• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
1 2 3 4 5 … 16 Dalej »
[12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence

[12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#12
17.01.2026, 03:10  ✶  
Przeniosłem ciężar ciała, z nogi na nogę, czując pulsowanie rany, ale ignorując je jak zwykle, przy czym zerknąłem kątem oka na Ellie, bo mówiła rzeczy, które trafiały odrobinę nazbyt precyzyjnie, jak na mój gust, nawet jeśli były wypowiadane łagodnym tonem - brzmiały trochę za prawdziwie, żeby było mi wygodnie, zbyt mądrze, żebym mógł to zignorować, a to mnie strasznie rozdrażniało, nawet jeśli byłem dla niej kulturalny.
- Widzi pani, najprostsze odpowiedzi zwykle są podejrzane. - Rzuciłem lekko, starając się nie dać po sobie poznać, że to wszystko zaczynało mnie denerwować. Słuchałem tego z tym swoim półuśmiechem, który zwykle ratował mnie w sytuacjach, w których nie chciałem powiedzieć za dużo, ani pokazać jeszcze więcej, bo babcia Prudence miała tę irytującą zdolność mówienia rzeczy, które trafiały zbyt blisko, zdecydowanie próbując wyłapać reakcję, a ja nie zamierzałem jej tego ułatwiać. - Za często okazują się niepełne. - Było w tym trochę przekory, trochę obrony, zawsze miałem ten odruch, żeby nie dawać ludziom satysfakcji z trafienia w czuły punkt.
Skinąłem głową, kiedy dodała, że załatwią sprawę szybko, jeśli nie będę oponował. Zerknąłem na Prudence, a raczej… Pozwoliłem sobie na krótką, kontrolowaną sekundę spojrzenia - taką, której nikt nie powinien uznać za znaczącą, jakby to była tylko uprzejmość, albo zaciekawienie jej reakcją, albo irytacja z powodu tego, że jednak została, chociaż dawałem jej wszelkie przesłanki i preteksty do tego, by się wycofała.
- Dobrze, nie oponuję. - Dodałem, całkiem ugodowo i posłusznie, jak na mnie, nie dlatego, że mi to pasowało, tylko dlatego, że nie widziałem żadnej innej opcji, w której mógłbym jak najszybciej się stąd ulotnić. - Widzę, że zostałem przegłosowany. Demokracja w praktyce. „Respectus legis maioritatis”. - Przekrzywiłem lekko głowę, opierając się wygodniej na jednej nodze, jakby to był tylko wyjątkowy moment trzeźwości umysłu, a nie coś, co ciągnęło mi myśli w zupełnie niepotrzebnych kierunkach, po czym kiwnąłem, ruszając w kierunku salonu. Nijak nie skwitowałem tego, co powiedzieliśmy na temat „skomplikowanych ludzi” - nie przez to, że uważałem temat za zamknięty, tylko wręcz przeciwnie - wcale nie chciałem go rozwijać, mając wrażenie, że nie powinienem tego robić, nie przy starszej pani, która wyraźnie widziała trochę zbyt wiele, bym czuł się komfortowo. Z zewnątrz nigdy bym się do tego nie przyznał, ale wewnątrz trochę zbyt mocno zdawałem sobie sprawę z tego, że nie byłem dziś w formie na podobne wyzwania, nawet jeśli zazwyczaj było trudno doprowadzić mnie do wycofania się z dialogu. To było wszystko, co zamierzałem powiedzieć, bo przyznanie, że coś mnie dekoncentruje, czyjaś obecność miesza mi w głowie, tak, że jedno, odrobinę zbyt intensywne spojrzenie potrafiło skutecznie mnie wybić z rytmu, byłoby… Niebezpieczne - więc zamiast tego byłem ironiczny, cyniczny, opanowany, jak zawsze, przynajmniej z pozoru, bo szedłem też na większe ugody, byleby tylko jak najszybciej stąd zniknąć, wcale nie czułem się tu komfortowo.
