• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
1 2 3 4 5 … 16 Dalej »
[12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence

[12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#14
17.01.2026, 16:47  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.01.2026, 02:51 przez Benjy Fenwick.)  
Nie spojrzałem na nią od razu, wpatrywałem się w podłogę, w róg dywanu, w cokolwiek, co nie było jej twarzą, bo jej twarz… Drażniła mnie, nie w ten stary, znajomy sposób, który prowokował wszystko we mnie do podjęcia naszej zwyczajowej gry. Tego dnia drażniła mnie tak, że miałem ochotę wstać i wyjść, albo powiedzieć coś za ostrego, albo milczeć, aż atmosfera stanie się nieznośna. Zawsze była taka - mała, niepozorna, ale jednocześnie uparcie idąca do przodu z tym, co sobie postanowiła, jak taran. Jednocześnie jednak pamiętałem ją jeszcze z czasów, gdy była cichsza, bardziej obserwowała niż mówiła, kiedy trzeba było ją ciągnąć za rękaw, żeby w ogóle się odezwała. Wyrobiła się przez lata, teraz była ostra, celna, zawzięta jak diabli. Normalnie, gdyby chodziło o kogoś innego, może nawet uznałbym to za imponujące, przy niej mnie to po prostu drażniło, dzisiaj już szczególnie. Może dlatego, że robiła to w swoim domu, może dlatego, że była tu jej babcia, może dlatego, że siedziałem z prowizorycznym bandażem z koszulki na ręce, unieruchomiony nie tylko fizycznie, ale też… Jakoś inaczej, zbyt świadomy każdego słowa, każdego spojrzenia, każdego ruchu.
Parsknąłem cicho, chociaż tym razem nie było w tym śmiechu, tylko raczej to krótkie, nosowe „ha”, które ucieka, kiedy coś trafia bliżej, niż powinno, a następnie oparłem się wygodniej, jakbym wcale nie siedział w salonie, obok jej babci, z ręką w bandażu i sercem bijącym trochę za szybko jak na kogoś, kto rzekomo niczym się nie przejmuje. Nie patrzyłem na Prue, nie w tym momencie, czułem jednak na sobie jej wzrok, zawsze go czułem, nawet kiedy udawałem, że nie.
- „Wy”. - Powtórzyłem, smakując to słowo, dopiero wtedy na nią spojrzałem, przekrzywiając głowę. Wpatrywałem się w nią przez chwilę bez słowa, pozwalając, żeby cisza zrobiła swoje. - Zawsze mnie to bawiło. - Uniosłem lekko brew, bardziej z przyzwyczajenia niż z faktycznej kpiny. Normalnie by mnie to bawiło, naprawdę, ta jej zawziętość, zadziorne unoszenie podbródka, sposób, w jaki próbowała dorównać mi słowem, jakby to był pojedynek na szpady, a nie rozmowa w salonie przy jej babci. Kiedyś była cicha, ostrożna, bardziej skłonna do milczenia niż do ataku, teraz… Zupełnie nie umieliśmy się dogadać, jednocześnie przez cały czas mówiąc tym samym językiem, tylko wykrzywiając znaczenia słów, jakich używaliśmy, by celniej trafiły i mocniej się odbiły - i nawet nie próbowałem tego zmieniać, nie było takiej potrzeby, dawno wszystko, co dobre, było między nami zamkniętym rozdziałem. Kiedyś może bym jej przyklasnął, powiedziałbym coś w rodzaju „tak trzymaj”, bo nie wierzyłem w bycie zahukanym, ograniczanie się, by pasować do ram cudzych ludzi, tyle tylko, że teraz było teraz, nie kiedyś.
Więc kiedy powiedziała to swoje o wyjątkowości, o „was”, uniosłem wzrok znad bandaża powoli, zbyt powoli, jakbym ważył w głowie każdą możliwą odpowiedź i odrzucał je po kolei.
- Nie mów o mnie w liczbie mnogiej. - Dodałem w końcu spokojnie, ale twardo, bez uśmiechu, bez półżartu. - Nie reprezentuję żadnej grupy. Jestem sobą. - Uniosłem kącik ust, z tym cichym oporem, który zawsze we mnie siedział. - To raczej samotna dyscyplina. - Wzruszyłem ramionami, nie mogąc się powstrzymać przed kolejnymi słowami. - No, o ile nie jest się niczym klonem. - A ona przecież była młodszą siostrą Eliasa, nie musiała wiedzieć, jak to jest być wartością samą w sobie - prawda? Zawsze musiała komuś dorównać… Nie to, że ja nie miałem rodzeństwa, po prostu teraz pomijałem ten fakt.
