Zauważała tę zmianę: to, że Primrose prezentowała się teraz bardziej jak pewna siebie dama niż skryta w cieniu (siostry) dziewczyna i to była dobra zmiana. Taka, która cieszyła oko i sprawiała, że Victoria uśmiechała się z pewną ulgą, że ten kwiat zakwitał tak pięknie, choć teraz przykrywała go cienka warstwa pyłu po Spalonej Nocy. Nie dziwiło, że Primrose nie potrafi się odnaleźć w tej nowej rzeczywistości, o której dotychczas mogła czytać tylko w gazetach i listach; wszak to nie to samo, co zobaczyć to na własne oczy, być tego częścią. Kto normalny chciałby, by tak właśnie wyglądało jego życie?
– W Londynie też nie wszystko płonęło od razu. Budynki zapalały się w różnych miejscach z różną częstotliwością – a ona nawet domyślała się dlaczego: nawet jeśli nie zrobił tego pył, który nagromadzał się i osiadał na suchych materiałach, w końcu doprowadzając do zapłonu, to byli ludzie, którzy w tym pomagali. Ludzie, którzy nie dbali o własne zdrowie i życie. Wciąż miała przed oczami klęczącego na bruku mężczyznę w trakcie jakiegoś… rytuału najpewniej, którego ręce były wręcz zwęglone, a on wcale nie wrzeszczał z bólu. Był w jakimś transie.
Victoria kaszlnęła, gdy dym, kurz i popiół w zrujnowanym domu zakręciły się, wzbite w powietrze, gdy weszły do środka. Oglądała spopielone kupki popiołu, do połowy zwęglone ramy obrazów, regały, szafy bez drzwi, drzwi bez skrzydeł, wywrócone stoliki, z których zostały tylko pokraczne nogi. Był to obraz rozpaczy, który ściskał Victorię za serce, gdy patrzyła na to, co mijały. Gdy Primrose mówiła, a ona słuchała, nie mogąc pojąć po co to wszystko, po co ta cała nienawiść, po co ta zemsta, po co…
– Oczywiście, że wszystkie, Prim. Może nie własnoręcznie i nie osobiście, ale to on sprawił, że pył zaczął sypać się z nieba, to on zaczął tę masakrę i on jest powodem walk na ulicach, nienawiści i chęci zemsty za tą nienawiść… – odwróciła się do Primrose, ponownie łapiąc ją za rękę, tę, którą zaciskała tak blisko siebie, chcąc sprawić, by rozluźniła ją choć trochę. – Gdyby nie Voldemort i jego cholerny manifest, gdyby nie jego banda fanatyków, których zebrał wokół siebie, to nie mielibyśmy… tego. Tego gniewu, który szuka ujścia – mogły winić za to wszystko anonimowych ludzi, którzy nieśli pochodnię, choć raczej po prostu podłożyli ogień magią, by ten był tak mocny, że strawił to wszystko co tu mieli bezlitośnie. Ale Victoria odmawiała, by nie obarczać winą Czarnego Pana, który był początkiem tego wszystkiego. – Może nawet ogień podłożył ktoś inny, ale… – Victoria rozejrzała się, spoglądając na te wszystkie drogocenne rzeczy, które nie nadawały się już do niczego. – Gdyby nie on, to ten dom byłby cały – dokończyła i przejechała z pewną czułością po knykciach Primrose, o ile ta nie zabrała dłoni. Stały teraz tak, że Victoria kątem oka widziała wejście do kuchni i mogłaby przysiąc, że stało tam coś dziwnego: całkiem dobrze zachowane krzesło, sztuk jeden. – A to co? – mruknęła, wychylając się za siostrę.