Moment później siedzieliśmy już w salonie, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie, a nie coś, co miało w sobie więcej napięcia niż niejedna kłótnia. Prue wróciła z apteczką, Ellie krzątała się obok, a ja odwijałem materiał powoli, czując na sobie szczególnie to jedno spojrzenie - intensywne, skupione, nieodpuszczające - i, jasne, mógłbym udawać przed sobą, że to mnie nie rusza, że to tylko spojrzenie, ludzie zazwyczaj patrzą, ale Prudence nie patrzyła jak ludzie, ona patrzyła jak… Ona. Mimo to nie drgnąłem, dalej odczepiałem prowizoryczny, koszulkowy bandaż od ręki, powoli, z tym udawanym spokojem, który zwykle ratował mnie z sytuacji, w których nie chciałem niczego tłumaczyć - materiał ciągnął się nieprzyjemnie, odrywając się w sposób daleki od komfortu, bo skóra pod nim była nadwrażliwa, a krew, której wolałbym nie widzieć w takiej ilości, mówiła więcej niż ja bym kiedykolwiek powiedział. Rana była głębsza, niż bym chciał przyznać, brzydka, nierówna, nieestetyczna, częściowo spuchnięta, bo ręka pod nią zdecydowanie została stłuczona, w dodatku całkiem mocno. To nie był lekki uraz, chociaż zdecydowanie nie zamierzałem się nad tym użalać - cud, że jeszcze nie dostałem żadnego pytania o jego pochodzenie, zdecydowanie nie chciałem wysłuchiwać żadnego „co się stało?” - w zupełności wystarczyło mi, że zamiast wyjść z tego bokiem, musiałem przyznać się do słabości, której nie dało się zignorować jednym machnięciem podbródka. Syknąłem cicho, ale udawałem, że ten dźwięk wcale nie opuścił moich ust.
Czułem na sobie wzrok Prue, intensywny, skupiony, jakby próbowała rozgryźć mnie bardziej, niż mógłbym sobie tego życzyć, rozłożyć moje ciało na części, nie tylko przeskanować tę cholerną ranę, nie musiałem nawet unosić podbródka i patrzeć jej w oczy, po prostu podświadomie to wiedziałem - wiedziałem, że mnie obserwuje, analizuje, zawsze miała do tego skłonność. Kiedyś było to urocze, teraz było… Irytujące.
Dopiero po chwili przekrzywiłem głowę lekko, patrząc na nią spod rzęs, tak, jak zawsze, gdy nie chciałem, żeby ktoś zajrzał mi głębiej pod maskę. Kiwnąłem głową powoli, z przesadną powagą, jakby właśnie wyjaśniła mi coś naprawdę skomplikowanego, a nie oczywistość, w którą chyba oboje nie do końca wierzyliśmy, patrząc na pozostałości wcześniejszego rumieńca na jej policzkach. Nie skomentowałem tego wtedy, nie skomentowałem teraz, zamiast tego przesunąłem spojrzenie na własne przedramię, jakbym dopiero teraz sobie przypomniał, że tam faktycznie coś jest, a potem znów na nią - krótko - za krótko, żeby można było to nazwać wpatrywaniem się, wystarczająco długo, żeby na pewno było to dla niej irytujące.
- Oczywiście. - Mruknąłem w końcu, oparłem się wygodniej, chociaż rana pulsowała, jakby chciała mi przypomnieć, że nie jestem z żelaza. - Wybacz, że na moment pomyślałem, że to ja przyciągam uwagę, nie dziura w strukturze moich tkanek. Strasznie próżne z mojej strony. - Brzmiałem pewnie, a przynajmniej tak chciałem, pewność siebie była moim najstarszym trikiem, nauczyłem się jej wcześnie, bo świat był znacznie łatwiejszy, kiedy wyglądało się na kogoś, kto zawsze wie, co robi. - To błąd poznawczy, zdarza się nawet najlepszym, prawda? - Rzuciłem, jakby od niechcenia. - Naprawdę nie mam aż takiego ego. - Przeniosłem wzrok na ranę, jakbym naprawdę się nad nią zastanawiał, jakby była czymś fascynującym, a nie po prostu efektem mojego idiotycznego zderzenia z rzeczywistością, po czym wzruszyłem ramionami. - Zdaję sobie sprawę, że świat nie kręci się wokół mnie, nawet jeśli technicznie, to moja ręka. - Dodałem, trochę bardziej cynicznie, to była półprawda - wiedziałem, że nie kręci się wokół mnie, ale też wiedziałem, że ja kręcę się wokół niej bardziej, niż bym chciał, i czasami naprawdę… Miło… Byłoby nie być rozpatrywanym wyłącznie pod kątem bycia obiektem poznawczym do badań nad patologiami, podczas gdy wszystkie moje patologiczne i niepatologiczne tkanki zachowywały się, jakby ogłupiały na odrobinę niechcianego dotyku.
