19.01.2026, 12:13 ✶
Krzyki. To właśnie był powód, dla którego nie chciał sprawdzać, kto mieszka "przez płot". Miał pewne rozeznanie oczywiście w demografii magicznej społeczności Little Hangleton, ale wolał myśleć o swoim terenie, jako o przestrzeni wyzbytej z ludzi, których nie chciał tam widzieć, czyli w lwiej większości były to osoby po prostu zaproszone.
Rosjanie
co dobrego mogło z tego wyniknąć?
Anthony westchnął ciężko i ostentacyjnie nie przewrócił oczami, choć Moprheus mógł czuć niciami anam cara, że Shafiq i tak to zrobił. Strata czasu? Bynajmniej, fakt, że jego przyjaciel robił coś co nie wiązało się z autodestrukcją, napawał optymizmem. Każda chwila razem po Spalonej Nocy była dla Shafiqa drogocenna, o czym przypominały mu sny, gdy dawka eliksiru nasennego była zbyt uboga. Sny w których Morpheus porażony crucio drży w jego ramionach. Sny... Wspomnienia.
Życzliwy uśmiech był maską zakładaną od szóstego roku życia, gdy jeden z jego ulubionych guwernerów nauczył go jak kontrolować mimikę i nie drażnić oka innych sztucznością.
– Anthony J. Shafiq, jestem państwa starym sąsiadem, ale chyba nie mieliśmy... – uścisnął dłoń Aristova i w głowie dzwoniło mu, że gdzieś już widział tę twarz, gdzieś słyszał nazwisko, ostatecznie w Londynie nie było aż tak wielu Rosjan, chociaż pierwsze skojarzenie zdało mu się nieco płytkie. A potem umilkł, gdy zobaczył śliczną twarz Yeleny. Tu nie miał wątpliwości z kim ma do czynienia. Jako obieżyświat i esteta, który będąc byłym ambasadorem i obecnym właścicielem prowansalskiej winiarni zbyt często bywał na paryskich salonach, nie mógł jej nie znać. – Na bogów, czyż to nie Yelena Karkaroff! Miałem szansę podziwiać panią w Święcie Wiosny, to było... oszałamiające widowisko. Tak żałuję, że terminy nie dopisały i ominął mnie Ognisty Ptak... Pani była tak olśniewająca! – Jak to się stało, że nie wiedział, że mieszkają ze sobą po sąsiedzku? Jego uśmiech był o wiele szerszy i zdecydowanie bardziej szczery, na moment też zapomniał o niedawnych krzykach, które przecież były bezpośrednim powodem jego w tych progach nieobecności. – To był... 69? 70? – jako muzyczny amator, osoba lubująca się w podziwianiu ludzkiego ciała, zatopił się na moment we wspomnieniu tego doświadczenia, ale przypadkowe szturchnięcie przypomniało mu, że przecież sam nie przyszedł z pustymi rękoma.
– Ja z chęcią napije się herbaty. Przyniosłem z resztą ze sobą kenijską ciekawostkę o głębokim aromacie słodu ze szczyptą goryczy. – Zawiniątko w eleganckiej plecionej torbie szeleściło ususzonymi liśćmi zachęcająco, trafiło w dłonie pani domu, a początkowe wątpliwości co do jakiegokolwiek sensu tej wizyty poszły w niepamięć. Przynajmniej na razie.
Rosjanie
co dobrego mogło z tego wyniknąć?
Anthony westchnął ciężko i ostentacyjnie nie przewrócił oczami, choć Moprheus mógł czuć niciami anam cara, że Shafiq i tak to zrobił. Strata czasu? Bynajmniej, fakt, że jego przyjaciel robił coś co nie wiązało się z autodestrukcją, napawał optymizmem. Każda chwila razem po Spalonej Nocy była dla Shafiqa drogocenna, o czym przypominały mu sny, gdy dawka eliksiru nasennego była zbyt uboga. Sny w których Morpheus porażony crucio drży w jego ramionach. Sny... Wspomnienia.
Życzliwy uśmiech był maską zakładaną od szóstego roku życia, gdy jeden z jego ulubionych guwernerów nauczył go jak kontrolować mimikę i nie drażnić oka innych sztucznością.
– Anthony J. Shafiq, jestem państwa starym sąsiadem, ale chyba nie mieliśmy... – uścisnął dłoń Aristova i w głowie dzwoniło mu, że gdzieś już widział tę twarz, gdzieś słyszał nazwisko, ostatecznie w Londynie nie było aż tak wielu Rosjan, chociaż pierwsze skojarzenie zdało mu się nieco płytkie. A potem umilkł, gdy zobaczył śliczną twarz Yeleny. Tu nie miał wątpliwości z kim ma do czynienia. Jako obieżyświat i esteta, który będąc byłym ambasadorem i obecnym właścicielem prowansalskiej winiarni zbyt często bywał na paryskich salonach, nie mógł jej nie znać. – Na bogów, czyż to nie Yelena Karkaroff! Miałem szansę podziwiać panią w Święcie Wiosny, to było... oszałamiające widowisko. Tak żałuję, że terminy nie dopisały i ominął mnie Ognisty Ptak... Pani była tak olśniewająca! – Jak to się stało, że nie wiedział, że mieszkają ze sobą po sąsiedzku? Jego uśmiech był o wiele szerszy i zdecydowanie bardziej szczery, na moment też zapomniał o niedawnych krzykach, które przecież były bezpośrednim powodem jego w tych progach nieobecności. – To był... 69? 70? – jako muzyczny amator, osoba lubująca się w podziwianiu ludzkiego ciała, zatopił się na moment we wspomnieniu tego doświadczenia, ale przypadkowe szturchnięcie przypomniało mu, że przecież sam nie przyszedł z pustymi rękoma.
– Ja z chęcią napije się herbaty. Przyniosłem z resztą ze sobą kenijską ciekawostkę o głębokim aromacie słodu ze szczyptą goryczy. – Zawiniątko w eleganckiej plecionej torbie szeleściło ususzonymi liśćmi zachęcająco, trafiło w dłonie pani domu, a początkowe wątpliwości co do jakiegokolwiek sensu tej wizyty poszły w niepamięć. Przynajmniej na razie.