Opadłem plecami mocniej na oparcie kanapy, jakby to miało coś zmienić, jakby to była zwykła rozmowa, a nie coś, co wwiercało mi się pod skórę. Widziałem kątem oka, że Ellie siedziała obok i udawała, że jej tu nie ma, ale wiedziałem, że słyszy wszystko, to też mnie drażniło, bo ta scena, ten moment, ta rozmowa nie były przeznaczone dla widowni.
Uniosłem brew, kiedy babcia Bletchley wreszcie otwarcie się uśmiechnęła, tym swoim zbyt ciepłym, zbyt zadowolonym uśmiechem, który mówił jedno „wygrałam”, ale wewnątrz poczułem to nieprzyjemne ukłucie w karku, jak zawsze wtedy, gdy ktoś miał nade mną przewagę i nie próbował tego nawet ukrywać.
- Widzę, że moja reputacja mnie wyprzedza. - Odmruknąłem spokojnie. - Dobrze wychowany, grzeczny, uprzejmy. Brakuje tylko, żebym zaczął z wdzięczności całować dłonie mojej uzdrowicielki. Tak to się chyba już nie robi, prawda? - Oczywiście nie zamierzałem tego robić, byłem za bardzo sobą, żeby tak łatwo wchodzić w czyjąś narrację. Zgodziłem się nie dlatego, że któraś z nich mnie przekonała, tylko dlatego, że nie miałem siły się kłócić. A może dlatego, że… Nieważne - ważne, że z zewnątrz wyglądałem, jakbym naprawdę pogodził się z losem, chociaż w środku byłem spięty. Nie walczyłem, to prawda, ale nie dlatego, że byłem taki ugodowy, po prostu wiedziałem, kiedy walka nie ma sensu. Kiedy starsza z kobiet zakończyła swoją wypowiedź słowami o zadowoleniu wszystkich, miałem ochotę parsknąć - nie zrobiłem tego, tylko odchyliłem się nieco na oparcie kanapy, jakby to wszystko było mi całkowicie obojętne. Ellie była jak mur - nie do przeskoczenia, nie do ominięcia, nie do rozbrojenia, Prue też miała w sobie coś z muru, tylko mniejszego i bardziej zadziornego.
Przeniosłem spojrzenie na Prudence na ułamek sekundy, zanim zdążyłem się powstrzymać - wystarczająco krótko, by nie wyglądało to na coś znaczącego, wystarczająco długo, bym wiedział, że to jednak było znaczące. Ten jej ton, ta pewność, z jaką rzucała mi w twarz kolejne zdania, jakby była absolutnie przekonana, że ma mnie rozczytanego do ostatniej linijki, kiedyś mnie to rozczulało, dziś… Słowo dnia - „drażniło” - problem w tym, że jednocześnie wciągało jak bagno.
Zerknąłem na nią spod rzęs, kiedy rzuciła to o „dziwnych fantazjach”, i przez chwilę naprawdę walczyłem z odruchem, żeby nie uśmiechnąć się jeszcze szerzej, jakby to wszystko było tylko kolejną zabawną wymianą zdań, a nie czymś, co powoli, konsekwentnie wbijało mi się pod skórę. Zawsze tak było - Bletchley potrafiła rzucić zdaniem, które niby miało mnie zgasić, a zamiast tego tylko dolewało oliwy do ognia, zresztą, robiła to celowo, doskonale o tym wiedziała, ja też - ta gra trwała od lat, tylko zmieniły się stawki.