Widziałem, że Ellie nie zamierzała ustąpić, miała ten błysk w oku, który oznaczał „już zdecydowałam, a teraz możesz się z tym pogodzić”, i chociaż zazwyczaj walczyłem z takimi rzeczami do końca, tym razem… Nie chciało mi się, może byłem zmęczony, może po prostu nie miałem już energii na kolejną rundę albo może… Zreflektowałem się, nawet jeśli odrobinę za późno, jak bardzo nie chciałem zasugerować, że problem zupełnie nie był w opatrunku - problem był w tym, kto miał go zrobić, ale nie przez specyfikę urazu, małe dłonie naprawdę nie miały zbyt wiele związku z tym, dlaczego wolałbym, aby to babcia Bletchley odpowiadała za zajmowanie się moim urazem.
Zerknąłem na Prudence, krótko, jakby przypadkiem, udając, że to nic nie znaczyło - to nie było to samo spojrzenie, które kiedyś znaczyło wszystko, wcale a wcale. Przesunąłem palcami po krawędzi kanapy, zdrową dłonią, jakbym się czymś bawił.
- Skoro już ustaliliśmy, że dostanę pełen pakiet premium. - Odezwałem się, znów do Ellie, nie do Prue. - To chyba nie wypada mi protestować. - Brzmiałem lekko, prawie swobodnie, jakbym nie był spięty od karku po palce. - Poza tym - dodałem - byłoby niegrzecznie odrzucać tak troskliwą opiekę. - To też było prawdą, tylko że nie tą najważniejszą, bo prawda była taka, że ta „niepotrzebna dyskusja” wcale nie była o czasie, ani o standardach, ani o tym, kto ma lepsze kwalifikacje - to była wojna nerwów, a moje były napięte i w stanie alertu, jakbym miał zaraz walczyć z niedźwiedziem, nie być bandażowanym przez dziewczynę metr pięćdziesiąt, czterdzieści-kilka kilo. - Skoro już tu jestem, to róbcie, co trzeba. - Rzuciłem, jakby to była formalność, z której później ktoś miałby mnie rozliczać - to wcale nie było aż tak dalekie od prawdy, moi rodzice pewnie mieli się o tym dowiedzieć, raczej nie rozpatrując tego pod kątem troski, tylko długu wobec tej rodziny - to też nie pomagało mi być najbardziej spokojnym. - Nie chcę, żeby ktoś potem powiedział, że marnowałem wasz czas. - Znowu półuśmiech, znowu maska, a w środku miałem chaos. Patrzyłem gdzieś w bok, na krawędź stołu, na cień kwiatka, na wzór rzucany na podłogę przez skąpaną w słońcu firankę, na cokolwiek, byle nie na dziewczynę, która czekała aż wyciągnę ku niej dłoń, by móc złapać mnie za rękę, traktując mnie jak nieposłusznego pacjenta. Nie byłem wobec niej miły, nie byłem też naprawdę złośliwy, krążyłem gdzieś pomiędzy - w tym bezpiecznym obszarze, gdzie nie trzeba się było przyznawać do niczego konkretnego. W rzeczywistości… Chciałem, żeby się starała, chciałem, żeby jej zależało, i jednocześnie chciałem, żeby przestało, bo to było najgorsze - to, że jej dotyk był jednocześnie problemem i rozwiązaniem. To było absurdalne, że potrafiła mnie tak rozbroić zwykłą ostrożnością.
Parsknąłem cicho, kiedy kazała mi się określić - oczywiście, że kazała, zawsze to robiła, jakby świat był czarno-biały, a ja miałem obowiązek wybrać jedną z opcji i się jej trzymać do końca życia. Spojrzałem na nią spod opuszczonych rzęs, kiedy rzuciła to swoje „określ się, Rookwood”, i… Zapomniałem się, kompletnie, to był ten moment, kiedy mózg nie zdążył zatrzymać języka - to było jak odruch, kichnięcie, jak coś, czego nie da się cofnąć, kiedy już wyleci z ust.
