16.01.2026, 02:18 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.01.2026, 04:05 przez Benjy Fenwick.)
Udawałem, że to całkowicie normalne, że opiera się o moją klatkę piersiową, normalne, że jej cień przesuwa się po mojej twarzy, kiedy poprawia pozycję, normalne, że oddychamy w tym samym rytmie, jakbyśmy od dawna mieli do tego instrukcję, ale robili to naturalnie, normalne, że moje ramię samo, bez konsultacji z mózgiem, znalazło się wokół jej talii, normalne, że palce, zamiast leżeć grzecznie, rysują na jej skórze leniwe, niekonsekwentne kształty… Normalne, że nic z tego nie jest normalne…
Bo bycie zakochanym w przyjaciółce to jak mieszkanie w domu, którego nie wolno ci nazwać „swoim”, mimo że znasz każdy jego zakamarek - wiesz, gdzie coś skrzypi, znasz ją na fundamentalnym poziomie, wiesz, kiedy okno trzeba domknąć lekko, a kiedy pchnąć mocniej, wiesz, co ją wzmacnia i co ją łamie, i… Właśnie dlatego, z tego ostatniego powodu, nie możesz nic zrobić - bo to nie twoja rola, być na stałe, nie w tym sensie, i gdybyś spróbował, mógłbyś zepsuć wszystko.
A chociaż byłem kimś, kto łamał schematy - jasne - zmieniałem role, ale też miejsca zamieszkania i twarze, to jednocześnie nie byłem typem budowniczego, kimś, kto zatrzymywał się gdzieś na dłużej - nie byłem tym, który zostawał i zajmował się prozą życia, byłem tym, który słuchał o niej, a potem znikał, wraz z usłyszanymi słowami, zatrzymując je dla siebie, bo to było najbliższe poczuciu sprawczości, doświadczaniu czegoś, co dla innych było częścią codzienności.
To nie tak, że nie widziałem tej wizji, jaką mieli bardziej statyczni ludzie, czasem widziałem ją aż za dobrze - dom, który nie jest tymczasowy, rzeczy, które nie są spakowane w torbie, poranki, które się powtarzają, nie w sensie nudy, tylko ciągłości. Może dlatego bywały chwilę, kiedy tak to idealizowałem, zazwyczaj wtedy leżałem obok niej i czułem, jak bardzo łatwo byłoby… Nie ruszać się, zostać, zobaczyć, jak wyglądałoby życie, gdyby nie było kolejnym przeskokiem z punktu A do punktu B - ta myśl była jednak dziwnie ciężka, jak coś zbyt dużego, by zmieściło się w mojej głowie bez rozbijania się o ściany, bo stabilizacja nie była dla mnie marzeniem, była niewiadomą, a niewiadome zawsze mnie niepokoiły bardziej niż ryzyko.
Droga nie była ucieczką, a adrenalina nie była głodem, którego nie dało się uciszyć, to był raczej nawyk, mechanizm - coś, co robiłem tak długo, że przestałem się zastanawiać, czy w ogóle potrafię inaczej. Ruch dawał mi iluzję kontroli, zmiana miejsca odcinała ciągi myśli, których nie chciałem dopuszczać do głosu - kiedy się nie zatrzymujesz, nie musisz odpowiadać na pytania o przyszłość, nie musisz niczego deklarować, niczego obiecywać, niczego bronić, niczego…
Parsknąłem cicho, zanim zdążyłem to powstrzymać, ten dźwięk wyrwał się ze mnie samoistnie, bardziej z przyzwyczajenia niż z rozbawienia, ale i tak uśmiechnąłem się krzywo, zerkając na nią spod przymrużonych powiek - jasne - obietnice od niej zawsze brzmiały jak groźby z adnotacją „i tak to zrobię, więc się przyzwyczaj”.
- Wiesz, jak już grozisz, to wypadałoby dorzucić coś w stylu „i nie próbuj uciekać” albo „mam na ciebie oko”, to robi klimat. - Uśmiechnąłem się półgębkiem, wpatrzony w niebo, jakbym mówił to mimochodem, bez większego ciężaru. Odruchowo uniosłem rękę i złapałem jej palec między dwa swoje, lekko, bez ściskania - to była bardziej zabawa, przekora, niż próba zatrzymania ruchu, który wykonywała.
- Widzisz, tu właśnie wchodzisz w rolę „tej strasznej”. - Mruknąłem, jednocześnie odruchowo napiąłem mięśnie tylko po to, żeby ją zirytować, a potem z powrotem się rozluźniłem. - Wskazujesz palcem, rzucasz egzystencjalne oskarżenia, podważasz moje podejście do życia wiecznego. Poza tym, nie mówiłem, że to mój koszmar. Mówiłem, że twoje groźby brzmią jak zapowiedź czegoś bardzo… Trwałego. A ja, jak już wiesz, nie mam najlepszych doświadczeń z rzeczami, które są „na zawsze”. - Przesunąłem kciukiem po jej palcu, bezwiednie, jakby to było coś zupełnie normalnego, i puściłem go dopiero po chwili. - Proszę, Pruey, nie strasz mnie życiem wiecznym. - Mruknąłem przeciągając dźwięki, jakbym rzeczywiście mógł zaraz zacząć ją prosić o darowanie mi tej opcji, mrużąc oczy od słońca. - Mam już dość problemów z ogarnięciem tego jednego, które mi wpadło. Wyobrażasz sobie mnie na wieczność? To byłaby prawdziwa klątwa. - Przymknąłem oczy na moment, pozwalając słońcu wgryźć się w powieki. - Na poziomie elementarnym nie ufam obietnicom bez daty ważności. - Dodałem, odrobinę poważniej. - A koncept życia wiecznego brzmi jak coś, co ktoś wymyślił, żeby nie musieć się żegnać. Z tego wychodzą upiory, wiesz? Sfrustrowane zjawy i poltergeisty. Chcesz, żebym był twoim poltergeisem? - Otworzyłem jedno oko i spojrzałem na nią krzywo.
Zamiast odpowiadać od razu na następną, jakże nurtującą, kwestię, złapałem kosmyk swoich włosów między palce, i przeciągnąłem go powoli, demonstracyjnie, machając nim jej przed oczami, i puszczając luźnym falo-skrętem, pogłębionym od soli i wysokiej wilgotności w powietrzu, aż opadł mi z powrotem na czoło, ciemny, ciemnobrązowy, nadal prawie czarny w słońcu.
