” tkwiące tam jak drzazga…
- Zawsze musisz być taka… Dokładna? - Zapytałem cicho, bez zadziorności, której zwykle używałem, ale szybko się z tego wycofałem. - Nie, nieważne. Głupie pytanie. - Nie patrzyłem na nią, ale widziałem kątem oka, że jej brwi były ściągnięte, tak jak usta - zaciśnięte w cienką linię. Wiedziałem, że była wkurzona, bo kiedyś znałem każdy jej wyraz twarzy, wiedziałem, co znaczy każde jej milczenie, teraz mogłem tylko zgadywać, ale chociaż ten jeden raz wiedziałem, że robię to dobrze.
- Ja po prostu… - Urwałem, wkurzony na siebie, bo nie, to nie było nieważne, ale nie miałem słów, które nie brzmiałyby jak oskarżenie albo jak wyznanie, a żadnego z tych dwóch nie chciałem. Poczułem, jak moje palce minimalnie się poruszyły się pod jej dotykiem, jakby szukały czegoś, czego nie powinny - cofnąłem je natychmiast, jakby mnie sparzyły. - Nie ruszam się! - Powiedziałem, zanim zdążyła mi to znowu powiedzieć. - To było… Odruchowe. Poza tym, jeśli to ma być szybka wersja, to chyba mamy różne definicje słowa „szybko”. - Rzuciłem, próbując wrócić do swojej roli, maski, która zawsze mnie ratowała, zacisnąłem szczękę, zmotywowany do tego, by pozwolić jej skończyć. Tak - „pozwolić”, jakby to było coś, co kontrolowałem, nawet jeśli prawda była taka, że nie kontrolowałem niczego - ani tej sytuacji, ani jej, ani tego, że kiedy mnie dotykała, chciałem, żeby przestała, i jednocześnie, żeby nigdy nie przestawała.
Wytrzymałem jej spojrzenie, zawsze to robiłem, to był nasz sport - znałem tę jej mowę ciała, pamiętałem ją aż za dobrze, ten mikroskopijny ruch brwi, kiedy się skupiała, sposób, w jaki wstrzymywała oddech, jakby bała się spłoszyć własne myśli. Przez dwa lata byłem pierwszą osobą, która to widziała, potem przez rok byłem tą, która czytała to w liścikach, jak w zaszyfrowanych raportach z pola bitwy, a teraz… Teraz byłem obiektem. Uśmiechnąłem się krzywo, jak zawsze, kiedy coś mnie jednak dotykało, tylko nie zamierzałem dać jej tej satysfakcji - stała za blisko - zdecydowanie za blisko jak na kogoś, kto powinien sobie pójść, zamiast interesować się „nagłym przypadkiem medycznym”.
Słuchałem Ellie jednym uchem, kiwając głową, jak grzeczny chłopiec, którym nie byłem - jej ton był spokojny, miała ten rodzaj autorytetu, który nie potrzebował podnoszenia głosu ani straszenia, po prostu się z nim rodzisz albo nie, a ona zdecydowanie przyszła z nim na świat, z tym, że to nie oznaczało automatycznej racji.
„Na pewno zdajesz sobie z tego sprawę” - nie zdawałem, nie chciałem.
- Zakłada pani, że ludzie zawsze robią to, co chcą. - Odparłem grzecznie, ale z lekką nutą obrony, której nawet nie próbowałem ukryć. - To dość optymistyczne podejście. - Zerknąłem na babcię Bletchley, nie z oburzeniem, raczej tym spokojnym, mierzącym spojrzeniem, które zwykle miałem dla ludzi, którzy trafiali bliżej prawdy, niż było mi wygodnie. - Czasem zostaje się, bo wypada. Albo dlatego, że ktoś inny tego oczekuje. Albo dlatego, że… - Urwałem, bo nie zamierzałem kończyć tego zdania - nie w jej domu, nie przy niej. Nie spojrzałem na Prudence, świadomie, jakbym mógł w ten sposób nie dopuścić do tego, co jej babka właśnie próbowała mi włożyć do głowy. To było bezpieczne - mówienie o niej w trzeciej osobie, jakby jej tu nie było - nie chciałem widzieć jej twarzy, kiedy to mówiłem, nie chciałem wiedzieć, czy coś ją to obchodziło, gdyby wiedziała, jak blisko byłem tego, żeby się wkurzyć na serio, postanowiłaby jak najszybciej opuścić pomieszczenie, albo właśnie zostałaby tu celowo, w sumie nie miałem pojęcia, to też mnie drażniło.
