18.01.2026, 05:00 ✶
Wyciągnąłem rękę po butelkę, jeszcze zanim Prudence skończyła mówić, zapewniając mnie o tym wszystkim, co powinno było przynieść mi ulgę, ale wcale tego nie zrobiło, co samo w sobie brzmiało dokładnie tak źle, jak czułem się z tą sytuacją - pękanie nie było w moim stylu, nie należało do mojego repertuaru. Nawet na nią nie spojrzałem, zanim nie pokręciłem głową, zamykając sobie usta nalewką, nim zdążyłem się zastanowić, czy w ogóle chcę coś jeszcze mówić. Nie dlatego, że chciałem całkowicie wycofać się z tej rozmowy, tylko dlatego, że nie wiedziałem, co z tym zrobić - z tym wszystkim - z tym, co powiedziała, z tym, że mówiła to tak… Prosto, jakby to naprawdę było takie proste. Pociągnąłem łyk, za długi, taki, który palił gardło, potem drugi, trzeci, alkohol spłynął mi po brodzie, otarłem ją niedbale dłonią, oblizałem wargę z ciemnych, słodko-gorzkich kropli i prychnąłem krótko, bez śmiechu.
- Nie. - Powiedziałem w końcu, nisko, głucho. - Nie, Pluey. Tu się, kulwa, nie zgadzamy. - Zacisnąłem palce na szyjce butelki. - Wybacz mi, naplawdę, ale ja nie kupuję tej welsji, sze „to nolmalne” i powinienem wylewaś na ciebie mój syf, bo „telas jest nas dwoje” i jusz, tak się nie da, to nie jest… Pszełącznik–pstlyk–wsystko gla. - Pociągnąłem solidny haust, za długi, za łapczywy. - To tak nie działa. Pszynajmniej nie w mojej głowie. - Butelka stuknęła o podłogę, kiedy ją odstawiłem. - Ja bym balso chciał w to wieszyś, ale… - Urwałem, wciągnąłem powietrze. - Ale nie potlafię. Nie potszebuję, szebyś mnie chloniła pszed plawdą. - Oparłem się ciężej o kanapę. - A plawda jest taka, sze zjebałem, nie mówiąc ci o wszystkim, nadal, kulwa, nie wiedząc, jak o tym mówiś, by to… Nie bszmiało… Tak. I nie wieszę, sze mosemy tak po plostu pszejść nad tym do posządku dziennego. Nie wieszę w to. Mose to ze mną jest coś nie tak, ale ja nie umiem udawaś pszed tobą, sze takie szeszy się nie liczą. - Oparłem łokcie o kolana i pochyliłem się do przodu, chociaż plecy miałem napięte, jakby w każdej chwili ktoś miał mnie uderzyć. - Mam do siebie wyszuty. Cały czas. I nienawidzę tego. Nienawidzę tego cięszalu, nawet jeśli ty mówisz, sze to nie jest cięszal. Dla mnie jest. Szczególnie telas. - Przejechałem dłonią po karku, czując napięcie w mięśniach. Czułem własny oddech, brzmiał mi w uszach za głośno, serce waliło mi w klatce piersiowej w sposób kompletnie nieadekwatny do sytuacji, jakbym właśnie biegł, a nie siedział na cholernym dywanie we własnym domu.
„Dom” - znowu to słowo.
- Po tym, co powiedział John. Po tym domu. - Słowo „dom” zabrzmiało w moich ustach obco. - To duszy dom. Za duszy. Taki, któly wygląda, jakby był zaplojektowany pod coś więcej nisz my. Jakby miał jusz s góly wpisane pszeznaczenie. - To było kolejne słowo, które wypowiedziałem tak, jakby pochodziło z obcego języka, bo przecież nie wierzyłem w ten koncept, sam zamysł czegoś z góry określonego przez jakąś mityczną siłę był dla mnie marną wymówką dla ludzi, którzy nie chcieli brać odpowiedzialności za podejmowane decyzje, ale - no, właśnie - w tym wypadku nie było lepszego określenia na to, czym było to miejsce.
- Co, jeśli telas mówisz jedno, bo naplawdę jesteś tego pewna, ale za pięś, dziesięś lat coś w tobie pęknie? Co, jeśli będziesz słysześ pytania? Od ludzi. Od lodziny. Od siebie samej. Co będzie za piętnaście, dwadzieścia lat, kiedy to wszystko wlóci jak bumelang. Co, jeśli któlegoś dnia spojszysz na mnie i pomyślisz, sze coś ci odeblałem? - Wypaliłem to, zanim zdążyłem się zatrzymać, znowu sięgnąłem po butelkę, ale tym razem tylko ją ścisnąłem w dłoni, wpatrując się w ciemną zawartość. - Bo wiesz… - Odchrząknąłem. - Ludzie nie zaczynają nienawidziś od lasu. Najpielw jest cisza. Potem szal. A potem jusz za późno. - Pokiwałem głową, jakbym sam sobie przyznawał rację, przez chwilę słuchałem tylko własnego oddechu - zbyt głośnego, zbyt nierównego.
Złapałem się na tym, że znowu nabieram powietrza, jakbym miał wygłosić mowę obrończą, chociaż nikt mnie nie oskarżał, z gardła wyszedł mi ten cichy dźwięk, coś jak krótkie „tss”, sygnalizujące, że to zdecydowanie był ten moment, w którym ciało robiło swoje szybciej niż głowa - barki miałem lekko uniesione, szczękę napiętą, ręce trzymane sztywno. Poczułem, że mi drży szczęka, więc zacisnąłem zęby, głowa sama mi się lekko przechyliła na bok, potem wróciła do pierwotnego ułożenia, potem znów się poruszyła - to były drobne, nerwowe ruchy, które robiłem zawsze wtedy, kiedy coś było za duże, żeby to od razu unieść. Oparłem się ciężej o dywan, dłonią potarłem twarz, jakbym chciał zebrać myśli, ale tak naprawdę tylko przeciągałem moment.
- To nie jest tak, sze ja wątpię w ciebie. - Znów pokręciłem głową, tym razem wolniej. - Ja wątpię w… W to, sze coś mose się nie wyłoszyś tylko dlatego, sze ja to… Dotknąłem… W nieodpowiedni sposób. - Parsknąłem pod nosem, bez uśmiechu, to nie próbowało być śmieszne, nawet jeśli brzmiało absurdalnie. - To bszmi, jakbym był pszeklęty albo coś. Nie chodzi o fatum. Laczej o nawyk.
Nawyki… No, właśnie - wszystko opierało się o nie, to gadulstwo, te wylewające się słowa, one nie były normalne, to było pękanie - zorientowałem się, że znowu mówię inaczej, niż to sobie założyłem, jasne, ale dopiero wtedy, kiedy własny głos zaczął mnie męczyć, to było to charakterystyczne zmęczenie sobą - nie nią, sobą - jakby każde kolejne zdanie było tylko inną wersją tego samego uniku.
Całe życie funkcjonowałem w trybie „udowodnij, zasłuż, nie przesadzaj, nie przyzwyczajaj się”, nie wydawało mi się niczym wartym analizowania, że w pewnym momencie zacząłem trzymać się prostych reguł - „jak jest za dobrze, to znaczy, że ktoś czegoś chce”, „jak ktoś zostaje, to znaczy, że zaraz policzy rachunek”, „jak nie ma ceny od razu, to pojawi się później, z odsetkami” - teraz to zaczynało brzmieć tak, jakbym się ich uczepił, a to było niewygodne, dezorientowało mnie, bo nie grało z moją życiową filozofią, w której ta matematyka miała sens. To, co mówiła, ten spokój towarzyszący słowom, rozstrajał mnie bardziej niż awantura, bo z awanturą wiedziałem, co zrobić, a z tym… Z tym coraz bardziej czułem się, jak jak idiota, który próbował sprawdzić, czy krzesło nadal stoi, więc co chwilę na nim podskakiwał, chociaż wcale nie chciał testować jego wytrzymałości - nie chciałem niczego psuć, po prostu nie do końca wiedziałem, jak postąpić w sytuacji, w której coś, co powinno było przynieść mi ulgę, tylko jeszcze bardziej mieszało w mojej głowie.
Osunąłem się odrobinę, poprawiając ułożenie pleców względem kanapy, jakbym tym gestem chciał przykryć to, że kompletnie nie wiedziałem, co zrobić z rękami - jedną oparłem o kolano, drugą odruchowo schowałem pod udo, jakby mogła mi uciec za bardzo w bok i narobić szkód. Przesunąłem kciukiem po krawędzi obrączki, nie zdejmując jej, raczej sprawdzając, czy dalej tam jest - była, oczywiście, że była, jak wszystko inne, co mimo to wydawało się nieprawdopodobne. Przez chwilę tylko na nią patrzyłem, bez słowa, z tym zmęczonym, pijackim skupieniem, które nie bierze się z braku myśli, tylko z ich nadmiaru. Potem westchnąłem ciężko, krótko, przez nos.
- Melinie, dziewczyno… - Powiedziałem, chociaż była moją żoną, a nie żadną „dziewczyną”, nie „kobietą, z którą jestem”, nie „kimś, z kim mi wyszło”, tylko żoną - nazywanie jej w ten sposób brzmiało dosyć irracjonalnie, i oboje o tym doskonale wiedzieliśmy, ale w tym wypadku samo cisnęło mi się na usta.