- Z całym szacunkiem dla herbaty i mgły. To geny. Twarda biologia. Nie mam z tym nic wspólnego, przysięgam. - Uniosłem się leciutko na łokciu i odchyliłem trochę głowę, jakby chciał jej się dokładniej przyjrzeć, ale tak naprawdę to robiłem to bardziej po to, żeby mieć pretekst do gadania i do ruchu, zawsze byłem przy niej gadatliwy, jak nigdy indziej. - To jest… Sabotaż genetyczny. Widzisz mnie, ja nawet nie wyglądam na porządnego Brytola. Dostałem wszystko, co nie pasuje do arystokratycznych salonów. - Wskazałem na siebie - skórę, która była wyraźnie opalona, ramiona, szyję - przekręciłem głowę lekko w jej stronę i zerknąłem na nią spod rzęs. - Moja matka,cudowna osoba, nawiasem mówiąc, wzór cnót, poza tym, że jest bardzo wysoka, urodziła się do spacerów po wrzosowiskach i romantycznego moknięcia w deszczu, jest odpowiednio jasna, blond, oczy jak niebo w bezchmurny dzień, rzęsy do dupy, to jeszcze jakoś by mogło zagrać z ideałami, ale w praktyce byłaby też w stanie przenieść szafę, pełną, sama. Z dwójką dzieci pod ramionami. Reszta byłaby w szafie. - Dodałem, bo nie potrafiłem mówić o rodzinie bez ironii. Machnąłem ręką, jakbym odganiał obraz. - A potem masz moją babkę od strony ojca. Tam zaczynają się schody. - Poruszyłem się minimalnie, poprawiając i dopasowując naszą pozycję, nadal swobodnie, nadal bez napięcia na zewnątrz.
- Dziadek na wyjeździe uwiódł pannę z bardzo dobrej rodziny, trochę za dobrej, bo potem bezapelacyjnie musiał się z nią ożenić. Całe szczęście, była kurewsko bogatą dziedziczką, miała dobre biodra do rodzenia dzieci, chętnie wybyła za wodę ze swojego malowniczego zadupia w Pirenejach, więc wszyscy udawali, że to było bardzo strategiczne, ekhem, posunięcie, a on całe życie pokutował, bo ta transakcja okazała się… Owocna, a owszem, ale niezbyt subtelna w skutkach. Pod wieloma względami. - Prychnąłem. - Gównosojusze, małżeństwa polityczne, a potem zdziwienie, że z tej gałęzi drzewa nie wyrastają delikatne arystokratyczne kwiatki, tylko… No. - Wskazałem na siebie. Potem dotknąłem swoich włosów jeszcze raz, tym razem mocniej, rozczochrałem je. - To. - Opuściłem głowę z powrotem na piasek, uśmiechając się pod nosem. - Poza tym po prostu jestem ciepłolubny. - Przesunąłem dłonią po jej ramieniu, potem po własnej klatce piersiowej, nie po to, żeby się popisywać, tylko żeby zaznaczyć różnicę w odcieniu skóry, opaleniznę, która nie znikała nawet po miesiącach w chłodzie. - Więc jeśli kiedyś zobaczysz mnie próbującego zamieszkać w miejscu, gdzie ciągle pada i jest szaro… To znaczy, że ktoś mnie szantażuje. Albo jestem naprawdę zakochany. - Przymknąłem powieki na moment, a potem spojrzałem na nią z rozbawieniem, wywracając oczami, bo przecież oboje wiedzieliśmy, że teoretycznie obie te sytuacje były tak samo nieprawdopodobne - prawda?
Parsknąłem cicho, zanim zdążyłem się powstrzymać - ten dźwięk wyrwał mi się bardziej z klatki piersiowej niż z gardła, krótki, lekki - odruchowo uniosłem jedną brew, spojrzałem na nią z dołu, mrużąc oczy w tym swoim półżartobliwym, półniewinnym stylu, który zawsze maskował to, co naprawdę mi się kłębiło w głowie.
- Nową przyjaciółkę. - Powtórzyłem, jakby to było coś absolutnie abstrakcyjnego. - Po pierwsze, nie znalazłbym sobie nowej przyjaciółki. - Rzuciłem od razu, zanim zdążyła się rozpędzić. - Nie zrobiłem tego przez dekadę, nawet jak mieliśmy przerwę, już widzę, jak to robię zaraz. „Cześć, zaginęła mi najlepsza przyjaciółka, więc szukam zamiennika, najlepiej w podobnym rozmiarze, ma mieć te same cechy charakterystyczne, ten sam charakter i reagować na Pruey, krasnalu!, bo nie lubię zmian, jestem sentymentalnym kawałem skurwiela, tudzież cierpię na zaniki pamięci krótkotrwałej, z uwagi na wykonywanie zawodu podwyższonego ryzyka”. Ustawią się całe kolejki. - Uniosłem lekko brwi i zerknąłem na nią spod półprzymkniętych powiek. - Po drugie… - Zawiesiłem głos na moment, jeszcze bardziej mrużąc oczy. - Gryzienie byłoby absolutnie w twoim stylu, więc dobrze, że jesteś z tym transparentna. Właśnie dlatego plan z miażdżeniem odpada. Nie mam ochoty umrzeć w taki sposób. To byłoby bardzo głupie epitafium. - Uniosłem rękę i bezwiednie dotknąłem jej nadgarstka, bardziej odruchem, niż z jakiegoś konkretnego powodu. - A po trzecie… - Westchnąłem teatralnie. - Wiedziałem. Wiedziałem, że coś z nim nie gra. - Lubiłem się z nią droczyć, prowokować jej reakcje, to lekkie uniesienie brwi, ten półuśmiech, który mówił „zaraz ci coś powiem, a ty będziesz tego żałował”, ale jeszcze bardziej lubiłem mieć rację.
Zamknąłem oczy na moment, jakby światło było zbyt ostre, a nie dlatego, że czułem jej zapach tak blisko, że zaczynało mi się mieszać w głowie, udawałem, że jestem całkowicie rozluźniony, że nie rejestruję każdego jej ruchu, każdego drobnego przesunięcia ciała, każdego dotyku, który w teorii był przypadkiem, a w praktyce… No, cóż, oboje wiedzieliśmy, że linia graniczna między przypadkiem a wyborem jest u nas wyjątkowo cienka. Zawsze mnie to bawiło, jak naturalnie przekraczaliśmy granice, które inni uznaliby za święte, a potem nagle przestawało mnie bawić, gdy robiła coś, co sprawiało, że krew we mnie wrzała, lokując się w jednym, strategicznym miejscu. Poruszyła nogą, obsypując mnie piaskiem, a ja tylko westchnąłem teatralnie, jakby właśnie wydarzyła się największa tragedia mojego życia. Uśmiechnąłem się pod nosem, słysząc jej „przepraszam”, bo było w tym coś bardzo jej - automatyczne, szczere, jakby naprawdę wierzyła, że piasek jest największym problemem tej sytuacji. Uniosłem brew dokładnie w tym samym momencie, co ona, jakbyśmy to mieli wyćwiczone, a potem przesunąłem dłonią po jej łydce, pomagając jej poprawić nogę, ale tak, żeby wyszło na to, że robię to wyłącznie z troski o ergonomię sytuacji. Oczywiście - tylko ergonomia - udawałem, że nie czuję, jak moje ciało reaguje na jej bliskość, wszystko jest w normie, nie zesztywniałem, kiedy trąciła mnie nogą.