- Dziwne zapędy? - Spojrzałem na nią bezczelnie, zbyt długo, zbyt uważnie, jakbym specjalnie sprawdzał, ile jeszcze wytrzyma - wiedziałem, że ją to peszyło, wiedziałem, że mnie to nie powinno bawić, ale wciąż to robiłem. W głowie miałem chaos, ale na zewnątrz byłem opanowany, zbyt opanowany, bo jeśli coś mnie w niej drażniło bardziej niż jej zawziętość, to fakt, że nadal potrafiła mnie wytrącić z równowagi jednym zdaniem. I, niestety, robiła to doskonale. To było niesamowite, jak potrafiła mówić takie rzeczy z absolutną powagą, udając, że naprawdę nie zdawała sobie sprawy, że każde jej słowo tylko pogarszało napięcie panujące między nami. - To bardzo krzywdzące określenie. Ja wolę mówić o… Otwartości na doświadczenia. Zawsze wolałem określenie „wysoko sprecyzowane preferencje”, ale jak tam sobie życzysz. To tylko nomenklatura. - Patrzyłem na nią z tym spokojnym, bezczelnym wyrazem twarzy, który zawsze wyciągałem wtedy, gdy czułem, że ktoś próbuje mnie ustawić pod ścianą, a ja nie zamierzałem się tam ustawić. Przesunąłem zdrową dłonią po krawędzi kanapy, jakbym się zastanawiał, jak daleko mogę się posunąć słowami, zanim Ellie postanowi nas rozdzielić jak dwa walczące koty.
Obserwowałem Prue uważnie, kiedy mówiła o tym, że mnie zna, więc wyłapie moment, w którym przestanę być „zadowolony”. I to było… Niebezpieczne, bo miała rację - znała mnie, znała moje reakcje, moje odruchy, mój sposób milczenia, nawet jeśli od lat starałem się udowodnić jej, że było inaczej, zachowując się zupełnie nieprzewidywalnie, czasami nawet dla siebie - to ona, ona mi to robiła, tym też mnie wściekała. Przesunąłem językiem po dolnej wardze, odruchowo, jakbym się nad czymś zastanawiał. Zerknąłem na jej dłonie - na moment - potem znowu na jej twarz, przesunąłem spojrzeniem wolno, bez pośpiechu, jakbym specjalnie chciał ją speszyć. I, cholera, działało. Widzieć to rumienienie się było jak mały, prywatny triumf, którego nie powinienem czuć, a jednak czułem.
- Ty? Nie wczuć się? - Mruknąłem, mrużąc oczy, jakbym właśnie usłyszał coś absolutnie uroczego. - Prue, Prue, Prue… - Westchnąłem, tonem, którego używałem tylko wobec niej. - Prue, proszę. To brzmi jak oksymoron. Ty zawsze się wczuwałaś. We wszystko. Za bardzo. I oboje o tym wiemy. Naprawdę nie sądzę, żeby ci to przeszło. Nie tobie. - Parsknąłem cicho, ale tym razem nie był to śmiech, tylko raczej krótki wydech powietrza, jakby coś mnie rozbawiło i zirytowało jednocześnie. Znałem ją, zbyt dobrze, a więc i sposób, w jaki się angażowała, czasami nawet do przesady - w ludzi, w sytuacje, w problemy, które nie były jej. Robiła to nawet wtedy, gdy udawała, że jest inaczej, a może zwłaszcza wtedy, zawsze chciała mieć kontrolę - nad sobą, nad sytuacją, nad wszystkim dookoła, nawet, gdy coś ją przerastało, udawała, że to ona pociąga za sznurki, może właśnie dlatego tak bardzo mnie irytowało… I przyciągało.
Czułem jej spojrzenie, tak samo jak ona musiała czuć moje, właśnie dlatego nie odrywałem wzroku, bo jeśli już miała się rumienić, to przynajmniej niech wie, że to nie przypadek.
- Sama ją sobie wzięłaś. - Powtórzyłem spokojnie, kiedy to powiedziała, uniosłem lekko brew, jakbym naprawdę rozważał jej słowa, jakby to był temat do filozoficznej dyskusji, a nie coś, co uderzało we mnie znacznie bliżej, niż powinno, bo kiedyś rzeczywiście tak było - wzięła sobie moją rękę i nie puszczała jej przez całe lata. - Oczywiście. - Brzmiało neutralnie, ale takie nie było.