- Miałaś plawo się baś. - Powiedziałem w końcu, nisko, bez udawania lekkości. Przesunąłem językiem po dolnej wardze, pokręciłem głową, odchrząknąłem pod nosem, jakbym próbował wypluć z siebie coś, co od dawna siedziało mi w gardle. Alkohol robił ze mną, co chciał, ale akurat w tym jednym był uczciwy - spojrzałem na nią spod przymrużonych powiek, jeszcze raz pokręciłem głową i westchnąłem pod nosem, zanim w ogóle na nią spojrzałem. - Selio. Gdybyś się nie bała, to by było… Dziwne. Ja tesz się bałem, tylko udawałem, sze nie. - Zerknąłem na nią z ukosa, potem znowu przed siebie, po czym podniosłem ręce w geście półpoddania. Przejechałem dłonią po karku, odwróciłem na moment wzrok, potem znów na nią spojrzałem. Parę słów zgubiło mi się po drodze, ale nie poprawiałem ich na siłę. - Chodzi o to, sze mój mózg lubi sobie splawdzaś, czy coś nie zostało przeoczone. Czy gdzieś nie ma dlugiego dna. Albo tszeciego. Albo zapadni. - Urwałem, machnąłem ręką, jakby reszta zdania była zbyt oczywista albo zbyt głupia, żeby ją kończyć. To było… Szczere, nawet bardzo, ten rodzaj szczerości, która pojawiała się wraz z ustępującym filtrem na słowa. Parsknąłem znowu, bez humoru, bardziej tak, jakby mi coś stanęło w gardle, i pokręciłem głową, patrząc kątem oka w kierunku Prudence, ostrożnie, z lekkim zmrużeniem powiek - tak, jak się patrzy na zjawiska pogodowe, które nie mają prawa się wydarzyć w tej szerokości geograficznej. Nie dlatego, że była ładna - była piękna, ale to było zbyt proste w kontekście, w którym się znaleźliśmy - tylko przez sposób, w jaki reagowała. A robiła to spokojnie, bez tego całego napięcia, jakby to wszystko nie było wykolejeniem, tylko… Rozmową. Była nierealna - nie pasowała do moich doświadczeń, statystyki, rachunku strat i zysków, który prowadziłem w głowie od lat. Nic się tu nie zgadzało, a jednak siedziała przede mną, spokojna, pewna, jakby to wszystko było oczywiste.
- Oklęciłaś mnie sobie wokół palca. Od pielwszego piepszonego lasu. To było… Pszytłaczające. - Powiedziałem, krzywiąc się, jakbym właśnie przyznał się do jakiejś osobistej porażki, trochę pijacko, trochę jakby to był żart, a trochę jakby wcale nim nie był. - Nie jestem specjalnie empatyczny i, kulwa, nie lobię szeszy bezintelesownie. Zwykle wszystko u mnie jest ploste - chcę czegoś, biolę to albo nie, i idę dalej. - Zrobiłem nieokreślony gest dłonią, przeciągnąłem dłonią po twarzy, zahaczając kciukiem o wargę. - Mosesz mi wieszyś na słowo, nie jestem typem, któly lata s wywieszonym jęsolem, s kwiatami i całą lestą. To nie był mój lepeltual. - Oparłem się ciężej, jakbym nagle ważył więcej, przesunąłem dłonią po karku, czując napięcie w barkach. Byłem pijany na tyle, żeby nie bawić się w filtry, i wystarczająco trzeźwy, żeby pamiętać wszystko, co mnie wkurwiało. Spojrzałem na nią spod zmarszczonych brwi.
- W twoim pszypadku naplawdę nie myślałem tylko penisem. - Spojrzałem na nią, krzywy uśmiech przemknął mi po twarzy, ale szybko zniknął. - To nie znaczy, sze nie myślałem o tym wcale, bo jasne, sze myślałem, i nadal myślę. I to jest, swoją dlogą, całkiem zdlowe podejście. - Pokręciłem głową, mając świadomość, że to był kolejny raz, gdy próbowałem uciekać w znane mi schematy, ale zupełnie mi to nie wychodziło. - Ale to nie było jedyne, co mnie obchodziło. - To już było poważne, nawet aż za bardzo.
Zamilkłem na moment, jakbym się zastanawiał, czy iść dalej, potem westchnąłem ciężko.
Spojrzałem na nią spod zmrużonych powiek, pijacko, trochę krzywo, jakbym sam sobie nie wierzył w to, co zamierzałem powiedzieć.
- To nie było jedyne, co mnie napędzało. - Zawahałem się na sekundę, jakbym właśnie zdecydował się na coś, czego zwykle nie robiłem. - Pszede wszystkim chciałem, szeby było między nami dobsze. - Wypuściłem powietrze nosem.
„Chciałem, żeby było między nami dobrze”, bez gry, bez udawania, bez tego całego „zaraz, poczekajmy, zobaczmy, kto pierwszy mrugnie”, rzeczywiście - to nie było „och, hormony, emocje, zobaczymy za tydzień”. Nie istniał scenariusz, w którym bym w to wszedł, gdyby to było „tylko” - tylko chemia, tylko napięcie, tylko wspomnienia z bardzo odległego okresu szczenięctwa, które dobrze się sprzedają przy alkoholu i prowadzą do spontanicznych obściskiwanek, gdyby to było tylko to, odpuściłbym. Albo zrobiłbym to, co robiłem zawsze - obrócił wszystko w żart, w niedopowiedzenie, zostawiłbym sobie furtkę - tu żadnej furtki nie było. Zorientowałem się w tym za późno, oczywiście, najpierw był ten moment, kiedy pomyślałem, że to głupie, potem, że ryzykowne, a dopiero na końcu dotarło do mnie, że to już nie jest decyzja, tylko fakt - już jestem po uszy, nawet jeśli jeszcze próbuję udawać, że stoję na brzegu, bo nie ryzykowałem tylko relacji z Eliasem, to byłoby zbyt proste, ryzykowałem całą sieć rzeczy, które trzymały mnie w jakiejś równowadze - ludzi, przyzwyczajenia, reputację, ten cholerny komfort bycia „tym, który zawsze sobie radzi samodzielnie, sam dla siebie”. Ryzykowałem to, że ktoś zobaczy mnie dokładnie tam, gdzie jestem najbardziej odsłonięty, i zrobiłem to świadomie, no - półświadomie, w jakimś stopniu świadomości człowieka, który też mógł porównać się do zadurzonego nastolatka, mimo że oboje już nimi nie byliśmy i niepotrzebnie wszystko sobie komplikowaliśmy.
- Pszy tobie zachowywałem się zupełnie inaczej nisz pszy ludziach, na któlych mi nie zaleszy. Nie jestem od landek i szalotek s lodami. - Prychnąłem, krótko, jakby to było zabawne, chociaż nie było, miałem krótki lont i długą listę powodów, żeby nie ufać ludziom, odsłanianie się aż tak w ostatnim z miejsc, w których w ogóle powinienem był się pojawiać, to nie było rozsądne, z żadnej perspektywy. - Gdyby mi nie zaleszało, to nawet bym do ciebie nie podbijał. Nie chciałbym sobie psuś lelacji s Eliasem. Byłoby tlochę dziwnie, jasne, bo pszeciesz wiesz, jak na mnie działasz, ale pewnie bym cię po plostu unikał. Lozładowałbym flustlację gdzie indziej, na setki sposobów, jak zawsze. Na pewno nie chciałbym s tobą „lomansowaś”, to tesz było szczeniackie, to była głupia wymówka. - Parsknąłem krótko. Absurdalne było to, ile energii zużyliśmy na deprecjonowanie tego, co się działo, jakbyśmy oboje bali się powiedzieć na głos, że to nie jest banalne, to nie jest coś, co da się zamknąć w „zobaczymy”. A mogła mi wierzyć - gdyby mi nie zależało, nie byłoby żadnych głębszych interakcji, balansowania na granicy, stawiania relacji z jej bratem na ostrzu noża, żadnego zastanawiania się, czy właśnie nie niszczę czegoś ważnego - gdyby mi nie zależało, unikałbym jej, odbiłbym napięcie gdzie indziej, szybciej, prościej, bez konsekwencji, nie „romansowałbym”, nie komplikowałbym, zdecydowanie nie pakowałbym się w coś, co wymagało ode mnie myślenia czymkolwiek więcej niż instynktem, nawet jeśli przecież instynkt też tam był - oczywiście, że był - chciałem jej, chciałem jej bliskości, ciała, reakcji, chciałem jej intensywnie i bez wstydu, ale to nigdy nie było jedyne, co mnie prowadziło. Gdyby tak było, wszystko byłoby prostsze, krótsze, płytsze i… Zupełnie nie nasze, bo przecież z nami nigdy nie było prosto, prawda?