- Wyciskaj z tej listy, ile chcesz. - Mruknąłem. Spojrzałem na nią spod półprzymkniętych powiek, z tym znanym jej już spojrzeniem, które mówiło jednocześnie „nie wierzę w ani jedno twoje słowo” i „uwielbiam, że to mówisz”. - I tak to robisz od lat. - To było powiedziane żartobliwie, ale gdzieś pod spodem było w tym coś bardziej szczerego, niż zamierzałem, bo krążyliśmy wokół siebie od dawna, jak dwa ciała niebieskie, które nigdy nie wpadają na siebie wprost, ale zawsze są wystarczająco blisko, żeby to miało znaczenie - i może właśnie dlatego ta chwila na plaży była tak niebezpieczna, bo łatwo było sobie wyobrazić, że tak mogłoby wyglądać codziennie, wtedy to nie byłby tylko przystanek, to mogłoby być miejsce.
A przecież znałem siebie - wiedziałem, że stabilizacja zawsze brzmiała jak coś, co przydarza się innym - ja byłem od ruchu, od zmiany, od niekończącego się „jeszcze tylko jeden raz”, a ona… Ona mogła chcieć więcej, albo przynajmniej kiedyś będzie tego chciała, to z pewnością, nawet jeśli nie chciałem się tym martwić na zapas, i może właśnie dlatego pozwalałem sobie tylko na to - na żarty, półzdania, bliskość, która nie wymagała deklaracji. Prawda była taka, że ja naprawdę dobrze odnajdywałem się w drodze, chaosie, w zmianach, w tym ciągłym „zaraz, zaraz, tylko jeszcze to jedno”, lubiłem, gdy nic nie było do końca domknięte, gdy nie musiałem decydować, gdzie jest „na zawsze”. Zawsze mogłem powiedzieć, że to nie ten moment, nie ta mapa, nie ten kierunek, to było wygodne, bezpieczne, nikt nie mógł mnie z tego rozliczyć, ale kiedy leżała tak blisko, jej ciężar był czymś znajomym, nieprzypadkowym, a oddech układał się w rytm, którego nie musiałem zgadywać, wtedy coś we mnie się buntowało przeciwko tej narracji, którą powtarzałem sobie od lat - w tym „ja nie jestem od osiadania, nie umiem w stabilność, potrzebuję ciągłego ruchu, bo inaczej coś we mnie gaśnie” - to nie było do końca prawdą. Ruch był łatwy - zostawanie było trudne, przygoda nie wymagała ode mnie decyzji - stabilizacja już tak.
Nawet jeśli z nią każdy przystanek miał tendencję do zamieniania się w coś, co mogło być „na dłużej”, to mnie przerażało bardziej niż jakakolwiek klątwa, jakiekolwiek zlecenie, jakiekolwiek ryzyko, bo stabilizacja oznaczała odpowiedzialność, a odpowiedzialność oznaczała, że jeśli coś się zepsuje, to naprawdę będzie bolało, a ja… Miałem już wystarczająco dużo dowodów na to, że kiedy boli, to nie widzę sensu w…
„Myślisz, że mogłoby mi to zacząć przeszkadzać?”
- Nie myśl za dużo. - Rzuciłem nagle, jakbym czytał jej w myślach, chociaż to ja walczyłem ze swoimi myślami, bo gdybyśmy naprawdę byli tylko przyjaciółmi, to nie byłoby tak zupełnie inaczej w mojej głowie, kiedy była tak blisko, nie byłoby tego napięcia, tego delikatnego, ciągłego „co jeśli”, nie byłoby tego uczucia, że chcę ją zatrzymać, choć wiem, że nie mam do tego prawa. - To zawsze kończy się źle.
Oczywiście, że miałem do niej słabość - od lat, od zawsze, ale ta słabość dawno przestała być dziecięca, oboje o tym wiedzieliśmy, nawet jeśli nigdy nie nazwaliśmy tego po imieniu, to była ta część naszej relacji, która nigdy nie była do końca uczciwa. Nie kłamaliśmy sobie, ale też nie mówiliśmy całej prawdy - zbyt wiele by skomplikowała, a tak mogliśmy udawać, że z chwilą, w której zorientowaliśmy się, kim jesteśmy, chęć sięgnięcia po coś więcej zupełnie wygasła. Dla niej może tak, ale dla mnie…
Parsknąłem cicho, kiedy zaczęła tłumaczyć swoją teorię o „nie miałam wyjścia”, znałem ją na pamięć, od podszewki, zawsze tak robiła, zawsze budowała narrację, w której była jednocześnie niewinna i kompletnie bezczelna, i zawsze działało.
- Po prostu lubisz, jak masz rację. A potem jeszcze bardziej lubisz, jak ja muszę się z tobą zgodzić. Projektujesz na mnie swoje upodobania, aż wreszcie ci ulegam, bo jesteś… - Mlasnąłem, szukając brakującego słowa. - Taka. - Patrzyłem na nią i myślałem o tym, jak bardzo przywykłem do jej obecności, do tego, że zawsze wracała, że niezależnie od tego, gdzie mnie rzucało, prędzej czy później znowu się pojawiała, jakbyśmy byli na jakichś dziwnych orbitach, które zawsze się przecinały. Miałem w sobie ten dziwny nawyk - kiedy coś było dobre, próbowałem to zapamiętać na zapas, na moment, kiedy znowu będzie zimno, mokro i wszystko wróci do normalnego rytmu „zaraz, potem, kiedyś”. Przestawałem zauważać granicę między „ja” a „my”, kiedy była tak blisko. Zastanawiałem się, czy ona też to czuła - to dziwne zawieszenie między „teraz” a „potem”, między byciem w drodze a potrzebą, żeby w końcu gdzieś osiąść. Czułem, że Pruey potrafiłaby w tym żyć, może nawet byłaby szczęśliwa, ja… Nie byłem pewien, czy potrafiłbym oddychać bez tej potrzeby ruszania dalej. Najgorsze było to, że przy niej ta potrzeba słabła, a to mnie paraliżowało bardziej niż cokolwiek innego, bo nie chodziło o to, że zupełnie nigdy nie brałem pod uwagę stabilizacji - chodziło o to, że obawiałem się, że jeśli ją wezmę pod uwagę naprawdę, nie będę w stanie się z tego wycofać, a ja zawsze byłem dobry w wycofywaniu się, zanim zrobi się zbyt prawdziwie, więc… Wracałem do samych podstaw, na których oparłem swoje życie - żartowałem, maskowałem, mówiłem o drodze, przygodach, ruchu - grałem rolę faceta, który nie zatrzymuje się nigdzie na dłużej, robiłem to tak długo, że wszyscy w to uwierzyli, nawet ja, chociaż wtedy pojawiały się takie dni jak ten i… I czasem nienawidziłem siebie za to, czasami chciałem być inny, i… I to było najbliżej odpowiedzi, jaką kiedykolwiek byłem w stanie udźwignąć - to, że dla mnie to nie zawsze wyglądało tak samo, chociaż pewnie nigdy bym jej tego nie powiedział wprost. W idyllicznym świecie nie byłoby w tym żadnego „krążenia”, byłoby „zostajemy”, i byłoby, gdzie zostać, ale trochę za długo żyłem pomiędzy różnymi miejscami, by to nie wydawało mi się podejrzanie nierealistyczne - to była jedna z tych prawd, których nie dało się zakląć w coś ładniejszego, nawet jeśli chciało się patrzeć na świat, jakby był ładny. Ładny i… „Nieszkodliwy”.