- Wiesz… - Mruknąłem, wbijając w nią wzrok i nawet nie próbując mrugać. Spojrzałem na jej dłonie na mojej ręce, potem z powrotem na jej twarz. - Odrobina dyskomfortu nigdy nie była dla mnie problemem. Wiesz, że lubię, jak jest… Intensywnie. - To zdanie zawisło w powietrzu dokładnie tak, jak nie powinno - zorientowałem się sekundę za późno, ale zamiast się wycofać, poszedłem w to dalej, bo przecież to ja, zamiast to naprawić, oczywiście… Pogorszyłem. - Ale skoro tak bardzo przeżywasz tę kwestię, to może po prostu ustalmy hasło bezpieczeństwa. Na wypadek, gdybyś się za bardzo wczuła. - Dodałem z tym moim bezczelnym półuśmiechem. - Jak powiem „dość”, to przestajesz, czy potrzebujesz czegoś, co jest bardziej… Wyrafinowane? - To było zbyt dużo, bo ta granica rozejmu między nami od dawna była cienka jak papierowa ścianka, a ja właśnie po niej przejechałem jak walec, doskonale o tym wiedziałem, ale też… Nie zamierzałem przepraszać. Uniosłem brew, patrząc na nią spokojnie, jakbym absolutnie nie powiedział nic dwuznacznego, jakbym był niewinną ofiarą własnej elokwencji - nie powinienem lubić niebezpiecznych rzeczy aż tak bardzo.
Gdy jej palce zamknęły się na moim nadgarstku, przez ułamek sekundy miałem odruch, żeby się cofnąć, jak zawsze, kiedy robiło się zbyt blisko, zbyt prawdziwie, zamiast tego zostałem.
- Tak, oczywiście. - Mruknąłem, z cieniem uśmiechu, który miał udawać rozbawienie. - Wiesz - rzuciłem lekko, tym tonem, który brzmiał jak żart, ale nie do końca nim był - są różne sposoby, żebym sam przyszedł. Ale skoro już dałem ci rękę, to głupio byłoby ją teraz zabierać.
Za późno, żeby się wycofać, za późno, żeby udawać, że nic się nie stało. Czułem każdy jej ruch, przesunięcie gazika, każde muśnięcie - nie było w tym nic dramatycznego, żadnych gwałtownych reakcji, żadnego jęku, żadnego spektaklu, ale napięcie siedziało we mnie jak drzazga wbita naprawdę mocno w strukturę mojego ciała - gdyby ktoś mnie teraz zapytał, czy boli, odpowiedziałbym, że nie, byłoby to kłamstwo tylko w połowie. Odchyliłem lekko głowę, wbijając wzrok w sufit, jakbym liczył pęknięcia w tynku, to było bezpieczniejsze niż patrzenie na nią, kiedy była tak blisko.
- Tak, pamiętam. - Rzuciłem, kiedy wspomniała o swojej dokładności. - Zawsze byłaś nieznośnie perfekcyjna. - Nie chciałem być złośliwy, naprawdę, ale kiedy mówiła do mnie tym tonem, tym skupionym, profesjonalnym, jakby była całkowicie odcięta od wszystkiego, co między nami było, coś we mnie się buntowało. Czułem jej dłonie na swojej skórze, chłodne, skupione, dokładne, to mnie rozwalało bardziej niż sam ból - to, że była taka… Profesjonalna, jakby to nie była moja ręka, to nie byłem ja, jakbyśmy nie mieli za sobą dwóch lat bycia wszystkim dla siebie i jednego roku udawania, że papier wystarczy, jakby zapomniała, że teraz jesteśmy w trybie wojennym, ale nie na rzecz bycia w trybie „wszystko jest w porządku, damy radę”, tylko tej wyrachowanej obojętności.
Poczułem, jak moje palce drgnęły, zupełnie odruchowo, i natychmiast się na tym złapałem - zatrzymałem je, to był niewłaściwy gest, który mógł wszystko zepsuć.