Najbardziej irytujące - i najbardziej prawdziwe - było to, że od samego początku zachowywałem się inaczej. Każdy, kto znał mnie naprawdę, pewnie zauważył to od razu - ten brak nonszalancji, to uważanie na słowa, cofanie się o krok tam, gdzie zwykle parłbym do przodu - tego tam nie było, nie miało być, nigdy, nie w naszym przypadku, tyle tylko, że to wciąż nie oznaczało łatwości w dzieleniu się przemyśleniami. Przynajmniej z mojej strony, co by być może miało sprawić, że te następne słowa brzmiały jak hipokryzja, ale jednocześnie zdecydowanie musiały paść.
- Słuchaj… - Przetarłem twarz dłonią, ciężko, aż poczułem szorstkość skóry, dopiero wtedy biorąc oddech, całkiem głęboki. - To jest jusz jasne, tak? - Spojrzałem na nią uważnie, patrzyłem na nią dłuższą chwilę, odrobinę za długo, jak na przerwę między słowami, jakbym próbował zapamiętać każdy szczegół, bo alkohol robił ze mną, co chciał, a ja nie ufałem własnej głowie. - Wiesz, sze mosesz mi powiedzieś wszystko? - Nie czekałem na odpowiedź, słowa poleciały dalej. - Pomysły. Plagnienia. Obawy. Plany, któle jeszcze nie mają kształtu. Myśli, któlych nolmalnie się nie mówi na głos. Kulwa, jesteśmy małszeństwem, ale… - Zawahałem się, szukając równowagi. Poruszyłem się na dywanie, niespokojnie, jakbym nie mógł znaleźć pozycji. - Naplawdę wszystko. Nawet te szeszy, któle bszmią głupio. Albo ilasjonalnie. Albo za cięszko. Te, któle nolmalnie filtlujesz, bo „nie wypada”, albo „to nie ten moment”. Nawet takie, po któlych ktoś inny by się spiął albo uciekł. - Machnąłem ręką w powietrzu, jakbym coś odganiał. - Nie jestem delikatny w ładny sposób, ale… - Wzruszyłem ramionami. - Zawsze masz mnie po swojej stlonie. - Głos mi się obniżył. - Zawsze. - Przesunąłem się odrobinę bliżej, chwiejnie, przestawiłem ciężar ciała, oparłem się mocniej plecami o kanapę, zwracając uwagę na to, że dłonie miałem zaparte tak mocno, aż zbielały mi knykcie, chociaż zupełnie nie pamiętałem, kiedy je tak ścisnąłem. - To jest w sumie jedyne, co mam do zaofelowania. Mam cholelnie duszą tolelancję na „za duszo”. Na chaos. Selio. Widziałem jusz spolo, pszeszyłem swoje, i jeśli coś mnie… No, wiesz, to nie twoje myśli, tylko to, sze mógłbym ich nie usłysześ. - Pokręciłem głową, długo, ciężko, jakbym próbował z niej coś wytrząsnąć, a potem tylko wypuściłem powietrze nosem. Tu był pies pogrzebany, po części - tak?
Każdy ruch ze strony Prudence rejestrowałem automatycznie, nawet kiedy nie patrzyłem bezpośrednio na nią - zmiana ciężaru ciała, przesunięcie dłoni, szelest materiału - mój organizm reagował szybciej niż myśl - spięciem, przyspieszonym oddechem, lekkim drżeniem w dłoniach, coś we mnie cały czas było gotowe na uderzenie, chociaż teoretycznie, słuchając jej słów, wiedziałem, że ono nie nadejdzie - to była jednak stara reakcja, głęboko zakorzeniona, nie mająca wiele wspólnego z teraźniejszością, czułem się rozdarty w bardzo fizyczny sposób, jakby jedna część mnie chciała się do niej przysunąć, oprzeć czoło o jej ramię, schować twarz gdzieś bezpiecznie i wreszcie przestać myśleć, druga część trzymała mnie w miejscu, sztywnego, czujnego, gotowego do wycofania się przy pierwszym sygnale zagrożenia - te dwie siły ciągnęły w przeciwnych kierunkach, a ja byłem pomiędzy nimi, nieruchomy.
- Masz pełne prawo mnie opierdoliś. Za wszystko. Za to, co zlobiłem, czego nie zlobiłem, co spieldoliłem, co pszemilczałem. Za to, sze nie byłem fail. Masz do tego plawo i ja nie chcę, szebyś udawała, sze go nie masz. - Pokręciłem głową, powoli, jakby każde „nie” miało osobną wagę, brzmiało to gorzej, niż chciałem - gorzko, zbyt ostro. Nienawidziłem tego stanu, tego zawieszenia, poczucia, że cokolwiek zrobię - zostanę albo się wycofam - i tak coś stracę. Najgorsze było to, że moje ciało pamiętało rzeczy, o których wolałbym zapomnieć.
- Bo ja pamiętam, kim byłem, wiesz, nie musisz mnie usplawiedliwiaś. - Rzuciłem w końcu, wbijając wzrok w jej dłoń, a potem kręcąc głową, znowu. Myśli wracały mi do tego samego punktu, uparcie, jakby nie było innych ścieżek - do pytania wibrującego mi w głowie, echa słów, które nie chciało się zamknąć, do przyszłości, która nagle przestała być abstrakcyjna - była zbyt konkretna, zbyt realna, zbyt blisko - do przeszłości, pamięci o tym, jak to jest być młodszym, pewniejszym, prostszym, jak to jest nie kalkulować każdego kroku, nie sprawdzać w myślach wszystkich możliwych scenariuszy. - Ja to wszystko doskonale pamiętam. I to mnie dobija balsiej nisz cokolwiek innego.
Czułem ciężar w brzuchu, znajome ssanie, to samo, które pojawiało się zawsze wtedy, gdy coś zaczynało być ważne, stawka rosła, kiedy nie było już mowy o wycofaniu się bez konsekwencji. Czułem wstyd - głęboki, cichy - za to, że nie potrafiłem po prostu przyjąć tego, co mi dawała, że zamiast wdzięczności pojawiała się u mnie kalkulacja, że miłość nie uspokajała mnie tak, jak powinna, tylko obnażała wszystkie słabe miejsca naraz.
- Nie zostałem wmanipulowany w podejmowanie chujowych decyzji. Jasne, nie były świadome, ale nie były tesz zupełnie impulsywne. - Przetarłem dłonie o spodnie, czując potrzebę, by powiedzieć to na głos. - Paladoks polega na tym, sze mimo to, mam wszystko, czego mógłbym chcieś. Więcej nisz mógłbym chcieś. Najlepszą kobietę, jaką mógłbym sobie wyoblaziś. Duszy dom. Stabilność. A ja siedzę i myślę o tym, sze to właśnie to wszystko mogę spiepszyś, bo nie umiem inaczej. Wystalczyło kilka słów i mam w głowie wszystko, czego nie chcę tam mieś. I nawet nie wiem, jak zacząś ci to tłumaczyś. - Pokręciłem głową, niemal niedostrzegalnie. - Ty mówisz „będę przy tobie”. - Kontynuowałem, mimo wszystko, głos miałem chropowaty. - A ja całe szycie słyszałem, sze to się kończy. - Nie powiedziałem tego cicho, powiedziałem to wprost, jakby wyciągnięcie tego słowa na światło miało je osłabić.
- To nie tak, sze ja zawsze miałem ten ploblem. Nie jestem gościem, któly s załoszenia nie chce niczego na selio. To nie tak. To nigdy nie było tak. I to jest w tym wszystkim najbalsiej pojebane. - Przełknąłem ślinę, zbyt wolno, język miałem suchy, lepki, mimo że chwilę wcześniej piłem - czułem smak nalewki z tyłu gardła, ciężki, słodkawy, nachalny. Przestawiłem się trochę na dywanie, bo noga mi zdrętwiała, ale zignorowałem to, praktycznie do ostatniej chwili. Kolano podskoczyło mi nerwowo, zanim zdążyłem to zatrzymać, przycisnąłem je więc dłonią, mocniej niż trzeba - ból był prosty, czytelny, pomagał na moment.