- „Nieszkodliwy” to bardzo niskie wymagania, wiesz? - Zauważyłem, niby lakonicznie, jakby to była tylko zwykła uwaga, a jednak rzuciłem to raczej sucho. Zmarszczyłem nos, jakbym właśnie usłyszał coś wybitnie podejrzanego, a potem westchnąłem demonstracyjnie, opadając z powrotem na piasek. - Oczywiście, że nie wydaje się szkodliwy. Właśnie tacy są najbardziej niebezpieczni. Nikt nigdy nie wygląda jak problem, dopóki nim nie jest. - Koniec, kropka. - Wąż też może być nieszkodliwy. Do momentu. - Nie powiedziałem tego ostro, raczej spokojnie, może nawet zbyt spokojnie, bo to była ta część mnie, która zawsze mówiła rozsądnie, nawet kiedy w środku miałem ochotę być dużo mniej rozsądny. - Poza tym nie powiedziałem, że jest szkodliwy. - Uściśliłem, z tą niby-lekką nutą, którą zawsze wykorzystywałem, kiedy coś mnie uwierało. - Mówię tylko, że ludzie rzadko są dokładnie tacy, jak wyglądają na pierwszy rzut oka. Są faceci, którzy są „mili”, bo są mili, i są tacy, którzy są „mili”, bo coś chcą. On wygląda na ten drugi typ.
Westchnąłem, patrząc w niebo, szukając tam nie wiadomo czego, może cierpliwości.
- Po prostu bądź ostrożna, dobra? - Rzuciłem lekko, po chwili, jakby to była luźna uwaga, a nie coś, co naprawdę mnie gryzło. - Nie wierzę w gości w tym zawodzie, którzy „tak po prostu lubią towarzystwo inteligentnych kobiet”. Z doświadczenia - to „tak po prostu”, to zazwyczaj kłamstwo numer jeden, zawsze musi być jakiś powód. A „pociąg do głębokich rozmów egzystencjalnych na poziomie, których nie można tutaj doświadczyć z nikim innym, tylko z tobą, ehkem, medyczny aniele, masz w sobie tyle cierpliwości”, to wygodna zasłona dymna, tacy zwykle nie wydają się szkodliwi na początku, to ich główna zaleta. Może się mylę. Może jest cudownym, uroczym typem bez żadnych ukrytych intencji. Ale jak się nie mylę, to wolę wiedzieć, że patrzyłaś mu na ręce. - Zerknąłem w tamtą stronę jeszcze raz, bez większej subtelności. Ten typ… Nie wiedziałem nawet, co dokładnie mi w nim nie pasowało, może to, że był zbyt gładki, zbyt uprzejmy, jak na tę bandę, zbyt idealnie wpasowany w rolę „miłego faceta”. Miałem alergię na takich ludzi, z doświadczenia, nie z uprzedzenia, wcale.
Odchyliłem głowę, żeby móc na nią spojrzeć, z bliska, zbyt bliska, jak na „tylko przyjaźń”, po czym zmrużyłem oczy, zaprzeczając sam sobie.
- Jednak wiesz, co? Gówno prawda, cofam to, ja „się nie mylę”, a ty masz paskudny zwyczaj wierzenia, że wszyscy są z definicji „całkiem w porządku”, nawet jak nie są. - Powiedziałem, marszcząc nos. - Więc, jako twój… Najlepszy przyjaciel. - Uśmiechnąłem się, bardziej kątem ust niż naprawdę, jakbym właśnie mówił coś normalnego, a nie coś, co w środku lekko mnie skręcało - jej słowa o „jedynym najlepszym przyjacielu” trafiły dokładnie tam, gdzie miały trafić, w środku wiedziałem dokładnie, czym to jest - ten tytuł był jak wygodne miejsce przy stole, do którego nikt nie mógł mnie wyprosić, ale też nie dawał mi prawa do niczego więcej. Nie mogłem protestować, nie mogłem rościć sobie praw, mogłem tylko być i cholernie mnie to uwierało. - Czuję się w obowiązku od czasu do czasu ci przypominać, że ostrożność to nie paranoja. - Nie powiedziałem, że jestem zazdrosny, nie powiedziałem, że mnie to drażni, nie powiedziałem, że nie znoszę, kiedy ktoś inny zaczyna za bardzo panoszyć się w przestrzeni, która… Była moja, nawet jeśli nigdy nie została nazwana. Wpatrywałem się w nią przez chwilę dłużej, niż było to całkiem rozsądne. Leżała na mnie tak, jakby to było najbardziej naturalne miejsce na świecie, jakby nie było w tym nic intymnego, nic znaczącego, tylko wygoda, właśnie to było najbardziej podstępne - ta normalność, ten brak napięcia na powierzchni, który pod spodem miał całą masę rzeczy, o których żadne z nas nie mówiło głośno. Zamiast tego przesunąłem dłonią po jej plecach powoli, jakby to był zupełnie przypadkowy gest, coś, co robiłem odruchowo, bez myślenia - w rzeczywistości myślałem aż za dużo - westchnąłem cicho, nos miałem tuż przy jej włosach. Pachniała słońcem i czymś znajomym, czymś, co od lat było dla mnie sygnałem bezpieczeństwa, a nagle poczułem się tak, jakby to było… Zagrożone.
No, kurwa - byłem zazdrosny. Tak, typ mi śmierdział, to nie było kłamstwem, ale było w tym coś jeszcze, nie inaczej.
- Po prostu uważaj. - Rzuciłem. - Tyle.
A potem dodałem, już bardziej żartobliwie, żeby nie było zbyt serio:
- Bo jak coś okaże się śliskie, to ja będę musiał powiedzieć „a nie mówiłem”, a wiesz, że o ile bardzo uwielbiam mieć rację, o tyle w tym wypadku wolałbym nie. - To była prawda, ale nie cała. Dalej unosiłem kącik ust, ale to był ten uśmiech, który bardziej maskował niż cokolwiek wyrażał - ten, który zakładałem automatycznie, kiedy coś mnie uwierało, a nie chciałem tego pokazać. Przez moment naprawdę chciałem uwierzyć, że to nic takiego, zwykła, neutralna obecność, to tylko kolejny facet, który lubił przebywać w pobliżu kobiet, tylko że ja nie wierzyłem w „przypadkowe kręcenie się”, nie w tym zawodzie, nie po tym, co widziałem w życiu.