- Wybacz, to się nazywa „bycie żywym”. -  Powiedziałem kąśliwie, kiedy uniosła podbródek i mnie skarciła, i tylko przekrzywiłem lekko głowę. - Wiesz, biologia, reakcja organizmu, odruchy bezwarunkowe, takie tam sprawy, nie wszystko da się kontrolować. - Brzmiałem rzeczowo, jakbym mówił o czymś neutralnym, a nie czuł tego dziwnego napięcia w klatce piersiowej. - Przepraszam, że nie jestem martwy. - Dorzuciłem sucho. - Jeśli chcesz pacjentów, którzy się nie ruszają, nie oddychają i nie reagują, to może powinnaś rozważyć pracę z trupami. Tam raczej nikt się nie wierci. - Przez moment patrzyłem na nią w milczeniu, a potem westchnąłem cicho, bardziej nosem niż ustami. - Spróbuję przestać mieć układ nerwowy. - Zawiesiłem na niej krótkie spojrzenie, potem odwróciłem wzrok, jakby mnie to wcale nie obchodziło. - Dla twojego komfortu. - Nie powiedziałem tego złośliwie, może trochę, dobra - bardzo, ale głównie defensywnie. Serio, nawet ja potrafiłem się opanować, jeśli sytuacja tego wymagała. Pozwoliłem jej robić swoje, ale nie zamierzałem milczeć, nigdy nie byłem dobry w milczeniu, zwłaszcza przy niej, siedziałem jednak spokojnie, jakby to było najnormalniejsze na świecie, chociaż w środku miałem istną orkiestrę dysonansów. Oddychałem wolniej, niż zwykle, kontrolowanie, żeby przypadkiem nie dać jej satysfakcji z jakiejkolwiek reakcji, nie syknąłem, nie drgnąłem, nie skrzywiłem się, mógłbym, pewnie nawet powinienem, ale nie zamierzałem. Wbiłem wzrok w bandaż, gdy kończyła go owijać, śledząc każdy obrót materiału, jakby od tego zależało coś więcej niż tylko to, czy będzie trzymał. Byłem zbyt skupiony na tym ruchu, na rytmie jej dłoni, na tym, jak starannie dociskała końcówkę, żeby w pierwszej chwili podnieść oczy.
A potem podniosłem - trafiłem prosto w jej spojrzenie.
Zobaczyłem te drobne plamki w tęczówkach, ten odcień brązu, który w tym świetle był bardziej miodowy niż mój, ciepły, nieprzyzwoicie łagodny, przez sekundę zapomniałem, co miałem powiedzieć, zapomniałem, że powinienem mieć gotową jakąś ripostę, coś ironicznego, coś bezpiecznego.
- Dzięki. - Wymamrotałem w końcu, ciszej, niż zamierzałem, zawiesiłem się, naprawdę, zbyt długo, zbyt prozaicznie, bez żadnej z tych masek, które zwykle nakładałem odruchowo. Przesunąłem czubkiem języka po wardze, jakbym próbował się ocknąć, potem przygryzłem policzek od środka, mocno, aż poczułem lekki ból - to było dobre, przywracało mnie do rzeczywistości, przypominało, że nie powinienem się tak gapić. Odchrząknąłem, jakby to miało mnie uratować, i opuściłem wzrok na bandaż, znowu udając zainteresowanie materiałem.
- Jest… W porządku. - Skomentowałem głupio, jakbyśmy rozmawiali o pogodzie. Uśmiech nie miał prawa się pojawić, więc go zdusiłem. - Wygląda… W porządku. - Dodałem, wskazując na bandaż, udając, że to był temat, o którym faktycznie myślałem. To było kłamstwo, nie myślałem o bandażu, myślałem o tym, że miała kilka piegów na bladej skórze, dokładnie tam, gdzie światło, które wpadało przez okno, idealnie je podkreślało. Myślałem o tym, że pamiętam je z dawniej, chociaż nie byłem pewien, czy naprawdę je pamiętam, czy tylko chcę pamiętać.
Za szybko więc dodałem:
- Nie umniejszając, oczywiście, nadal uważam, że trwało to wieki. - Uśmiechnąłem się półgębkiem. Materiał był równy, staranny, za ciasny, za luźny, nie umiałem tego ocenić, bo myśli miałem zupełnie gdzie indziej. Zamilkłem na pół sekundy, co było naprawdę niepokojące, nawet dla mnie. Przesunąłem zdrową dłonią po kolanie, jakbym chciał się wygodniej usadowić, ale tak naprawdę próbowałem zająć ręce czymkolwiek, żeby nie wracały myślami do tego, co właśnie się wydarzyło.