- Ludzie są bardziej skomplikowani, niż się wydaje. - Dodałem, spokojniej, nie powiedziałem nic więcej, nie zaprzeczyłem Ellie, nie potwierdziłem - po prostu pozwoliłem, żeby miała swoją wersję. To już było podejrzane samo w sobie, zazwyczaj miałem coś do powiedzenia na każdy temat, a tu tylko wzruszyłem ramieniem, tym zdrowym.
- Skoro to ta gorsza wiadomość, to brzmi jakby miała być jakaś lepsza. - Mruknąłem. Może byłem zmęczony, może nie miałem już siły się kłócić, a może po prostu nie chciałem być tym, który zawsze wszystko ignoruje, nawet jeśli to głupie.
Zacząłem odwijać prowizoryczny bandaż wolniej, niż powinienem, bardzo świadomie, jakby to miało coś zmienić i ten moment nieuchronności dało się rozciągnąć w czasie. Czułem jej wzrok na mojej ręce, na każdym ruchu palców, ale nie spojrzałem na nią - wiedziałem, że jeśli podniosę wzrok, coś się we mnie przesunie, a ja nie miałem dziś ochoty na przesunięcia. Zareagowała natychmiast, oczywiście, że zareagowała - zawsze reagowała, zawsze dokładnie tak, jak tego nie potrzebowałem.
- A jak mam myśleć? - Oparłem się lekko o kanapę. - Wybacz, jeśli przeceniam swoją atrakcyjność w tej sytuacji, ale to ty się na mnie gapisz. - To było obronne, wiedziałem o tym, czułem, jak to dziwne uczucie zaciska mi się pod żebrami, jakbym próbował zamknąć coś, co nie chciało się zamknąć. Patrzyła na mnie znowu tak, jakby próbowała przewiercić mi czaszkę na wylot i znaleźć tam odpowiedź na pytanie, którego nie zadała - kiedyś spoglądała tak, gdy coś ją fascynowało, teraz wyglądało to bardziej jak sekcja zwłok w toku. Odwróciłem głowę lekko w bok, oparłem się mocniej o oparcie kanapy i wypuściłem powietrze nosem, wolno, kontrolowanie, w środku miałem bałagan, nienawidziłem tego - nienawidziłem, że potrafiła zrobić mi to jednym spojrzeniem. Parsknąłem, bo cisza robiła się lepka, a ja nie znosiłem, kiedy powietrze między nami gęstniało do konsystencji syropu na kaszel - musiałem odkrztusić to, co zebrało mi się pod żebrami. Ellie mówiła spokojnie, jakby ta cała sytuacja była tylko kolejną herbatką o piątej, jej głos działał jak kojący urok, problem w tym, że nie do końca rozbrajał napięcie - kiedy skomentowała, że małe dłonie mogą być zaletą, miałem ochotę przewrócić oczami, ale powstrzymałem się.
- Proszę się nie martwić, pani Bletchley, ja naprawdę nie potrzebuję specjalnego traktowania. Zależy mi na czasie, nie na delikatności, nie jestem z porcelany. - Uśmiechnąłem się i skinąłem głową, bo wypadało, byłem kulturalny, nawet jeśli w środku wszystko mi się jeżyło - nie chciałem wyglądać jak rozkapryszony dzieciak, już i tak byłem w sytuacji, w której oddałem kontrolę, a to było coś, czego nienawidziłem. Kontrola była moją walutą, bez niej czułem się nagi, a technicznie rzecz biorąc - teraz byłem półnagi, krwawiący, w domu Bletchleyów, świetnie.
Uniosłem lekko kącik ust, kiedy Prudence rzuciła o tej „przyspieszonej wersji”- nie dlatego, że mnie to bawiło, raczej dlatego, że wiedziałem, iż trafiłem w czuły punkt, a to było jedyne pole, na którym jeszcze umiałem z nią wygrywać.
- Doceniam troskę o mój napięty grafik. Wiesz, że w normalnych okolicznościach zaprotestowałbym przeciwko temu traktowaniu mnie jak worka kartofli. - Rzuciłem, ale ciszej niż zwykle. - Ale skoro już zaczęłaś… - Czułem jej irytację niemal fizycznie, jak napięcie w powietrzu, ale pod spodem było coś jeszcze - coś, czego nie chciałem nazwać, bo wtedy musiałbym się do tego odnieść.
Kiedy Prue chwyciła mnie za rękę, poczułem to jak impuls elektryczny - nie metaforycznie, tylko dosłownie - ciało zareagowało szybciej niż głowa, napięciem, mikroodruchem cofnięcia, który zdołałem powstrzymać tylko dlatego, że wiedziałem, jak głupio by to wyglądało. „Nie ruszaj się” - jasne - jakbym potrafił. Zamilkłem, naprawdę, na ułamek sekundy mózg mi się wyłączył, gdy jej palce zamknęły się wokół mojego nadgarstka i pociągnęła mnie trochę bliżej, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie, a nie była. Napiąłem się instynktownie, mięśnie same zareagowały, zanim zdążyłem pomyśleć.