Bo bycie zakochanym w przyjaciółce to jak mieszkanie w domu, którego nie wolno ci nazwać „swoim”, mimo że znasz każdy jego zakamarek - wiesz, gdzie coś skrzypi, znasz ją na fundamentalnym poziomie, wiesz, kiedy okno trzeba domknąć lekko, a kiedy pchnąć mocniej, wiesz, co ją wzmacnia i co ją łamie, i… Właśnie dlatego, z tego ostatniego powodu, nie możesz nic zrobić - bo to nie twoja rola, być na stałe, nie w tym sensie, i gdybyś spróbował, mógłbyś zepsuć wszystko.
A chociaż byłem kimś, kto łamał schematy - jasne - zmieniałem role, ale też miejsca zamieszkania i twarze, to jednocześnie nie byłem typem budowniczego, kimś, kto zatrzymywał się gdzieś na dłużej - nie byłem tym, który zostawał i zajmował się prozą życia, byłem tym, który słuchał o niej, a potem znikał, wraz z usłyszanymi słowami, zatrzymując je dla siebie, bo to było najbliższe poczuciu sprawczości, doświadczaniu czegoś, co dla innych było częścią codzienności.
To nie tak, że nie widziałem tej wizji, jaką mieli bardziej statyczni ludzie, czasem widziałem ją aż za dobrze - dom, który nie jest tymczasowy, rzeczy, które nie są spakowane w torbie, poranki, które się powtarzają, nie w sensie nudy, tylko ciągłości. Może dlatego bywały chwilę, kiedy tak to idealizowałem, zazwyczaj wtedy leżałem obok niej i czułem, jak bardzo łatwo byłoby… Nie ruszać się, zostać, zobaczyć, jak wyglądałoby życie, gdyby nie było kolejnym przeskokiem z punktu A do punktu B - ta myśl była jednak dziwnie ciężka, jak coś zbyt dużego, by zmieściło się w mojej głowie bez rozbijania się o ściany, bo stabilizacja nie była dla mnie marzeniem, była niewiadomą, a niewiadome zawsze mnie niepokoiły bardziej niż ryzyko.
Droga nie była ucieczką, a adrenalina nie była głodem, którego nie dało się uciszyć, to był raczej nawyk, mechanizm - coś, co robiłem tak długo, że przestałem się zastanawiać, czy w ogóle potrafię inaczej. Ruch dawał mi iluzję kontroli, zmiana miejsca odcinała ciągi myśli, których nie chciałem dopuszczać do głosu - kiedy się nie zatrzymujesz, nie musisz odpowiadać na pytania o przyszłość, nie musisz niczego deklarować, niczego obiecywać, niczego bronić, niczego…
Parsknąłem cicho, zanim zdążyłem to powstrzymać, ten dźwięk wyrwał się ze mnie samoistnie, bardziej z przyzwyczajenia niż z rozbawienia, ale i tak uśmiechnąłem się krzywo, zerkając na nią spod przymrużonych powiek - jasne - obietnice od niej zawsze brzmiały jak groźby z adnotacją „i tak to zrobię, więc się przyzwyczaj”.
- Wiesz, jak już grozisz, to wypadałoby dorzucić coś w stylu „i nie próbuj uciekać” albo „mam na ciebie oko”, to robi klimat. - Uśmiechnąłem się półgębkiem, wpatrzony w niebo, jakbym mówił to mimochodem, bez większego ciężaru. Odruchowo uniosłem rękę i złapałem jej palec między dwa swoje, lekko, bez ściskania - to była bardziej zabawa, przekora, niż próba zatrzymania ruchu, który wykonywała.
- Widzisz, tu właśnie wchodzisz w rolę „tej strasznej”. - Mruknąłem, jednocześnie odruchowo napiąłem mięśnie tylko po to, żeby ją zirytować, a potem z powrotem się rozluźniłem. - Wskazujesz palcem, rzucasz egzystencjalne oskarżenia, podważasz moje podejście do życia wiecznego. Poza tym, nie mówiłem, że to mój koszmar. Mówiłem, że twoje groźby brzmią jak zapowiedź czegoś bardzo… Trwałego. A ja, jak już wiesz, nie mam najlepszych doświadczeń z rzeczami, które są „na zawsze”. - Przesunąłem kciukiem po jej palcu, bezwiednie, jakby to było coś zupełnie normalnego, i puściłem go dopiero po chwili. - Proszę, Pruey, nie strasz mnie życiem wiecznym. - Mruknąłem przeciągając dźwięki, jakbym rzeczywiście mógł zaraz zacząć ją prosić o darowanie mi tej opcji, mrużąc oczy od słońca. - Mam już dość problemów z ogarnięciem tego jednego, które mi wpadło. Wyobrażasz sobie mnie na wieczność? To byłaby prawdziwa klątwa. - Przymknąłem oczy na moment, pozwalając słońcu wgryźć się w powieki. - Na poziomie elementarnym nie ufam obietnicom bez daty ważności. - Dodałem, odrobinę poważniej. - A koncept życia wiecznego brzmi jak coś, co ktoś wymyślił, żeby nie musieć się żegnać. Z tego wychodzą upiory, wiesz? Sfrustrowane zjawy i poltergeisty. Chcesz, żebym był twoim poltergeisem? - Otworzyłem jedno oko i spojrzałem na nią krzywo.
Zamiast odpowiadać od razu na następną, jakże nurtującą, kwestię, złapałem kosmyk swoich włosów między palce, i przeciągnąłem go powoli, demonstracyjnie, machając nim jej przed oczami, i puszczając luźnym falo-skrętem, pogłębionym od soli i wysokiej wilgotności w powietrzu, aż opadł mi z powrotem na czoło, ciemny, ciemnobrązowy, nadal prawie czarny w słońcu.