- Młodszy ja… Spszed tego całego gówna… Złapałby cię na lęce, pszeniósł przez plóg, wyszczeszył zęby i oznajmił „będziemy tu szczęśliwi”. Bez wahania. Chciałem byś ojcem, kiedyś, naplawdę, nawet jeśli s zewnątsz wyglądałem jak ostatni kandydat do tego, by się ustatkowaś. - Uniósł mi się kącik ust, ale to nie był uśmiech, bardziej tik. Zorientowałem się, że od dłuższej chwili zaciskam szczękę dopiero wtedy, gdy coś w niej strzyknęło, ostro, nieprzyjemnie, puściłem ją, ale napięcie nie zeszło, tylko zmieniło miejsce, spłynęło w kark, w ramiona, w dół kręgosłupa. - Ludzie widzieli mnie w szkole, na kolytaszach, na weekendy w wakacje, i myśleli, sze jestem nieodpowiedzialnym debilem. Byłem, bo mogłem być. To nie było całe moje szycie. - Zamknąłem oczy tylko na sekundę, ale zobaczyłem za dużo - dom pełen ciszy, dom pełen pretensji, dom pełen „a co by było, gdyby” - to znowu był ten moment, kiedy wszystko chciało wyjść naraz, a ja nie wiedziałem, od czego zacząć. - Gdyby ktoś kiedyś, lata temu obstawiał, kto s naszej paczki będzie „tym pielwszym”, to wszyscy postawiliby na mnie. Selio. Nawet ja bym na siebie postawił. - Spojrzałem na nią, ale zaledwie kątem oka - tak, jakby patrzenie bolało, jakbym się na siebie wkurwił za sam fakt, że w ogóle tu siedzę i mówię. Siedziałem tak, jakby ktoś mi kazał zostać dokładnie w tym miejscu, w tej pozycji, i zapomniał dodać, że wolno oddychać normalnie, ramiona zaczęły mi ciążyć, jakby ktoś zawiesił na nich dodatkowy ciężar, oparłem dłonie na kolanach, palce miałem lekko rozstawione, sztywne, jeden z nich drżał niemal niezauważalnie. Skupiłem się na tym drżeniu, jakby mogło mnie zakotwiczyć w chwili obecnej - tu i teraz, dywan, kanapa, jej oddech, mój własny, nierówny. - Nawet pszy tym gównie, któle miałem w domu, nie byłem upszedzony do idei losiny. Nie byłem jakimś… Kulwa, wyjałowionym emocjonalnie tlupem. To nie było „nigdy, chuj, koniec tematu”. Nie jestem typem „wolność ponad wszystko”, nie w tym sensie, ja swoją wolność wyblałem na długo pszed… Tym wszystkim. To nie tak, sze nie musiałbym zupełnie zmieniś swoich nawyków, nadal bym to zlobił, jasne, okoliczności by się zmieniły, ale… - Głowa sama opadła na chwilę niżej, spojrzenie utknęło gdzieś w podłodze, w szczelinach między deskami - to, co powiedziała, nie odbiło się ode mnie, wręcz przeciwnie, wbiło się głęboko, zostawiło po sobie ten nieprzyjemny ucisk pod żebrami, znajomy aż za bardzo. Przełknąłem ślinę, raz, drugi - bezskutecznie - było we mnie jednocześnie za dużo i za mało - za dużo lęku, za dużo przeszłości, przyszłości, za mało pewności, za mało wiary, że rzeczy mogą nie eksplodować, każdy scenariusz w mojej głowie kończył się pytaniem „a co, jeśli”, a żaden nie dawał odpowiedzi, która byłaby zupełnie czysta.
- Ja nigdy… - Zacząłem, ale urwałem, bo zdanie nie chciało się ułożyć w nic sensownego, więc wypuściłem powietrze przez nos, wolno, i zacząłem od nowa. - Ja nigdy nie myślałem o tym w tych kategoliach. - Powiedziałem w końcu, lekko kręcąc głową. - To znaczy… Nie tak, jak ty to telas mówisz. - Westchnąłem, długim, zmęczonym wydechem. - To było spektakularne poświęcenie s mojej stlony, wiesz, balsiej… „Tak się lobi”. - Stwierdziłem bez grymasu, bo to akurat była ta część prawdy, która wyglądała tak samo, niezależnie od sytuacji, przez większość nastoletniego życia czułem się tak, jakby ktoś wręczył mi checklistę i powiedział „odhaczaj”, bez miejsca na pytanie, czy ja w ogóle chcę wiedzieć, co jest na końcu tej listy - to była specyfika mojego świata, gotowe plany na życie, nie do końca zgodne z marzeniami.
Byłem młody, tu mieliśmy zgodność punktów widzenia, cholernie młody, nie w takim romantycznym sensie, tylko w tym najgorszym - takim, gdy wydaje ci się, że jak się postarasz, będziesz wystarczająco dorosły, to świat cię nie dojedzie. Wystarczy się dostosować, zrezygnować z paru rzeczy, przestawić myślenie, wziąć odpowiedzialność… I „jakoś to będzie”.
- Ja… - Zacząłem i urwałem. Zamilkłem znowu, nie dlatego, że nie miałem więcej do powiedzenia, tylko dlatego, że po raz pierwszy ktoś siedział obok i nie próbował tego uprościć, nie próbował mnie poprawić, nie mówił, że „tak musiało być”, bo to nie było tak, że dziecko „się nie wydarzyło”, to było tak, że przez chwilę było całym planem, całą przyszłością, którą próbowałem sobie poukładać, wbrew sobie, wbrew temu, kim byłem, i - owszem - pierdolnęło mnie to wtedy. Bałem się, byłem wściekły, zdezorientowany, ale gdzieś pod tym wszystkim zacząłem się do tej myśli przyzwyczajać - do tego, że będę ojcem, zrobię coś inaczej niż mój własny, może to mnie naprawi, albo chociaż nada sens temu, co i tak się już rozsypywało - to było to „a potem”, którego nigdy nie potrafiłem powiedzieć jednym zdaniem.
Odchrząknąłem. Nie wracałem do tego często, właściwie prawie wcale, to nie było coś, co dało się opowiadać bezpiecznie, bez ryzyka, że nagle zabraknie słów albo powietrza. Przez lata nauczyłem się myśleć o tym jak o fakcie, nie jak o czymś, co miało ciężar - decyzja, potem brak decyzji, ciąg zdarzeń.
- Ja naplawdę się na to nastawiłem. - To zdanie kosztowało mnie więcej, niż chciałem przyznać. - Nie od lasu. - Dodałem szybko, jakbym musiał to doprecyzować, usprawiedliwić samego siebie, ale nie w tym pozytywnym sensie, bo nie byłem ani męczennikiem, ani bohaterem. Na początku to był szok. Taki… Pusty, ale potem… Potem zacząłem się w tym widzieć. Przełknąłem ślinę. - Myślałem, sze mose… Da się s tego zlobiś coś sensownego. Cokolwiek zlobię, będę lepszy nisz mój staly, to mnie ustawi. - Parsknąłem krótko. - Głupie, wiem. - Poruszyłem dłonią, jakbym chciał coś zetrzeć z kolana. To było myślenie życzeniowe durnego dzieciaka, ale przez chwilę to naprawdę wyglądało, jakby mogło zadziałać.
- Ale… - Krzywy uśmiech przemknął mi po twarzy - jakby całe moje życie było jednym długim „ale”, westchnąłem cicho i opuściłem wzrok na chwilę, jakbym musiał zebrać myśli, chociaż one i tak były w rozsypce. Oparłem się mocniej, przymknąłem na chwilę oczy, jakbym próbował cofnąć się do tych momentów, które wtedy wydawały się tylko dziwne, a z perspektywy czasu wyglądały jak oczywiste znaki. Po tylu latach człowiek się spodziewa, że uczucia będą toporne, ostrożne, z hamulcem ręcznym.
Pokręciłem głową, raz, drugi, bardziej odruchowo niż z czymkolwiek, co dałoby się nazwać decyzją, a potem wyplułem to jednym tchem.
- Boję się, Pluey, boję się, ja się boję, sze jeśli telas coś źle postawimy, to wszystko się lozsypie. Boję się, sze jeśli splóbujemy ułoszyś sobie szycie na komplomisach, któle „powinny działaś”, a potem się okasze, sze jednak nie, to cię stlacę. A ja nie chcę cię stlaciś. - Otarłem twarz dłońmi. - I jednocześnie boję się, sze kiedyś spojszysz na mnie i pomyślisz „mogłam. Mogłam mieś wszystko. A telas jest za późno.” I będziesz mnie za to nienawidziś. - Urwałem, jakby sam dźwięk tych słów mnie irytował, zamilkłem na chwilę, jakby to, co chciałem powiedzieć dalej, było zbyt ciężkie, a przecież poprzednie słowa też wcale nie należały do najlżejszych.
- Mose to tchószostwo, mose to egoizm, mose jedno i dlugie, ale to jest plawda. - Zrobiłem gest ręką, jakbym chciał objąć wszystko dookoła. Znowu spojrzałem na nią - tym razem dłużej, może nawet odrobinę zbyt długo - jakbym próbował zapamiętać każdy szczegół jej twarzy na wypadek, gdyby to był moment, w którym coś się nieodwracalnie zmienia.
- Ja nie boję się wieszyś w to, co mówisz. - Powiedziałem twardo. - Boję się tego, sze cię skszywdzę, albo sze pozwolę, szebyś sama się skszywdziła, bo będziesz chciała byś dzielna. Bo będziesz chciała „byś opalciem”. - Uniosłem brew, gorzko. - Nienawidzę tej myśli. - Opuściłem wzrok na swoje dłonie, drżały lekko, zauważyłem to i jeszcze bardziej się w sobie spiąłem. - Ja… Nie chcę, szebyś płaciła za moje decyzje spszed lat. Ani telas. Ani później. Ja… Nie chcę byś powodem, dla któlego za piętnaście lat będziesz siedziała sama w kuchni i zastanawiała się, jakby to było, gdybyś wtedy powiedziała coś inaczej. Nie chcę obudziś się któlegoś dnia i zobaczyś, sze cię w tym domu jusz nie ma. - Zamilkłem na chwilę, wpatrując się w ręcznie napisaną etykietę butelki, to zdanie wyszło ze mnie samo, jakby było gotowe od dawna i tylko czekało, aż przestanę się przed nim bronić. Oparłem łokieć o kolano, schowałem twarz w dłoni na sekundę, może dwie - czułem pod palcami zarost, napiętą szczękę, wszystko to, co zwykle trzymałem pod kontrolą. - Ja nie mam klyształowej kuli, Pluey. Nie chcę byś tym gościem, któly mówi „zobaczymy”, bo jak coś pójdzie nie tak, to ja s tym będę musiał szyś. A ty lasem ze mną. - Przejechałem dłonią po twarzy, po ustach, jakbym chciał zetrzeć z nich gorzko-słony smak wszystkiego, co właśnie powiedziałem, ale czy się dało?