Lubiłem momenty, w których to, co było w niej poukładane, całkowicie się sypało, lubiłem, gdy nie była taka idealna, gdy coś w niej pękało, odsłaniało to coś bardziej surowego, impulsywnego. Gdy się złościła, jej oczy robiły się ciemniejsze, spojrzenie ostrzejsze, a policzki rumieniły się, zdradzając ją bardziej niż jakiekolwiek słowa. Kiedyś, jako dzieciak, czochrałem jej włosy - robiłem to specjalnie, żeby popsuć jej idealną fryzurę, by zobaczyć, jak próbuje je potem doprowadzić do porządku, mrucząc coś pod nosem - wtedy było to niewinne, żart, przyjaźń.
Teraz… Teraz to było zupełnie inne, było… Złe, bo myśli, które mi przychodziły do głowy, nie miały już nic wspólnego z niewinnością. Zamiast czochrania włosów chciałem je roztrzepać palcami, zamiast prostowania jej świata chciałem go popsuć, rozrzucić, pogiąć, zostawić ślady, pognieść jej idealnie wyprasowane ubrania, pocałować ją tak, żeby zapomniała o całej tej swojej kontroli.
I nienawidziłem siebie za to - za to, że tak myślałem, za to, że w ogóle mi to przyszło do głowy.
- Zawsze mnie bawiło, jak bardzo pchasz tę swoją wersję narracji. - Powiedziałem w końcu, cicho, ale wyraźnie. - Jakby wszystko musiało być równe, czyste, dopięte na ostatni guzik, kontrolowane laboratoryjnie.
To, że to powiedziała, że sama sobie wszystko bierze, powinno mnie rozbawić, w pewnym sensie tak było, tylko że nie w tym lekkim, koleżeńskim sensie, jak kiedyś. Teraz to było coś innego, ostrzejszego, bardziej… Drażniącego. „Drażniło”, słowo dnia, słowo tygodnia, opis całego jestestwa tej dziewczyny. Patrzyłem na nią i widziałem tę wersję, którą zawsze próbowała prezentować światu - opanowaną, zorganizowaną, perfekcyjną, jakby miała na sobie starannie wyprasowaną pelerynę niewidkę, a ja od dawna wiedziałem, że pod nią jest coś zupełnie innego.
Lubiłem, kiedy to wychodziło na wierzch, lubiłem, kiedy się złościła, jej oczy robiły się wtedy głębsze, jakby nagle było w nich za dużo emocji, żeby je wszystkie pomieścić, policzki jej czerwieniały, nie z tego jej kontrolowanego „jestem opanowana”, tylko z prawdziwej frustracji. Kiedy przestawała ważyć każde słowo, a zaczynała mówić szybciej, ostrzej, bardziej impulsywnie, myśli szły mi w miejsca, do których nie powinny.
Zbyt często łapałem się tego, że chciałbym zniszczyć tę perfekcję w zupełnie inny sposób, zmiąć jej starannie ułożony harmonogram radzenia sobie ze światem, sprawić, żeby zapomniała o tym, jak wszystko ma wyglądać, jak powinno być. Chciałbym widzieć ją rozbitą z tej idealnej kompozycji, rozgrzaną emocjami, nie do końca panującą nad sobą. To było… Okropne, nie powinienem tak myśleć, nie o niej, nie po tym wszystkim. Ale myślałem.
- Wiesz, co jest w tym najzabawniejsze? - Odezwałem się dalej, bardzo cicho, niby prowokacyjnie, ale z cieniem czegoś, co było już nie tylko złośliwością. - Ty naprawdę twierdzisz, że perfekcja cię ochroni. - Nie było w tym kpiny, było coś innego, coś bardziej niepokojącego. Zacisnąłem szczękę, kiedy bandaż został naciągnięty trochę mocniej, a może tylko mi się tak wydawało, bo sam się spinałem. - Ale… Mogę się założyć, wewnątrz wcale nie myślisz, że perfekcja jest czymś, do czego każdy „normalny człowiek” chce dążyć. Po prostu chcesz wierzyć, że gdzieś cię to doprowadzi. - Przechyliłem lekko głowę, patrząc na nią uważnie, czując, jak bandaż przesuwa się po mojej skórze, jak jej palce układają wszystko z tą chorą dokładnością, która kiedyś mnie rozczulała, a teraz… Teraz doprowadzała mnie do szału, bo to sprawiało, że miałem ochotę ją rozproszyć, zobaczyć, co się stanie, kiedy przestanie być taka idealna.
To, że straciłem kontrolę, zabrzmiało w jej ustach jak oszczerstwo, mimo że tylko powtórzyła sens moich słów, ale nie zaprzeczyłem - to było nowe, wolałem tego nie analizować.