- Z całym szacunkiem dla herbaty i mgły. To geny. Twarda biologia. Nie mam z tym nic wspólnego, przysięgam. - Uniosłem się leciutko na łokciu i odchyliłem trochę głowę, jakby chciał jej się dokładniej przyjrzeć, ale tak naprawdę to robiłem to bardziej po to, żeby mieć pretekst do gadania i do ruchu, zawsze byłem przy niej gadatliwy, jak nigdy indziej. - To jest… Sabotaż genetyczny. Widzisz mnie, ja nawet nie wyglądam na porządnego Brytola. Dostałem wszystko, co nie pasuje do arystokratycznych salonów. - Wskazałem na siebie - skórę, która była wyraźnie opalona, ramiona, szyję - przekręciłem głowę lekko w jej stronę i zerknąłem na nią spod rzęs. - Moja matka,cudowna osoba, nawiasem mówiąc, wzór cnót, poza tym, że jest bardzo wysoka, urodziła się do spacerów po wrzosowiskach i romantycznego moknięcia w deszczu, jest odpowiednio jasna, blond, oczy jak niebo w bezchmurny dzień, rzęsy do dupy, to jeszcze jakoś by mogło zagrać z ideałami, ale w praktyce byłaby też w stanie przenieść szafę, pełną, sama. Z dwójką dzieci pod ramionami. Reszta byłaby w szafie. - Dodałem, bo nie potrafiłem mówić o rodzinie bez ironii. Machnąłem ręką, jakbym odganiał obraz. - A potem masz moją babkę od strony ojca. Tam zaczynają się schody. - Poruszyłem się minimalnie, poprawiając i dopasowując naszą pozycję, nadal swobodnie, nadal bez napięcia na zewnątrz.
- Dziadek na wyjeździe uwiódł pannę z bardzo dobrej rodziny, trochę za dobrej, bo potem bezapelacyjnie musiał się z nią ożenić. Całe szczęście, była kurewsko bogatą dziedziczką, miała dobre biodra do rodzenia dzieci, chętnie wybyła za wodę ze swojego malowniczego zadupia w Pirenejach, więc wszyscy udawali, że to było bardzo strategiczne, ekhem, posunięcie, a on całe życie pokutował, bo ta transakcja okazała się… Owocna, a owszem, ale niezbyt subtelna w skutkach. Pod wieloma względami. - Prychnąłem. - Gównosojusze, małżeństwa polityczne, a potem zdziwienie, że z tej gałęzi drzewa nie wyrastają delikatne arystokratyczne kwiatki, tylko… No. - Wskazałem na siebie. Potem dotknąłem swoich włosów jeszcze raz, tym razem mocniej, rozczochrałem je. - To. - Opuściłem głowę z powrotem na piasek, uśmiechając się pod nosem. - Poza tym po prostu jestem ciepłolubny. - Przesunąłem dłonią po jej ramieniu, potem po własnej klatce piersiowej, nie po to, żeby się popisywać, tylko żeby zaznaczyć różnicę w odcieniu skóry, opaleniznę, która nie znikała nawet po miesiącach w chłodzie. - Więc jeśli kiedyś zobaczysz mnie próbującego zamieszkać w miejscu, gdzie ciągle pada i jest szaro… To znaczy, że ktoś mnie szantażuje. Albo jestem naprawdę zakochany. - Przymknąłem powieki na moment, a potem spojrzałem na nią z rozbawieniem, wywracając oczami, bo przecież oboje wiedzieliśmy, że teoretycznie obie te sytuacje były tak samo nieprawdopodobne - prawda?
Parsknąłem cicho, zanim zdążyłem się powstrzymać - ten dźwięk wyrwał mi się bardziej z klatki piersiowej niż z gardła, krótki, lekki - odruchowo uniosłem jedną brew, spojrzałem na nią z dołu, mrużąc oczy w tym swoim półżartobliwym, półniewinnym stylu, który zawsze maskował to, co naprawdę mi się kłębiło w głowie.
- Nową przyjaciółkę. - Powtórzyłem, jakby to było coś absolutnie abstrakcyjnego. - Po pierwsze, nie znalazłbym sobie nowej przyjaciółki. - Rzuciłem od razu, zanim zdążyła się rozpędzić. - Nie zrobiłem tego przez dekadę, nawet jak mieliśmy przerwę, już widzę, jak to robię zaraz. „Cześć, zaginęła mi najlepsza przyjaciółka, więc szukam zamiennika, najlepiej w podobnym rozmiarze, ma mieć te same cechy charakterystyczne, ten sam charakter i reagować na Pruey, krasnalu!, bo nie lubię zmian, jestem sentymentalnym kawałem skurwiela, tudzież cierpię na zaniki pamięci krótkotrwałej, z uwagi na wykonywanie zawodu podwyższonego ryzyka”. Ustawią się całe kolejki. - Uniosłem lekko brwi i zerknąłem na nią spod półprzymkniętych powiek. - Po drugie… - Zawiesiłem głos na moment, jeszcze bardziej mrużąc oczy. - Gryzienie byłoby absolutnie w twoim stylu, więc dobrze, że jesteś z tym transparentna. Właśnie dlatego plan z miażdżeniem odpada. Nie mam ochoty umrzeć w taki sposób. To byłoby bardzo głupie epitafium. - Uniosłem rękę i bezwiednie dotknąłem jej nadgarstka, bardziej odruchem, niż z jakiegoś konkretnego powodu. - A po trzecie… - Westchnąłem teatralnie. - Wiedziałem. Wiedziałem, że coś z nim nie gra. - Lubiłem się z nią droczyć, prowokować jej reakcje, to lekkie uniesienie brwi, ten półuśmiech, który mówił „zaraz ci coś powiem, a ty będziesz tego żałował”, ale jeszcze bardziej lubiłem mieć rację.
Zamknąłem oczy na moment, jakby światło było zbyt ostre, a nie dlatego, że czułem jej zapach tak blisko, że zaczynało mi się mieszać w głowie, udawałem, że jestem całkowicie rozluźniony, że nie rejestruję każdego jej ruchu, każdego drobnego przesunięcia ciała, każdego dotyku, który w teorii był przypadkiem, a w praktyce… No, cóż, oboje wiedzieliśmy, że linia graniczna między przypadkiem a wyborem jest u nas wyjątkowo cienka. Zawsze mnie to bawiło, jak naturalnie przekraczaliśmy granice, które inni uznaliby za święte, a potem nagle przestawało mnie bawić, gdy robiła coś, co sprawiało, że krew we mnie wrzała, lokując się w jednym, strategicznym miejscu. Poruszyła nogą, obsypując mnie piaskiem, a ja tylko westchnąłem teatralnie, jakby właśnie wydarzyła się największa tragedia mojego życia. Uśmiechnąłem się pod nosem, słysząc jej „przepraszam”, bo było w tym coś bardzo jej - automatyczne, szczere, jakby naprawdę wierzyła, że piasek jest największym problemem tej sytuacji. Uniosłem brew dokładnie w tym samym momencie, co ona, jakbyśmy to mieli wyćwiczone, a potem przesunąłem dłonią po jej łydce, pomagając jej poprawić nogę, ale tak, żeby wyszło na to, że robię to wyłącznie z troski o ergonomię sytuacji. Oczywiście - tylko ergonomia - udawałem, że nie czuję, jak moje ciało reaguje na jej bliskość, wszystko jest w normie, nie zesztywniałem, kiedy trąciła mnie nogą.