N i e.
- Nie. - Powiedziałem w końcu, nisko, głucho. - Nie, Pluey. Tu się, kulwa, nie zgadzamy. - Zacisnąłem palce na szyjce butelki. - Wybacz mi, naplawdę, ale ja nie kupuję tej welsji, sze „to nolmalne” i powinienem wylewaś na ciebie mój syf, bo „telas jest nas dwoje” i jusz, tak się nie da, to nie jest… Pszełącznik–pstlyk–wsystko gla. - Pociągnąłem solidny haust, za długi, za łapczywy. - To tak nie działa. Pszynajmniej nie w mojej głowie. - Butelka stuknęła o podłogę, kiedy ją odstawiłem. - Ja bym balso chciał w to wieszyś, ale… - Urwałem, wciągnąłem powietrze. - Ale nie potlafię. Nie potszebuję, szebyś mnie chloniła pszed plawdą. - Oparłem się ciężej o kanapę. - A plawda jest taka, sze zjebałem, nie mówiąc ci o wszystkim, nadal, kulwa, nie wiedząc, jak o tym mówiś, by to… Nie bszmiało… Tak. I nie wieszę, sze mosemy tak po plostu pszejść nad tym do posządku dziennego. Nie wieszę w to. Mose to ze mną jest coś nie tak, ale ja nie umiem udawaś pszed tobą, sze takie szeszy się nie liczą. - Oparłem łokcie o kolana i pochyliłem się do przodu, chociaż plecy miałem napięte, jakby w każdej chwili ktoś miał mnie uderzyć. - Mam do siebie wyszuty. Cały czas. I nienawidzę tego. Nienawidzę tego cięszalu, nawet jeśli ty mówisz, sze to nie jest cięszal. Dla mnie jest. Szczególnie telas. - Przejechałem dłonią po karku, czując napięcie w mięśniach. Czułem własny oddech, brzmiał mi w uszach za głośno, serce waliło mi w klatce piersiowej w sposób kompletnie nieadekwatny do sytuacji, jakbym właśnie biegł, a nie siedział na cholernym dywanie we własnym domu.
„Dom” - znowu to słowo.
- Po tym, co powiedział John. Po tym domu. - Słowo „dom” zabrzmiało w moich ustach obco. - To duszy dom. Za duszy. Taki, któly wygląda, jakby był zaplojektowany pod coś więcej nisz my. Jakby miał jusz s góly wpisane pszeznaczenie. - To było kolejne słowo, które wypowiedziałem tak, jakby pochodziło z obcego języka, bo przecież nie wierzyłem w ten koncept, sam zamysł czegoś z góry określonego przez jakąś mityczną siłę był dla mnie marną wymówką dla ludzi, którzy nie chcieli brać odpowiedzialności za podejmowane decyzje, ale - no, właśnie - w tym wypadku nie było lepszego określenia na to, czym było to miejsce.
- Co, jeśli telas mówisz jedno, bo naplawdę jesteś tego pewna, ale za pięś, dziesięś lat coś w tobie pęknie? Co, jeśli będziesz słysześ pytania? Od ludzi. Od lodziny. Od siebie samej. Co będzie za piętnaście, dwadzieścia lat, kiedy to wszystko wlóci jak bumelang. Co, jeśli któlegoś dnia spojszysz na mnie i pomyślisz, sze coś ci odeblałem? - Wypaliłem to, zanim zdążyłem się zatrzymać, znowu sięgnąłem po butelkę, ale tym razem tylko ją ścisnąłem w dłoni, wpatrując się w ciemną zawartość. - Bo wiesz… - Odchrząknąłem. - Ludzie nie zaczynają nienawidziś od lasu. Najpielw jest cisza. Potem szal. A potem jusz za późno. - Pokiwałem głową, jakbym sam sobie przyznawał rację, przez chwilę słuchałem tylko własnego oddechu - zbyt głośnego, zbyt nierównego.
Złapałem się na tym, że znowu nabieram powietrza, jakbym miał wygłosić mowę obrończą, chociaż nikt mnie nie oskarżał, z gardła wyszedł mi ten cichy dźwięk, coś jak krótkie „tss”, sygnalizujące, że to zdecydowanie był ten moment, w którym ciało robiło swoje szybciej niż głowa - barki miałem lekko uniesione, szczękę napiętą, ręce trzymane sztywno. Poczułem, że mi drży szczęka, więc zacisnąłem zęby, głowa sama mi się lekko przechyliła na bok, potem wróciła do pierwotnego ułożenia, potem znów się poruszyła - to były drobne, nerwowe ruchy, które robiłem zawsze wtedy, kiedy coś było za duże, żeby to od razu unieść. Oparłem się ciężej o dywan, dłonią potarłem twarz, jakbym chciał zebrać myśli, ale tak naprawdę tylko przeciągałem moment.
- To nie jest tak, sze ja wątpię w ciebie. - Znów pokręciłem głową, tym razem wolniej. - Ja wątpię w… W to, sze coś mose się nie wyłoszyś tylko dlatego, sze ja to… Dotknąłem… W nieodpowiedni sposób. - Parsknąłem pod nosem, bez uśmiechu, to nie próbowało być śmieszne, nawet jeśli brzmiało absurdalnie. - To bszmi, jakbym był pszeklęty albo coś. Nie chodzi o fatum. Laczej o nawyk.
Nawyki… No, właśnie - wszystko opierało się o nie, to gadulstwo, te wylewające się słowa, one nie były normalne, to było pękanie - zorientowałem się, że znowu mówię inaczej, niż to sobie założyłem, jasne, ale dopiero wtedy, kiedy własny głos zaczął mnie męczyć, to było to charakterystyczne zmęczenie sobą - nie nią, sobą - jakby każde kolejne zdanie było tylko inną wersją tego samego uniku.
Całe życie funkcjonowałem w trybie „udowodnij, zasłuż, nie przesadzaj, nie przyzwyczajaj się”, nie wydawało mi się niczym wartym analizowania, że w pewnym momencie zacząłem trzymać się prostych reguł - „jak jest za dobrze, to znaczy, że ktoś czegoś chce”, „jak ktoś zostaje, to znaczy, że zaraz policzy rachunek”, „jak nie ma ceny od razu, to pojawi się później, z odsetkami” - teraz to zaczynało brzmieć tak, jakbym się ich uczepił, a to było niewygodne, dezorientowało mnie, bo nie grało z moją życiową filozofią, w której ta matematyka miała sens. To, co mówiła, ten spokój towarzyszący słowom, rozstrajał mnie bardziej niż awantura, bo z awanturą wiedziałem, co zrobić, a z tym… Z tym coraz bardziej czułem się, jak jak idiota, który próbował sprawdzić, czy krzesło nadal stoi, więc co chwilę na nim podskakiwał, chociaż wcale nie chciał testować jego wytrzymałości - nie chciałem niczego psuć, po prostu nie do końca wiedziałem, jak postąpić w sytuacji, w której coś, co powinno było przynieść mi ulgę, tylko jeszcze bardziej mieszało w mojej głowie.
Osunąłem się odrobinę, poprawiając ułożenie pleców względem kanapy, jakbym tym gestem chciał przykryć to, że kompletnie nie wiedziałem, co zrobić z rękami - jedną oparłem o kolano, drugą odruchowo schowałem pod udo, jakby mogła mi uciec za bardzo w bok i narobić szkód. Przesunąłem kciukiem po krawędzi obrączki, nie zdejmując jej, raczej sprawdzając, czy dalej tam jest - była, oczywiście, że była, jak wszystko inne, co mimo to wydawało się nieprawdopodobne. Przez chwilę tylko na nią patrzyłem, bez słowa, z tym zmęczonym, pijackim skupieniem, które nie bierze się z braku myśli, tylko z ich nadmiaru. Potem westchnąłem ciężko, krótko, przez nos.
- Melinie, dziewczyno… - Powiedziałem, chociaż była moją żoną, a nie żadną „dziewczyną”, nie „kobietą, z którą jestem”, nie „kimś, z kim mi wyszło”, tylko żoną - nazywanie jej w ten sposób brzmiało dosyć irracjonalnie, i oboje o tym doskonale wiedzieliśmy, ale w tym wypadku samo cisnęło mi się na usta.