- Martwe rzeczy są zawsze tam, gdzie je zostawisz. - Rzuciłem spokojnie, ale z cieniem czegoś ostrzejszego w głosie, to nie była prowokacja, bardziej obserwacja, po prostu niezbyt uprzejma, kąśliwa. - Praca z denatami na pewno by cię nie rozpraszała, wiesz, one raczej nie podważają niczyich kompetencji. - Przytaknąłem temu, co wcześniej zasugerowałem, i zerknąłem na nią spod rzęs, uśmiechając się wymownie. Ona chciała, żeby wszystko było bezpieczne, ułożone, kontrolowane. A ja… Ja byłem dokładnym przeciwieństwem tego świata, byłem… Żywy, nieważne, czy tego chciała, czy nie. - Trupy nie będą się ruszać, nie będą zadawać niewygodnych pytań, nie będą psuć harmonii twojego idealnego świata. Nie popsują ci planów. Nie odpowiedzą nie tak, jak trzeba. Nie zrobią nic nieprzewidywalnego. - Wyliczałem, doskonale wiedząc, że nie mówiłem o zaletach umarlaków. Jej świat był poukładany, obsesyjnie dokładnie, pod niewidzialną linijkę w tych brązowych oczach, które wiecznie coś analizowały, tworzyły linie proste między punktami A i B na mapach, ustawiały rzeczy na swoich miejscach, zamykały emocje w szufladkach. Zawsze taka była - idealny zadatek na niespełnionego jasnowidza - próbowała przewidzieć wszystko, zapobiec wszystkiemu, wygładzić każdą zmarszczkę na rzeczywistości, a ja… Zawsze byłem tym, który ten porządek naruszał, przewracał kartki, zanim skończyła je czytać, zadawał pytania, na które nie chciała odpowiadać.
- Leżą, gdzie je położysz. Dokładnie tak, jak chcesz. Zero chaosu. Zero niespodzianek.
Przyglądałem się jej dłoniom - temu, jak owijały bandaż z tą jej obsesyjną dokładnością - każdy ruch był przemyślany, wyważony, precyzyjny. Zawsze taka była, nawet kiedy była wściekła, nawet kiedy się rumieniła, nawet kiedy traciła grunt pod nogami, jej ręce wiedziały, co robić, jakby miały większą kontrolę niż ona sama.
Zawahałem się na ułamek sekundy, zanim dodałem ciszej:
- A ty też nie lubisz, kiedy coś wymyka ci się spod kontroli.
Byłem jej dysonansem, błędem w równaniu, zmienną, której nie dało się przewidzieć, oboje o tym wiedzieliśmy.
- Jeśli pójdziesz do trupów - dodałem, już lżej - będą ci śmiertelnie wdzięczne. Nie będą się odzywać. Nie będą cię kwestionować. - Zatrzymałem wzrok na jej twarzy. - Ale też nigdy nie powiedzą, że jesteś genialna. - I to była prawda, a ja zawsze jej to mówiłem, w jeden albo drugi sposób, nawet wtedy, kiedy nie chciała słuchać.
To „nic takiego” zabrzmiało zbyt lekko, powiedziała je szybko, jakby chciała to zdmuchnąć, zanim zdąży osiąść między nami i  zrobi się z tego coś większego - coś, co będzie trzeba nazwać, to była jej specjalność, zawsze trafiała dokładnie tam, gdzie nie chciałem, żeby trafiała.
Patrzyłem na nią chwilę dłużej, niż wypadało. Nie dlatego, że chciałem ją zawstydzić. Po prostu… Nie potrafiłem przestać, to było jak odruch, którego nie zdążyłem zatrzymać, mózg powiedział „nie”, a oczy i tak zrobiły swoje. Myślałem o tym, żeby wstać, wyjść, wracać do chłopaków, do hałasu, do śmiechu, do wszystkiego, co było proste i nie wymagało analizowania każdego spojrzenia, każdego słowa, każdego oddechu, ale siedziałem, nie ruszałem się, bo w tej chwili wszystko było… Zbyt znajome - jej sposób mówienia, ten lekki ton, który zawsze brał się z próby zbagatelizowania czegoś, co było dla niej ważniejsze, niż chciała przyznać, ten sposób, w jaki unikała zbyt długiego kontaktu wzrokowego, kiedy coś ją ruszało - znałem to na pamięć.