- Wyciskaj z tej listy, ile chcesz. - Mruknąłem. Spojrzałem na nią spod półprzymkniętych powiek, z tym znanym jej już spojrzeniem, które mówiło jednocześnie „nie wierzę w ani jedno twoje słowo” i „uwielbiam, że to mówisz”. - I tak to robisz od lat. - To było powiedziane żartobliwie, ale gdzieś pod spodem było w tym coś bardziej szczerego, niż zamierzałem, bo krążyliśmy wokół siebie od dawna, jak dwa ciała niebieskie, które nigdy nie wpadają na siebie wprost, ale zawsze są wystarczająco blisko, żeby to miało znaczenie - i może właśnie dlatego ta chwila na plaży była tak niebezpieczna, bo łatwo było sobie wyobrazić, że tak mogłoby wyglądać codziennie, wtedy to nie byłby tylko przystanek, to mogłoby być miejsce.
A przecież znałem siebie - wiedziałem, że stabilizacja zawsze brzmiała jak coś, co przydarza się innym - ja byłem od ruchu, od zmiany, od niekończącego się „jeszcze tylko jeden raz”, a ona… Ona mogła chcieć więcej, albo przynajmniej kiedyś będzie tego chciała, to z pewnością, nawet jeśli nie chciałem się tym martwić na zapas, i może właśnie dlatego pozwalałem sobie tylko na to - na żarty, półzdania, bliskość, która nie wymagała deklaracji. Prawda była taka, że ja naprawdę dobrze odnajdywałem się w drodze, chaosie, w zmianach, w tym ciągłym „zaraz, zaraz, tylko jeszcze to jedno”, lubiłem, gdy nic nie było do końca domknięte, gdy nie musiałem decydować, gdzie jest „na zawsze”. Zawsze mogłem powiedzieć, że to nie ten moment, nie ta mapa, nie ten kierunek, to było wygodne, bezpieczne, nikt nie mógł mnie z tego rozliczyć, ale kiedy leżała tak blisko, jej ciężar był czymś znajomym, nieprzypadkowym, a oddech układał się w rytm, którego nie musiałem zgadywać, wtedy coś we mnie się buntowało przeciwko tej narracji, którą powtarzałem sobie od lat - w tym „ja nie jestem od osiadania, nie umiem w stabilność, potrzebuję ciągłego ruchu, bo inaczej coś we mnie gaśnie” - to nie było do końca prawdą. Ruch był łatwy - zostawanie było trudne, przygoda nie wymagała ode mnie decyzji - stabilizacja już tak.
Nawet jeśli z nią każdy przystanek miał tendencję do zamieniania się w coś, co mogło być „na dłużej”, to mnie przerażało bardziej niż jakakolwiek klątwa, jakiekolwiek zlecenie, jakiekolwiek ryzyko, bo stabilizacja oznaczała odpowiedzialność, a odpowiedzialność oznaczała, że jeśli coś się zepsuje, to naprawdę będzie bolało, a ja… Miałem już wystarczająco dużo dowodów na to, że kiedy boli, to nie widzę sensu w…
„Myślisz, że mogłoby mi to zacząć przeszkadzać?”
- Nie myśl za dużo. - Rzuciłem nagle, jakbym czytał jej w myślach, chociaż to ja walczyłem ze swoimi myślami, bo gdybyśmy naprawdę byli tylko przyjaciółmi, to nie byłoby tak zupełnie inaczej w mojej głowie, kiedy była tak blisko, nie byłoby tego napięcia, tego delikatnego, ciągłego „co jeśli”, nie byłoby tego uczucia, że chcę ją zatrzymać, choć wiem, że nie mam do tego prawa. - To zawsze kończy się źle.
Oczywiście, że miałem do niej słabość - od lat, od zawsze, ale ta słabość dawno przestała być dziecięca, oboje o tym wiedzieliśmy, nawet jeśli nigdy nie nazwaliśmy tego po imieniu, to była ta część naszej relacji, która nigdy nie była do końca uczciwa. Nie kłamaliśmy sobie, ale też nie mówiliśmy całej prawdy - zbyt wiele by skomplikowała, a tak mogliśmy udawać, że z chwilą, w której zorientowaliśmy się, kim jesteśmy, chęć sięgnięcia po coś więcej zupełnie wygasła. Dla niej może tak, ale dla mnie…
Parsknąłem cicho, kiedy zaczęła tłumaczyć swoją teorię o „nie miałam wyjścia”, znałem ją na pamięć, od podszewki, zawsze tak robiła, zawsze budowała narrację, w której była jednocześnie niewinna i kompletnie bezczelna, i zawsze działało.
- Po prostu lubisz, jak masz rację. A potem jeszcze bardziej lubisz, jak ja muszę się z tobą zgodzić. Projektujesz na mnie swoje upodobania, aż wreszcie ci ulegam, bo jesteś… - Mlasnąłem, szukając brakującego słowa. - Taka. - Patrzyłem na nią i myślałem o tym, jak bardzo przywykłem do jej obecności, do tego, że zawsze wracała, że niezależnie od tego, gdzie mnie rzucało, prędzej czy później znowu się pojawiała, jakbyśmy byli na jakichś dziwnych orbitach, które zawsze się przecinały. Miałem w sobie ten dziwny nawyk - kiedy coś było dobre, próbowałem to zapamiętać na zapas, na moment, kiedy znowu będzie zimno, mokro i wszystko wróci do normalnego rytmu „zaraz, potem, kiedyś”. Przestawałem zauważać granicę między „ja” a „my”, kiedy była tak blisko. Zastanawiałem się, czy ona też to czuła - to dziwne zawieszenie między „teraz” a „potem”, między byciem w drodze a potrzebą, żeby w końcu gdzieś osiąść. Czułem, że Pruey potrafiłaby w tym żyć, może nawet byłaby szczęśliwa, ja… Nie byłem pewien, czy potrafiłbym oddychać bez tej potrzeby ruszania dalej. Najgorsze było to, że przy niej ta potrzeba słabła, a to mnie paraliżowało bardziej niż cokolwiek innego, bo nie chodziło o to, że zupełnie nigdy nie brałem pod uwagę stabilizacji - chodziło o to, że obawiałem się, że jeśli ją wezmę pod uwagę naprawdę, nie będę w stanie się z tego wycofać, a ja zawsze byłem dobry w wycofywaniu się, zanim zrobi się zbyt prawdziwie, więc… Wracałem do samych podstaw, na których oparłem swoje życie - żartowałem, maskowałem, mówiłem o drodze, przygodach, ruchu - grałem rolę faceta, który nie zatrzymuje się nigdzie na dłużej, robiłem to tak długo, że wszyscy w to uwierzyli, nawet ja, chociaż wtedy pojawiały się takie dni jak ten i… I czasem nienawidziłem siebie za to, czasami chciałem być inny, i… I to było najbliżej odpowiedzi, jaką kiedykolwiek byłem w stanie udźwignąć - to, że dla mnie to nie zawsze wyglądało tak samo, chociaż pewnie nigdy bym jej tego nie powiedział wprost. W idyllicznym świecie nie byłoby w tym żadnego „krążenia”, byłoby „zostajemy”, i byłoby, gdzie zostać, ale trochę za długo żyłem pomiędzy różnymi miejscami, by to nie wydawało mi się podejrzanie nierealistyczne - to była jedna z tych prawd, których nie dało się zakląć w coś ładniejszego, nawet jeśli chciało się patrzeć na świat, jakby był ładny. Ładny i… „Nieszkodliwy”.