- Miałaś plawo się baś. - Powiedziałem w końcu, nisko, bez udawania lekkości. Przesunąłem językiem po dolnej wardze, pokręciłem głową, odchrząknąłem pod nosem, jakbym próbował wypluć z siebie coś, co od dawna siedziało mi w gardle. Alkohol robił ze mną, co chciał, ale akurat w tym jednym był uczciwy - spojrzałem na nią spod przymrużonych powiek, jeszcze raz pokręciłem głową i westchnąłem pod nosem, zanim w ogóle na nią spojrzałem. - Selio. Gdybyś się nie bała, to by było… Dziwne. Ja tesz się bałem, tylko udawałem, sze nie. - Zerknąłem na nią z ukosa, potem znowu przed siebie, po czym podniosłem ręce w geście półpoddania. Przejechałem dłonią po karku, odwróciłem na moment wzrok, potem znów na nią spojrzałem. Parę słów zgubiło mi się po drodze, ale nie poprawiałem ich na siłę. - Chodzi o to, sze mój mózg lubi sobie splawdzaś, czy coś nie zostało przeoczone. Czy gdzieś nie ma dlugiego dna. Albo tszeciego. Albo zapadni. - Urwałem, machnąłem ręką, jakby reszta zdania była zbyt oczywista albo zbyt głupia, żeby ją kończyć. To było… Szczere, nawet bardzo, ten rodzaj szczerości, która pojawiała się wraz z ustępującym filtrem na słowa. Parsknąłem znowu, bez humoru, bardziej tak, jakby mi coś stanęło w gardle, i pokręciłem głową, patrząc kątem oka w kierunku Prudence, ostrożnie, z lekkim zmrużeniem powiek - tak, jak się patrzy na zjawiska pogodowe, które nie mają prawa się wydarzyć w tej szerokości geograficznej. Nie dlatego, że była ładna - była piękna, ale to było zbyt proste w kontekście, w którym się znaleźliśmy - tylko przez sposób, w jaki reagowała. A robiła to spokojnie, bez tego całego napięcia, jakby to wszystko nie było wykolejeniem, tylko… Rozmową. Była nierealna - nie pasowała do moich doświadczeń, statystyki, rachunku strat i zysków, który prowadziłem w głowie od lat. Nic się tu nie zgadzało, a jednak siedziała przede mną, spokojna, pewna, jakby to wszystko było oczywiste.
- Oklęciłaś mnie sobie wokół palca. Od pielwszego piepszonego lasu. To było… Pszytłaczające. - Powiedziałem, krzywiąc się, jakbym właśnie przyznał się do jakiejś osobistej porażki, trochę pijacko, trochę jakby to był żart, a trochę jakby wcale nim nie był. - Nie jestem specjalnie empatyczny i, kulwa, nie lobię szeszy bezintelesownie. Zwykle wszystko u mnie jest ploste - chcę czegoś, biolę to albo nie, i idę dalej. - Zrobiłem nieokreślony gest dłonią, przeciągnąłem dłonią po twarzy, zahaczając kciukiem o wargę. - Mosesz mi wieszyś na słowo, nie jestem typem, któly lata s wywieszonym jęsolem, s kwiatami i całą lestą. To nie był mój lepeltual. - Oparłem się ciężej, jakbym nagle ważył więcej, przesunąłem dłonią po karku, czując napięcie w barkach. Byłem pijany na tyle, żeby nie bawić się w filtry, i wystarczająco trzeźwy, żeby pamiętać wszystko, co mnie wkurwiało. Spojrzałem na nią spod zmarszczonych brwi.
- W twoim pszypadku naplawdę nie myślałem tylko penisem. - Spojrzałem na nią, krzywy uśmiech przemknął mi po twarzy, ale szybko zniknął. - To nie znaczy, sze nie myślałem o tym wcale, bo jasne, sze myślałem, i nadal myślę. I to jest, swoją dlogą, całkiem zdlowe podejście. - Pokręciłem głową, mając świadomość, że to był kolejny raz, gdy próbowałem uciekać w znane mi schematy, ale zupełnie mi to nie wychodziło. - Ale to nie było jedyne, co mnie obchodziło. - To już było poważne, nawet aż za bardzo.
Zamilkłem na moment, jakbym się zastanawiał, czy iść dalej, potem westchnąłem ciężko.
Spojrzałem na nią spod zmrużonych powiek, pijacko, trochę krzywo, jakbym sam sobie nie wierzył w to, co zamierzałem powiedzieć.
- To nie było jedyne, co mnie napędzało. - Zawahałem się na sekundę, jakbym właśnie zdecydował się na coś, czego zwykle nie robiłem. - Pszede wszystkim chciałem, szeby było między nami dobsze. - Wypuściłem powietrze nosem.
„Chciałem, żeby było między nami dobrze”, bez gry, bez udawania, bez tego całego „zaraz, poczekajmy, zobaczmy, kto pierwszy mrugnie”, rzeczywiście - to nie było „och, hormony, emocje, zobaczymy za tydzień”. Nie istniał scenariusz, w którym bym w to wszedł, gdyby to było „tylko” - tylko chemia, tylko napięcie, tylko wspomnienia z bardzo odległego okresu szczenięctwa, które dobrze się sprzedają przy alkoholu i prowadzą do spontanicznych obściskiwanek, gdyby to było tylko to, odpuściłbym. Albo zrobiłbym to, co robiłem zawsze - obrócił wszystko w żart, w niedopowiedzenie, zostawiłbym sobie furtkę - tu żadnej furtki nie było. Zorientowałem się w tym za późno, oczywiście, najpierw był ten moment, kiedy pomyślałem, że to głupie, potem, że ryzykowne, a dopiero na końcu dotarło do mnie, że to już nie jest decyzja, tylko fakt - już jestem po uszy, nawet jeśli jeszcze próbuję udawać, że stoję na brzegu, bo nie ryzykowałem tylko relacji z Eliasem, to byłoby zbyt proste, ryzykowałem całą sieć rzeczy, które trzymały mnie w jakiejś równowadze - ludzi, przyzwyczajenia, reputację, ten cholerny komfort bycia „tym, który zawsze sobie radzi samodzielnie, sam dla siebie”. Ryzykowałem to, że ktoś zobaczy mnie dokładnie tam, gdzie jestem najbardziej odsłonięty, i zrobiłem to świadomie, no - półświadomie, w jakimś stopniu świadomości człowieka, który też mógł porównać się do zadurzonego nastolatka, mimo że oboje już nimi nie byliśmy i niepotrzebnie wszystko sobie komplikowaliśmy.
- Pszy tobie zachowywałem się zupełnie inaczej nisz pszy ludziach, na któlych mi nie zaleszy. Nie jestem od landek i szalotek s lodami. - Prychnąłem, krótko, jakby to było zabawne, chociaż nie było, miałem krótki lont i długą listę powodów, żeby nie ufać ludziom, odsłanianie się aż tak w ostatnim z miejsc, w których w ogóle powinienem był się pojawiać, to nie było rozsądne, z żadnej perspektywy. - Gdyby mi nie zaleszało, to nawet bym do ciebie nie podbijał. Nie chciałbym sobie psuś lelacji s Eliasem. Byłoby tlochę dziwnie, jasne, bo pszeciesz wiesz, jak na mnie działasz, ale pewnie bym cię po plostu unikał. Lozładowałbym flustlację gdzie indziej, na setki sposobów, jak zawsze. Na pewno nie chciałbym s tobą „lomansowaś”, to tesz było szczeniackie, to była głupia wymówka. - Parsknąłem krótko. Absurdalne było to, ile energii zużyliśmy na deprecjonowanie tego, co się działo, jakbyśmy oboje bali się powiedzieć na głos, że to nie jest banalne, to nie jest coś, co da się zamknąć w „zobaczymy”. A mogła mi wierzyć - gdyby mi nie zależało, nie byłoby żadnych głębszych interakcji, balansowania na granicy, stawiania relacji z jej bratem na ostrzu noża, żadnego zastanawiania się, czy właśnie nie niszczę czegoś ważnego - gdyby mi nie zależało, unikałbym jej, odbiłbym napięcie gdzie indziej, szybciej, prościej, bez konsekwencji, nie „romansowałbym”, nie komplikowałbym, zdecydowanie nie pakowałbym się w coś, co wymagało ode mnie myślenia czymkolwiek więcej niż instynktem, nawet jeśli przecież instynkt też tam był - oczywiście, że był - chciałem jej, chciałem jej bliskości, ciała, reakcji, chciałem jej intensywnie i bez wstydu, ale to nigdy nie było jedyne, co mnie prowadziło. Gdyby tak było, wszystko byłoby prostsze, krótsze, płytsze i… Zupełnie nie nasze, bo przecież z nami nigdy nie było prosto, prawda?
Najbardziej irytujące - i najbardziej prawdziwe - było to, że od samego początku zachowywałem się inaczej. Każdy, kto znał mnie naprawdę, pewnie zauważył to od razu - ten brak nonszalancji, to uważanie na słowa, cofanie się o krok tam, gdzie zwykle parłbym do przodu - tego tam nie było, nie miało być, nigdy, nie w naszym przypadku, tyle tylko, że to wciąż nie oznaczało łatwości w dzieleniu się przemyśleniami. Przynajmniej z mojej strony, co by być może miało sprawić, że te następne słowa brzmiały jak hipokryzja, ale jednocześnie zdecydowanie musiały paść.