- Wiem. - Powiedziałem w końcu, cicho. - Że to „nic takiego”. - Ale mój głos zdradził mnie od razu, brzmiał spokojnie, ale nie nonszalancko - nie tak, jak zwykle, tylko tak, jakbym mówił coś, co sam próbowałem sobie wmówić. Oparłem się o oparcie kanapy i wbiłem wzrok w bandaż, bo to on był najbezpieczniejszym punktem w tym pokoju.
„Kompatybilni” - to słowo pojawiło się w mojej głowie, zawsze tacy byliśmy, ja pakowałem się w kłopoty, ona wyciągała mnie z nich, często zanim w ogóle zdążyłem zrozumieć, że w coś wpadłem. To była nasza dynamika, nasza rutyna, nasza normalność - może właśnie dlatego teraz to wszystko było takie niewygodne, bo ta wersja „nas” już nie istniała. Nie mogłem już przychodzić do niej z problemami, ona nie mogła już mnie ratować, nawet jeśli wciąż to robiła, nawet jeśli teraz właśnie to zrobiła. Zabawne, jak łatwo było przywyknąć do czegoś, co wydawało się… Stałe - uniosłem na nią wzrok na ułamek sekundy - a przecież kompatybilność nie zawsze wystarcza. Czasem jest właśnie tym, co najbardziej boli, kiedy przestaje mieć znaczenie.
Siedziałem jeszcze chwilę, zanim w końcu przesunąłem się do przodu, jakbym miał zamiar wstać - jakbym naprawdę miał już wyjść, ale nadal siedziałem, to było chyba najbardziej wymowne ze wszystkiego.
Przewróciłem oczami, kiedy usłyszałem, że „lepiej dla mnie”, żebym się nie ruszał, co brzmiało mniej więcej jak groźba owinięta w troskę. Ellie uśmiechnęła się przy tym w ten sposób, który jasno mówił, że decyzja już zapadła, a ja mogę co najwyżej udawać, że mam na nią wpływ. Moje zdanie zostało tu odnotowane… I natychmiast zignorowane. Oparłem się więc wygodniej, korzystając z możliwości udawania, że to była moja świadoma decyzja, a nie fakt, że właśnie zostałem uwięziony między kanapą, bandażem i ambicjami starszej pani.
Nie byłem złośliwy. No… Może trochę, ale bardziej defensywny niż ironiczny. Po prostu nie lubiłem sytuacji, w których ktoś próbował mi coś „pokazać”, „podpowiedzieć” albo „odsłonić”, zbyt dużo w tym było rzeczy, nad którymi nie miałem kontroli. Brzmiało to jak rozkaz, a ja z zasady nie lubiłem rozkazów, nawet jeśli miały sens. A to akurat ich nie miało. Nie wierzyłem w karty - nigdy - przeznaczenie, znaki, los zapisany w symbolach, zawsze wydawało mi się to wygodnym wytłumaczeniem dla rzeczy, których nie chciało się brać na siebie, łatwiej powiedzieć, że „tak miało być”, niż przyznać, że coś się spartoliło. Wiedziałem jednak, że babcia Bletchley nie zamierzała mnie teraz wypuścić, nie kiedy już wyciągnęła karty.
- Nie wierzę w takie „wskazówki”. - Powtórzyłem, bardziej dla zasady, bo to zdecydowanie był ten moment, w którym orientujesz się, że przegrałeś, zanim w ogóle zacząłeś grać. - Już wystarczająco dużo osób w życiu ma pomysły, co powinienem robić. - Dodałem szczerze, zbyt szczerze jak na mnie. - Nie jestem pewien, czy chcę, żeby do tej listy dołączyła talia kart. - Poczułem, jak coś we mnie się napina - to było głupie, irracjonalne - przecież to tylko karty, papier, obrazki, a jednak…
„Będę pierwsza, jeśli się boisz”.