- „Nieszkodliwy” to bardzo niskie wymagania, wiesz? - Zauważyłem, niby lakonicznie, jakby to była tylko zwykła uwaga, a jednak rzuciłem to raczej sucho. Zmarszczyłem nos, jakbym właśnie usłyszał coś wybitnie podejrzanego, a potem westchnąłem demonstracyjnie, opadając z powrotem na piasek. - Oczywiście, że nie wydaje się szkodliwy. Właśnie tacy są najbardziej niebezpieczni. Nikt nigdy nie wygląda jak problem, dopóki nim nie jest. - Koniec, kropka. - Wąż też może być nieszkodliwy. Do momentu. - Nie powiedziałem tego ostro, raczej spokojnie, może nawet zbyt spokojnie, bo to była ta część mnie, która zawsze mówiła rozsądnie, nawet kiedy w środku miałem ochotę być dużo mniej rozsądny. - Poza tym nie powiedziałem, że jest szkodliwy. - Uściśliłem, z tą niby-lekką nutą, którą zawsze wykorzystywałem, kiedy coś mnie uwierało. - Mówię tylko, że ludzie rzadko są dokładnie tacy, jak wyglądają na pierwszy rzut oka. Są faceci, którzy są „mili”, bo są mili, i są tacy, którzy są „mili”, bo coś chcą. On wygląda na ten drugi typ.
Westchnąłem, patrząc w niebo, szukając tam nie wiadomo czego, może cierpliwości.
- Po prostu bądź ostrożna, dobra? - Rzuciłem lekko, po chwili, jakby to była luźna uwaga, a nie coś, co naprawdę mnie gryzło. - Nie wierzę w gości w tym zawodzie, którzy „tak po prostu lubią towarzystwo inteligentnych kobiet”. Z doświadczenia - to „tak po prostu”, to zazwyczaj kłamstwo numer jeden, zawsze musi być jakiś powód. A „pociąg do głębokich rozmów egzystencjalnych na poziomie, których nie można tutaj doświadczyć z nikim innym, tylko z tobą, ehkem, medyczny aniele, masz w sobie tyle cierpliwości”, to wygodna zasłona dymna, tacy zwykle nie wydają się szkodliwi na początku, to ich główna zaleta. Może się mylę. Może jest cudownym, uroczym typem bez żadnych ukrytych intencji. Ale jak się nie mylę, to wolę wiedzieć, że patrzyłaś mu na ręce. - Zerknąłem w tamtą stronę jeszcze raz, bez większej subtelności. Ten typ… Nie wiedziałem nawet, co dokładnie mi w nim nie pasowało, może to, że był zbyt gładki, zbyt uprzejmy, jak na tę bandę, zbyt idealnie wpasowany w rolę „miłego faceta”. Miałem alergię na takich ludzi, z doświadczenia, nie z uprzedzenia, wcale.
Odchyliłem głowę, żeby móc na nią spojrzeć, z bliska, zbyt bliska, jak na „tylko przyjaźń”, po czym zmrużyłem oczy, zaprzeczając sam sobie.
- Jednak wiesz, co? Gówno prawda, cofam to, ja „się nie mylę”, a ty masz paskudny zwyczaj wierzenia, że wszyscy są z definicji „całkiem w porządku”, nawet jak nie są. - Powiedziałem, marszcząc nos. - Więc, jako twój… Najlepszy przyjaciel. - Uśmiechnąłem się, bardziej kątem ust niż naprawdę, jakbym właśnie mówił coś normalnego, a nie coś, co w środku lekko mnie skręcało - jej słowa o „jedynym najlepszym przyjacielu” trafiły dokładnie tam, gdzie miały trafić, w środku wiedziałem dokładnie, czym to jest - ten tytuł był jak wygodne miejsce przy stole, do którego nikt nie mógł mnie wyprosić, ale też nie dawał mi prawa do niczego więcej. Nie mogłem protestować, nie mogłem rościć sobie praw, mogłem tylko być i cholernie mnie to uwierało. - Czuję się w obowiązku od czasu do czasu ci przypominać, że ostrożność to nie paranoja. - Nie powiedziałem, że jestem zazdrosny, nie powiedziałem, że mnie to drażni, nie powiedziałem, że nie znoszę, kiedy ktoś inny zaczyna za bardzo panoszyć się w przestrzeni, która… Była moja, nawet jeśli nigdy nie została nazwana. Wpatrywałem się w nią przez chwilę dłużej, niż było to całkiem rozsądne. Leżała na mnie tak, jakby to było najbardziej naturalne miejsce na świecie, jakby nie było w tym nic intymnego, nic znaczącego, tylko wygoda, właśnie to było najbardziej podstępne - ta normalność, ten brak napięcia na powierzchni, który pod spodem miał całą masę rzeczy, o których żadne z nas nie mówiło głośno. Zamiast tego przesunąłem dłonią po jej plecach powoli, jakby to był zupełnie przypadkowy gest, coś, co robiłem odruchowo, bez myślenia - w rzeczywistości myślałem aż za dużo - westchnąłem cicho, nos miałem tuż przy jej włosach. Pachniała słońcem i czymś znajomym, czymś, co od lat było dla mnie sygnałem bezpieczeństwa, a nagle poczułem się tak, jakby to było… Zagrożone.
No, kurwa - byłem zazdrosny. Tak, typ mi śmierdział, to nie było kłamstwem, ale było w tym coś jeszcze, nie inaczej.
- Po prostu uważaj. - Rzuciłem. - Tyle.
A potem dodałem, już bardziej żartobliwie, żeby nie było zbyt serio:
- Bo jak coś okaże się śliskie, to ja będę musiał powiedzieć „a nie mówiłem”, a wiesz, że o ile bardzo uwielbiam mieć rację, o tyle w tym wypadku wolałbym nie. - To była prawda, ale nie cała. Dalej unosiłem kącik ust, ale to był ten uśmiech, który bardziej maskował niż cokolwiek wyrażał - ten, który zakładałem automatycznie, kiedy coś mnie uwierało, a nie chciałem tego pokazać. Przez moment naprawdę chciałem uwierzyć, że to nic takiego, zwykła, neutralna obecność, to tylko kolejny facet, który lubił przebywać w pobliżu kobiet, tylko że ja nie wierzyłem w „przypadkowe kręcenie się”, nie w tym zawodzie, nie po tym, co widziałem w życiu.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)