- Słuchaj… - Przetarłem twarz dłonią, ciężko, aż poczułem szorstkość skóry, dopiero wtedy biorąc oddech, całkiem głęboki. - To jest jusz jasne, tak? - Spojrzałem na nią uważnie, patrzyłem na nią dłuższą chwilę, odrobinę za długo, jak na przerwę między słowami, jakbym próbował zapamiętać każdy szczegół, bo alkohol robił ze mną, co chciał, a ja nie ufałem własnej głowie. - Wiesz, sze mosesz mi powiedzieś wszystko? - Nie czekałem na odpowiedź, słowa poleciały dalej. - Pomysły. Plagnienia. Obawy. Plany, któle jeszcze nie mają kształtu. Myśli, któlych nolmalnie się nie mówi na głos. Kulwa, jesteśmy małszeństwem, ale… - Zawahałem się, szukając równowagi. Poruszyłem się na dywanie, niespokojnie, jakbym nie mógł znaleźć pozycji. - Naplawdę wszystko. Nawet te szeszy, któle bszmią głupio. Albo ilasjonalnie. Albo za cięszko. Te, któle nolmalnie filtlujesz, bo „nie wypada”, albo „to nie ten moment”. Nawet takie, po któlych ktoś inny by się spiął albo uciekł. - Machnąłem ręką w powietrzu, jakbym coś odganiał. - Nie jestem delikatny w ładny sposób, ale… - Wzruszyłem ramionami. - Zawsze masz mnie po swojej stlonie. - Głos mi się obniżył. - Zawsze. - Przesunąłem się odrobinę bliżej, chwiejnie, przestawiłem ciężar ciała, oparłem się mocniej plecami o kanapę, zwracając uwagę na to, że dłonie miałem zaparte tak mocno, aż zbielały mi knykcie, chociaż zupełnie nie pamiętałem, kiedy je tak ścisnąłem. - To jest w sumie jedyne, co mam do zaofelowania. Mam cholelnie duszą tolelancję na „za duszo”. Na chaos. Selio. Widziałem jusz spolo, pszeszyłem swoje, i jeśli coś mnie… No, wiesz, to nie twoje myśli, tylko to, sze mógłbym ich nie usłysześ. - Pokręciłem głową, długo, ciężko, jakbym próbował z niej coś wytrząsnąć, a potem tylko wypuściłem powietrze nosem. Tu był pies pogrzebany, po części - tak?
Każdy ruch ze strony Prudence rejestrowałem automatycznie, nawet kiedy nie patrzyłem bezpośrednio na nią - zmiana ciężaru ciała, przesunięcie dłoni, szelest materiału - mój organizm reagował szybciej niż myśl - spięciem, przyspieszonym oddechem, lekkim drżeniem w dłoniach, coś we mnie cały czas było gotowe na uderzenie, chociaż teoretycznie, słuchając jej słów, wiedziałem, że ono nie nadejdzie - to była jednak stara reakcja, głęboko zakorzeniona, nie mająca wiele wspólnego z teraźniejszością, czułem się rozdarty w bardzo fizyczny sposób, jakby jedna część mnie chciała się do niej przysunąć, oprzeć czoło o jej ramię, schować twarz gdzieś bezpiecznie i wreszcie przestać myśleć, druga część trzymała mnie w miejscu, sztywnego, czujnego, gotowego do wycofania się przy pierwszym sygnale zagrożenia - te dwie siły ciągnęły w przeciwnych kierunkach, a ja byłem pomiędzy nimi, nieruchomy.
- Masz pełne prawo mnie opierdoliś. Za wszystko. Za to, co zlobiłem, czego nie zlobiłem, co spieldoliłem, co pszemilczałem. Za to, sze nie byłem fail. Masz do tego plawo i ja nie chcę, szebyś udawała, sze go nie masz. - Pokręciłem głową, powoli, jakby każde „nie” miało osobną wagę, brzmiało to gorzej, niż chciałem - gorzko, zbyt ostro. Nienawidziłem tego stanu, tego zawieszenia, poczucia, że cokolwiek zrobię - zostanę albo się wycofam - i tak coś stracę. Najgorsze było to, że moje ciało pamiętało rzeczy, o których wolałbym zapomnieć.
- Bo ja pamiętam, kim byłem, wiesz, nie musisz mnie usplawiedliwiaś. - Rzuciłem w końcu, wbijając wzrok w jej dłoń, a potem kręcąc głową, znowu. Myśli wracały mi do tego samego punktu, uparcie, jakby nie było innych ścieżek - do pytania wibrującego mi w głowie, echa słów, które nie chciało się zamknąć, do przyszłości, która nagle przestała być abstrakcyjna - była zbyt konkretna, zbyt realna, zbyt blisko - do przeszłości, pamięci o tym, jak to jest być młodszym, pewniejszym, prostszym, jak to jest nie kalkulować każdego kroku, nie sprawdzać w myślach wszystkich możliwych scenariuszy. - Ja to wszystko doskonale pamiętam. I to mnie dobija balsiej nisz cokolwiek innego.
Czułem ciężar w brzuchu, znajome ssanie, to samo, które pojawiało się zawsze wtedy, gdy coś zaczynało być ważne, stawka rosła, kiedy nie było już mowy o wycofaniu się bez konsekwencji. Czułem wstyd - głęboki, cichy - za to, że nie potrafiłem po prostu przyjąć tego, co mi dawała, że zamiast wdzięczności pojawiała się u mnie kalkulacja, że miłość nie uspokajała mnie tak, jak powinna, tylko obnażała wszystkie słabe miejsca naraz.
- Nie zostałem wmanipulowany w podejmowanie chujowych decyzji. Jasne, nie były świadome, ale nie były tesz zupełnie impulsywne. - Przetarłem dłonie o spodnie, czując potrzebę, by powiedzieć to na głos. - Paladoks polega na tym, sze mimo to, mam wszystko, czego mógłbym chcieś. Więcej nisz mógłbym chcieś. Najlepszą kobietę, jaką mógłbym sobie wyoblaziś. Duszy dom. Stabilność. A ja siedzę i myślę o tym, sze to właśnie to wszystko mogę spiepszyś, bo nie umiem inaczej. Wystalczyło kilka słów i mam w głowie wszystko, czego nie chcę tam mieś. I nawet nie wiem, jak zacząś ci to tłumaczyś. - Pokręciłem głową, niemal niedostrzegalnie. - Ty mówisz „będę przy tobie”. - Kontynuowałem, mimo wszystko, głos miałem chropowaty. - A ja całe szycie słyszałem, sze to się kończy. - Nie powiedziałem tego cicho, powiedziałem to wprost, jakby wyciągnięcie tego słowa na światło miało je osłabić.
- To nie tak, sze ja zawsze miałem ten ploblem. Nie jestem gościem, któly s załoszenia nie chce niczego na selio. To nie tak. To nigdy nie było tak. I to jest w tym wszystkim najbalsiej pojebane. - Przełknąłem ślinę, zbyt wolno, język miałem suchy, lepki, mimo że chwilę wcześniej piłem - czułem smak nalewki z tyłu gardła, ciężki, słodkawy, nachalny. Przestawiłem się trochę na dywanie, bo noga mi zdrętwiała, ale zignorowałem to, praktycznie do ostatniej chwili. Kolano podskoczyło mi nerwowo, zanim zdążyłem to zatrzymać, przycisnąłem je więc dłonią, mocniej niż trzeba - ból był prosty, czytelny, pomagał na moment.
- Młodszy ja… Spszed tego całego gówna… Złapałby cię na lęce, pszeniósł przez plóg, wyszczeszył zęby i oznajmił „będziemy tu szczęśliwi”. Bez wahania. Chciałem byś ojcem, kiedyś, naplawdę, nawet jeśli s zewnątsz wyglądałem jak ostatni kandydat do tego, by się ustatkowaś. - Uniósł mi się kącik ust, ale to nie był uśmiech, bardziej tik. Zorientowałem się, że od dłuższej chwili zaciskam szczękę dopiero wtedy, gdy coś w niej strzyknęło, ostro, nieprzyjemnie, puściłem ją, ale napięcie nie zeszło, tylko zmieniło miejsce, spłynęło w kark, w ramiona, w dół kręgosłupa. - Ludzie widzieli mnie w szkole, na kolytaszach, na weekendy w wakacje, i myśleli, sze jestem nieodpowiedzialnym debilem. Byłem, bo mogłem być. To nie było całe moje szycie. - Zamknąłem oczy tylko na sekundę, ale zobaczyłem za dużo - dom pełen ciszy, dom pełen pretensji, dom pełen „a co by było, gdyby” - to znowu był ten moment, kiedy wszystko chciało wyjść naraz, a ja nie wiedziałem, od czego zacząć. - Gdyby ktoś kiedyś, lata temu obstawiał, kto s naszej paczki będzie „tym pielwszym”, to wszyscy postawiliby na mnie. Selio. Nawet ja bym na siebie postawił. - Spojrzałem na nią, ale zaledwie kątem oka - tak, jakby patrzenie bolało, jakbym się na siebie wkurwił za sam fakt, że w ogóle tu siedzę i mówię. Siedziałem tak, jakby ktoś mi kazał zostać dokładnie w tym miejscu, w tej pozycji, i zapomniał dodać, że wolno oddychać normalnie, ramiona zaczęły mi ciążyć, jakby ktoś zawiesił na nich dodatkowy ciężar, oparłem dłonie na kolanach, palce miałem lekko rozstawione, sztywne, jeden z nich drżał niemal niezauważalnie. Skupiłem się na tym drżeniu, jakby mogło mnie zakotwiczyć w chwili obecnej - tu i teraz, dywan, kanapa, jej oddech, mój własny, nierówny. - Nawet pszy tym gównie, któle miałem w domu, nie byłem upszedzony do idei losiny. Nie byłem jakimś… Kulwa, wyjałowionym emocjonalnie tlupem. To nie było „nigdy, chuj, koniec tematu”. Nie jestem typem „wolność ponad wszystko”, nie w tym sensie, ja swoją wolność wyblałem na długo pszed… Tym wszystkim. To nie tak, sze nie musiałbym zupełnie zmieniś swoich nawyków, nadal bym to zlobił, jasne, okoliczności by się zmieniły, ale… - Głowa sama opadła na chwilę niżej, spojrzenie utknęło gdzieś w podłodze, w szczelinach między deskami - to, co powiedziała, nie odbiło się ode mnie, wręcz przeciwnie, wbiło się głęboko, zostawiło po sobie ten nieprzyjemny ucisk pod żebrami, znajomy aż za bardzo. Przełknąłem ślinę, raz, drugi - bezskutecznie - było we mnie jednocześnie za dużo i za mało - za dużo lęku, za dużo przeszłości, przyszłości, za mało pewności, za mało wiary, że rzeczy mogą nie eksplodować, każdy scenariusz w mojej głowie kończył się pytaniem „a co, jeśli”, a żaden nie dawał odpowiedzi, która byłaby zupełnie czysta.