Zacisnąłem szczękę. To było absurdalne - przepowiednie-srednie, przyszłość w obrazkach za trzy sykle - to wszystko było… Głupie. Oczywiście, że się zirytowałem - nie dlatego, że Prue rzuciła mi wyzwanie, do tego byłem przyzwyczajony, zawsze robiła to w ten sam sposób, z tym swoim pozornie niewinnym tonem, który miał mnie sprowokować szybciej, niż zdążyłem pomyśleć. Zirytowałem się, bo to zawsze działało, zawsze. Przez sekundę jeszcze siedziałem na kanapie, jak idiota, patrząc na nią sekundę dłużej niż powinienem - na to, jak siadała na dywanie, po turecku, z tą swoją skupioną miną, jakby właśnie zabierała się do czegoś poważnego - jakby to nie była tylko kolejna scena, w której wciągała mnie w coś, czego nie planowałem.
Spojrzałem na nią spode łba, z tą mieszanką rozdrażnienia i czegoś, co przypominało dawne rozbawienie, ale nie było już tak lekkie jak kiedyś.
- Ja się nie boję. - Burknąłem automatycznie, poprawiając się tak, żeby bandaż mnie nie ciągnął. - Ja po prostu nie wierzę w głupoty dla pannic. - Zadeklarowałem, sam już nie wiedząc, który to raz z rzędu. - Z całym szacunkiem, pani Ellie, wiem, że pani to już nie pannica, tylko babka. - Dodałem, zupełnie nie zastanawiając się nad tym, że jeśli to miało być kulturalne sprostowanie, to raczej marne.
Nie wiedziałem, czy to była duma, czy irytacja, czy po prostu ten stary, głupi odruch, który zawsze kazał mi reagować szybciej, niż powinienem, ale zanim zdążyłem się zastanowić, westchnąłem cicho, bardziej do siebie niż do nich, i zsunąłem się z kanapy na podłogę - nie elegancko, nie powoli - po prostu.
Usiadłem po drugiej stronie niskiego stolika, na wprost Prudence, opierając się jedną ręką o dywan, drugą trzymając ostrożnie przy boku. Spojrzałem na nią spod rzęs, wyraźnie poirytowany, nie zamierzałem nad nią wisieć, nie zamierzałem patrzeć na nią z góry, jakby była dzieckiem, które bawi się w wróżenie. Nie chodziło o wygodę, chodziło o zasadę - jeśli ona siadała na podłodze, to ja też. Oparłem się wygodniej, skrzyżowałem zdrową rękę na piersi i westchnąłem cicho.
- Dobra. - Powiedziałem, bardziej do siebie niż do nich. - Zaskoczcie mnie. - Rzuciłem, pochylając się minimalnie do przodu, jakby dystans fizyczny między nami nie był już wystarczająco skomplikowany. Spojrzałem na rozłożone karty, potem na Prue, jakby właśnie próbowała mi odebrać ostatnie resztki autonomii, moment później unosząc brwi, rozbawiony. - Śmierć? To ci niespodzianka…
Rzut Tarot 1d78 - 49
Królowa Mieczy

Rzut Tarot 1d78 - 3
Kapłanka

Rzut Tarot 1d78 - 76
Trójka Denarów

Rzut Tarot 1d78 - 34
Dwójka Pucharów

Rzut Tarot 1d78 - 76
Trójka Denarów


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Bard Beedle (2163), Benjy Fenwick (13414), Prudence Fenwick (8176)




Wiadomości w tym wątku
[12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Prudence Fenwick - 12.01.2026, 23:02
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Benjy Fenwick - 13.01.2026, 02:56
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Prudence Fenwick - 13.01.2026, 12:57
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Benjy Fenwick - 13.01.2026, 17:18
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Prudence Fenwick - 13.01.2026, 22:09
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Benjy Fenwick - 14.01.2026, 00:01
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Prudence Fenwick - 14.01.2026, 15:00
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Benjy Fenwick - 14.01.2026, 20:30
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Prudence Fenwick - 14.01.2026, 21:41
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Benjy Fenwick - 15.01.2026, 20:44
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Prudence Fenwick - 16.01.2026, 13:36
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Benjy Fenwick - 17.01.2026, 03:10
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Prudence Fenwick - 17.01.2026, 16:31
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Benjy Fenwick - 17.01.2026, 16:47
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Bard Beedle - 21.01.2026, 03:33
RE: [12.07.1957] Two souls don't just meet by accident | Aloysius & Prudence - przez Benjy Fenwick - 16.02.2026, 02:14

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa