To nawet nie tyle, że nie mogła sobie pozwolić na podążanie za instynktem i zachciankami, co zwyczajnie nie chciała – miała zupełnie inny charakter, była poukładana, może z pozoru chłodna (i nie chodziło o temperaturę jej ciała) i spędzała dużo czasu na analizę sytuacji. Na wymyślaniu planów działania. Na łączeniu kropek. I lubiła ten poukładany świat, złościła się czasem, gdy coś nie szło po jej myśli, albo coś zupełnie ją zaskakiwało w ten negatywny sposób (a potem i tak analizowała co do tego doprowadziło i jak można to przekuć w coś dobrego). Być może dlatego tak kochała warzyć eliksiry, w końcu była to bardzo ścisła nauka, w której każde odstępstwo od zasad mogło spowodować, że mikstura nie będzie odpowiednio mocna, albo że straci swoje właściwości (co innego było przy eksperymentowaniu, tam mogła poszaleć). Dopiero uczyła się tej swobody, pewnej elastyczności w stosunku do drugiego człowieka, dawania się zaskoczyć i płynięcia z prądem.
– Fakt, to świetna wymówka – odparła i uśmiechnęła się pod nosem. – Zazwyczaj po niej druga strona kiwa głową i przestaje zadawać pytania, bo boi się przywołać jakieś mityczne złe wspomnienia – uśmiech dosięgnął jej oczu, które przymrużyła rozbawiona. Nie mówiła do końca na serio… ale było w jej słowach trochę prawdy. Mało kto pytał ją o Limbo, o to, co tam przeżyła, albo biorąc wywiad, jaki dała, za pełną historię, albo bojąc się sprawić jej dyskomfort. Ale to nie było żadne tabu, nic z tych rzeczy. Nie traktowała tego w kategorii jakiejś traumy, bardziej próbowała zrozumieć co się tam w ogóle wydarzyło… – Tak, słyszałam o tym. O tych problemach znaczy się, chociaż nie wiem czy to akurat było przez tych pajaców w szlafrokach zamierzone, czy to po prostu skutek… uboczny – dokładnie tyle uważała o tych ich szmatach, za którymi się skrywali, a potem skrzywiła się lekko. Skutek uboczny, cóż za piękne niedopowiedzenie. – Nadal nie udało się nic zdziałać w związku z twoim mieszkaniem? – podpytała jeszcze, zastanawiając się czy te zasrane bębny dudniące z jej mieszkania nie miały jakiegoś związku właśnie ze Spaloną Nocą, myślała nad tym już kiedyś, ale odrzuciła ten pomysł ze względu na czas, w którym to usłyszały razem z Brenną. Ale może nie powinna skreślać tego pomysłu, ostatecznie jej dom rodzinny poszedł z dymem do zera i niby nic wielkiego nie stało się z jej kamienicą prócz nadpalonej elewacji i drzwi wejściowych, ale może nie było to takie oczywiste na pierwszy rzut oka… Jak to dobrze, że była na dobrej drodze by na dniach się stamtąd wynieść całkowicie.
Oczy Victorii, gdy tak patrzyła na Christophera i słuchała co mówi, zrobiły się niemalże okrągłe jak spodki, a wszystko to ze zdziwienia. Wydawało się wręcz absurdalne, że jedna kobieta miała w sobie takie pokłady złości i zawiści, by zamiast machnąć ręką na nieudany związek, chciało jej się robić takie podchody i podkładać świnie Rosierowi. Bo to już nie było byle co, tylko ingerowanie w jego pracę, pracowników…
– Jakakolwiek suknia by to nie była, to jest… – Victoria aż zamilkła na moment, szukając odpowiednich słów. – Niedorzeczne. Bezczelne. Zupełnie nie zabawne – powiedziała w końcu. – Udało się tę suknię chociaż znaleźć na czas?
Rzuciła niemal wyzywające spojrzenie Chrisowi, gdy zgodnie ze sztuką ułożyła wolną dłoń na jego ramieniu, gotowa poprowadzić lub poddać się jemu w tych krokach na żwirowej ścieżce przy lekko stłumionej muzyce dobiegającej z sali balowej. Jeden krok, drugi, obrót…