- Ja nigdy… - Zacząłem, ale urwałem, bo zdanie nie chciało się ułożyć w nic sensownego, więc wypuściłem powietrze przez nos, wolno, i zacząłem od nowa. - Ja nigdy nie myślałem o tym w tych kategoliach. - Powiedziałem w końcu, lekko kręcąc głową. - To znaczy… Nie tak, jak ty to telas mówisz. - Westchnąłem, długim, zmęczonym wydechem. - To było spektakularne poświęcenie s mojej stlony, wiesz, balsiej… „Tak się lobi”. - Stwierdziłem bez grymasu, bo to akurat była ta część prawdy, która wyglądała tak samo, niezależnie od sytuacji, przez większość nastoletniego życia czułem się tak, jakby ktoś wręczył mi checklistę i powiedział „odhaczaj”, bez miejsca na pytanie, czy ja w ogóle chcę wiedzieć, co jest na końcu tej listy - to była specyfika mojego świata, gotowe plany na życie, nie do końca zgodne z marzeniami.
Byłem młody, tu mieliśmy zgodność punktów widzenia, cholernie młody, nie w takim romantycznym sensie, tylko w tym najgorszym - takim, gdy wydaje ci się, że jak się postarasz, będziesz wystarczająco dorosły, to świat cię nie dojedzie. Wystarczy się dostosować, zrezygnować z paru rzeczy, przestawić myślenie, wziąć odpowiedzialność… I „jakoś to będzie”.
- Ja… - Zacząłem i urwałem. Zamilkłem znowu, nie dlatego, że nie miałem więcej do powiedzenia, tylko dlatego, że po raz pierwszy ktoś siedział obok i nie próbował tego uprościć, nie próbował mnie poprawić, nie mówił, że „tak musiało być”, bo to nie było tak, że dziecko „się nie wydarzyło”, to było tak, że przez chwilę było całym planem, całą przyszłością, którą próbowałem sobie poukładać, wbrew sobie, wbrew temu, kim byłem, i - owszem - pierdolnęło mnie to wtedy. Bałem się, byłem wściekły, zdezorientowany, ale gdzieś pod tym wszystkim zacząłem się do tej myśli przyzwyczajać - do tego, że będę ojcem, zrobię coś inaczej niż mój własny, może to mnie naprawi, albo chociaż nada sens temu, co i tak się już rozsypywało - to było to „a potem”, którego nigdy nie potrafiłem powiedzieć jednym zdaniem.
Odchrząknąłem. Nie wracałem do tego często, właściwie prawie wcale, to nie było coś, co dało się opowiadać bezpiecznie, bez ryzyka, że nagle zabraknie słów albo powietrza. Przez lata nauczyłem się myśleć o tym jak o fakcie, nie jak o czymś, co miało ciężar - decyzja, potem brak decyzji, ciąg zdarzeń.
- Ja naplawdę się na to nastawiłem. - To zdanie kosztowało mnie więcej, niż chciałem przyznać. - Nie od lasu. - Dodałem szybko, jakbym musiał to doprecyzować, usprawiedliwić samego siebie, ale nie w tym pozytywnym sensie, bo nie byłem ani męczennikiem, ani bohaterem. Na początku to był szok. Taki… Pusty, ale potem… Potem zacząłem się w tym widzieć. Przełknąłem ślinę. - Myślałem, sze mose… Da się s tego zlobiś coś sensownego. Cokolwiek zlobię, będę lepszy nisz mój staly, to mnie ustawi. - Parsknąłem krótko. - Głupie, wiem. - Poruszyłem dłonią, jakbym chciał coś zetrzeć z kolana. To było myślenie życzeniowe durnego dzieciaka, ale przez chwilę to naprawdę wyglądało, jakby mogło zadziałać.
- Ale… - Krzywy uśmiech przemknął mi po twarzy - jakby całe moje życie było jednym długim „ale”, westchnąłem cicho i opuściłem wzrok na chwilę, jakbym musiał zebrać myśli, chociaż one i tak były w rozsypce. Oparłem się mocniej, przymknąłem na chwilę oczy, jakbym próbował cofnąć się do tych momentów, które wtedy wydawały się tylko dziwne, a z perspektywy czasu wyglądały jak oczywiste znaki. Po tylu latach człowiek się spodziewa, że uczucia będą toporne, ostrożne, z hamulcem ręcznym.
Pokręciłem głową, raz, drugi, bardziej odruchowo niż z czymkolwiek, co dałoby się nazwać decyzją, a potem wyplułem to jednym tchem.
- Boję się, Pluey, boję się, ja się boję, sze jeśli telas coś źle postawimy, to wszystko się lozsypie. Boję się, sze jeśli splóbujemy ułoszyś sobie szycie na komplomisach, któle „powinny działaś”, a potem się okasze, sze jednak nie, to cię stlacę. A ja nie chcę cię stlaciś. - Otarłem twarz dłońmi. - I jednocześnie boję się, sze kiedyś spojszysz na mnie i pomyślisz „mogłam. Mogłam mieś wszystko. A telas jest za późno.” I będziesz mnie za to nienawidziś. - Urwałem, jakby sam dźwięk tych słów mnie irytował, zamilkłem na chwilę, jakby to, co chciałem powiedzieć dalej, było zbyt ciężkie, a przecież poprzednie słowa też wcale nie należały do najlżejszych.
- Mose to tchószostwo, mose to egoizm, mose jedno i dlugie, ale to jest plawda. - Zrobiłem gest ręką, jakbym chciał objąć wszystko dookoła. Znowu spojrzałem na nią - tym razem dłużej, może nawet odrobinę zbyt długo - jakbym próbował zapamiętać każdy szczegół jej twarzy na wypadek, gdyby to był moment, w którym coś się nieodwracalnie zmienia.
- Ja nie boję się wieszyś w to, co mówisz. - Powiedziałem twardo. - Boję się tego, sze cię skszywdzę, albo sze pozwolę, szebyś sama się skszywdziła, bo będziesz chciała byś dzielna. Bo będziesz chciała „byś opalciem”. - Uniosłem brew, gorzko. - Nienawidzę tej myśli. - Opuściłem wzrok na swoje dłonie, drżały lekko, zauważyłem to i jeszcze bardziej się w sobie spiąłem. - Ja… Nie chcę, szebyś płaciła za moje decyzje spszed lat. Ani telas. Ani później. Ja… Nie chcę byś powodem, dla któlego za piętnaście lat będziesz siedziała sama w kuchni i zastanawiała się, jakby to było, gdybyś wtedy powiedziała coś inaczej. Nie chcę obudziś się któlegoś dnia i zobaczyś, sze cię w tym domu jusz nie ma. - Zamilkłem na chwilę, wpatrując się w ręcznie napisaną etykietę butelki, to zdanie wyszło ze mnie samo, jakby było gotowe od dawna i tylko czekało, aż przestanę się przed nim bronić. Oparłem łokieć o kolano, schowałem twarz w dłoni na sekundę, może dwie - czułem pod palcami zarost, napiętą szczękę, wszystko to, co zwykle trzymałem pod kontrolą. - Ja nie mam klyształowej kuli, Pluey. Nie chcę byś tym gościem, któly mówi „zobaczymy”, bo jak coś pójdzie nie tak, to ja s tym będę musiał szyś. A ty lasem ze mną. - Przejechałem dłonią po twarzy, po ustach, jakbym chciał zetrzeć z nich gorzko-słony smak wszystkiego, co właśnie powiedziałem, ale czy się dało?
N i e.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)