- Wiesz, że nie musisz mnie porywać. - Mruknąłem, już ciszej, bez tej całej pokazowej bezczelności. - Sam bym przyszedł. - Ale nie cofnąłem ręki.
Nie spojrzałem na nią, patrzyłem gdzieś obok, na ścianę, na jakiś obraz, który widziałem setki razy, ale nigdy naprawdę. Skupiałem się na oddychaniu, na tym, żeby nie reagować na każdy jej dotyk jak idiota, mimo to poczułem, jak coś we mnie się prostuje, jakby ktoś powtarzalnie wciskał jeden przycisk. Siedziałem na tej kanapie i pozwalałem jej robić swoje, ale to też było kłamstwo - ja jej nie „pozwalałem”, ja to „znosiłem”, różnica była subtelna, ale dla mnie ogromna. Znosiłem jej bliskość, skupienie, ten sposób, w jaki przestała na mnie patrzeć jak na człowieka, a zaczęła jak na problem do rozwiązania, paradoksalnie to było gorsze, bo kiedy patrzyła na mnie jak na wroga, przynajmniej wiedziałem, na czym stoję - teraz była profesjonalna, chłodna, precyzyjna, a to mnie rozwarstwiało bardziej niż jakiekolwiek przenikliwe spojrzenie, irytując mocniej niż jakakolwiek obelga.
Piana zaczęła się pojawiać, a ja poczułem ten zapach, który zawsze kojarzył mi się z lecznicami i szkolnym skrzydłem szpitalnym - zapach, który mówił „nie jesteś niezniszczalny, tylko głupi”, nie lubiłem go, ale chyba jeszcze bardziej raziło mnie, że czułem jej dotyk, gazik przesuwający się po skórze, delikatnie, zbyt delikatnie, to było najgorsze - gdyby była brutalna, łatwiej byłoby mi to znieść, mógłbym rzucić jakąś kąśliwą uwagę, obrócić to w pojedynek, ale ona była… Dobra w tym. Jej ruchy były… Dobre, precyzyjne, ostrożne, zupełnie tak, jakby chciały mi udowodnić, że wszystko, co powiedziałem o „irytująco małych dłoniach” było zupełną bujdą, ale przecież już to doskonale wiedziałem - to nigdy nie miało związku z rzeczywistością, bo to był mój bezpiecznik - żart, zaczepka, coś, co pozwalało mi nie powiedzieć „boję się twojej bliskości bardziej niż bólu” - kiedy gazik przesuwał się po skórze, zacisnąłem zęby, ale nie cofnąłem ręki. Zasada numer jeden - „nie okazywać słabości”, zasada numer dwa - „nie okazywać słabości przy niej”, a gdzieś pomiędzy, pod wieloma głębokimi warstwami, kryło się coś jeszcze - to jedne „do” tkwiące tam jak drzazga…
- Zawsze musisz być taka… Dokładna? - Zapytałem cicho, bez zadziorności, której zwykle używałem, ale szybko się z tego wycofałem. - Nie, nieważne. Głupie pytanie. - Nie patrzyłem na nią, ale widziałem kątem oka, że jej brwi były ściągnięte, tak jak usta - zaciśnięte w cienką linię. Wiedziałem, że była wkurzona, bo kiedyś znałem każdy jej wyraz twarzy, wiedziałem, co znaczy każde jej milczenie, teraz mogłem tylko zgadywać, ale chociaż ten jeden raz wiedziałem, że robię to dobrze.
- Ja po prostu… - Urwałem, wkurzony na siebie, bo nie, to nie było nieważne, ale nie miałem słów, które nie brzmiałyby jak oskarżenie albo jak wyznanie, a żadnego z tych dwóch nie chciałem. Poczułem, jak moje palce minimalnie się poruszyły się pod jej dotykiem, jakby szukały czegoś, czego nie powinny - cofnąłem je natychmiast, jakby mnie sparzyły. - Nie ruszam się! - Powiedziałem, zanim zdążyła mi to znowu powiedzieć. - To było… Odruchowe. Poza tym, jeśli to ma być szybka wersja, to chyba mamy różne definicje słowa „szybko”. - Rzuciłem, próbując wrócić do swojej roli, maski, która zawsze mnie ratowała, zacisnąłem szczękę, zmotywowany do tego, by pozwolić jej skończyć. Tak - „pozwolić”, jakby to było coś, co kontrolowałem, nawet jeśli prawda była taka, że nie kontrolowałem niczego - ani tej sytuacji, ani jej, ani tego, że kiedy mnie dotykała, chciałem, żeby przestała, i jednocześnie, żeby nigdy nie przestawała.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)