Dopiero, kiedy Ellie zadeklarowała, że „nie będziemy siedzieć w ciszy”, uniosłem lekko brew - znałem ten ruch, to nie był przypadkowy gest, to było „mam plan, jak zająć nam czas, i zaraz się o nim dowiesz”. Sięgnęła do torebki z takim zdecydowaniem, jakby właśnie wyciągała broń - to był ten moment, w którym należało wyjść, zniknąć, zostawić to wszystko za sobą - nie zdążyłem.
- Och, nie, nie trzeba, posiedzę na zewnątrz, na werandzie. - Powiedziałem od razu, automatycznie, zanim jeszcze cokolwiek wyciągnęła. Za dobrze ją już zdążyłem poznać, zwłaszcza w ciągu tych kilku minut, by nie wiedzieć, że tacy ludzie nie wyciągają z torebki cukierków. Już otwierałem usta, żeby rzucić jakimś bardziej konkretnym komentarzem, kiedy zobaczyłem róg kart. Tarot - oczywiście. Westchnąłem cicho nosem, niezupełnie prześmiewczo, bardziej jak ktoś, kto właśnie zorientował się, że wpadł w zupełnie nową kategorię kłopotów. Mimowolnie zerknąłem kątem oka na Prudence - chciałem sprawdzić, czy też uważa to za absurd, czy wręcz przeciwnie - zaraz potem, prawie od razu odwróciłem wzrok, jakby to było przypadkowe.
- Uprzedzam, pani Ellie, nie wierzę w przeznaczenie. - Stwierdziłem od razu, zanim babcia Bletchley zdążyła coś powiedzieć. Brzmiałem na tym polu wyjątkowo pewnie, jakbym to miał przećwiczone. - Ani w gwiazdy, znaki z kosmosu, ani w linie na dłoniach, ani w to, że herbata wie, co zrobię jutro, a kawałki kartonu wiedzą o mnie więcej niż ja sam. - Nie wierzyłem w przeznaczenie, nigdy, uważałem je za wygodną wymówkę dla ludzi, którzy bali się przyznać, że dokonują własnych wyborów. Wolałem myśleć, że wszystko, co mi się przydarza, jest wynikiem moich decyzji, nawet tych głupich, zwłaszcza tych głupich. - Niech mnie pani źle nie zrozumie. - Dodałem uprzejmie, bo wychowanie to wychowanie. - Nic osobistego, ale ja raczej nie wierzę, że kilka kart jaśniej zasugeruje mi drogę, niż moi właśni krewni. - Spojrzałem na talię, jakby była potencjalnie niebezpieczna. - Serio, całe życie podejmuję złe decyzje samodzielnie. Nie potrzebuję do tego pomocy. - Przeniosłem wzrok na Prue, jakbym szukał w niej sprzymierzeńca, ale nie powiedziałem nic. Za to odchrząknąłem cicho. - Chociaż… Niech zgadnę… I tak mnie pani nie zapyta, czy chcę w tym uczestniczyć. - Nie pytałem, tylko stwierdzałem fakt, po którego wypowiedzeniu oparłem się wygodniej na oparciu kanapy, skrzyżowałem nogi i spojrzałem na Ellie z lekkim rozbawieniem, ale i wyraźnym dystansem, podczas gdy starsza kobieta już wyraźnie szykowała sobie swoje stanowisko do wróżenia.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Bard Beedle (2163), Benjy Fenwick (13414), Prudence Fenwick (8176)




Wiadomości w tym wątku
[12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Prudence Fenwick - 12.01.2026, 23:02
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Benjy Fenwick - 13.01.2026, 02:56
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Prudence Fenwick - 13.01.2026, 12:57
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Benjy Fenwick - 13.01.2026, 17:18
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Prudence Fenwick - 13.01.2026, 22:09
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Benjy Fenwick - 14.01.2026, 00:01
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Prudence Fenwick - 14.01.2026, 15:00
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Benjy Fenwick - 14.01.2026, 20:30
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Prudence Fenwick - 14.01.2026, 21:41
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Benjy Fenwick - 15.01.2026, 20:44
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Prudence Fenwick - 16.01.2026, 13:36
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Benjy Fenwick - 17.01.2026, 03:10
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Prudence Fenwick - 17.01.2026, 16:31
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Benjy Fenwick - 17.01.2026, 16:47
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Bard Beedle - 21.01.2026, 03:33
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Benjy Fenwick - 16.02.2026, 02:14

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa