– Może oba na raz, najlepiej w tym samym momencie – stwierdziła z pewną dozą ironii i może co prawda nie podejrzewała, że ludzie chcą zobaczyć, jak wyżera komuś mózg, to jednak miała wrażenie, że przynajmniej część chciała potwierdzenia, że przejawia iście trupie zachowania: głód krwi albo mięsa, nieoddychanie i tak dalej. Nic z tego jednak nigdy się nie stało, nie miała większej ochoty na krwiste steki, nie stała się agresywna, nie uległ zmianie jej charakter, jedynie bardzo brakowało jej ciepła. – Nadal zwracają na mnie uwagę, ale przynajmniej w pracy już przywykli i nie słyszę na każdym kroku, że to ta zimna jak trup – na ulicy czasami ktoś się odwrócił, czasami coś słyszała, ale dużo rzadziej niż w maju czy czerwcu, a nawet w lipcu. Zimni jednak nie okazali się krwiożerczymi bestiami z opóźnionym zapłonem, to i ludzie przestali się tym aż tak mocno ekscytować, a przynajmniej tak z grubsza.
– I niezdecydowani – dodała do tego, bo sama miała o mugolakach zdanie jakie miała, a ono nie wzięło się z powietrza i choć niektórzy powiedzieliby, ze wyssała je wraz z mlekiem matki, to prawda była taka, że pewne rzeczy tylko się potwierdziły, gdy pracowała w Czarodziejskim Pogotowiu Ratunkowym. – Kilka osób aresztowano, ja nie byłam przy żadnej takiej sytuacji, a zamieszanie na ulicach było takie, że wiesz… Mugolacy to był najmniejszy problem – na przykład z Aidanem wyciągali z płonącego, zawalającego się budynku mężczyznę, który tam utknął. W tamtej chwili to było ważniejsze, niż zamieszki na ulicach, które i tak w ogólnej panice szybko się rozmywały i kończyły, i chyba nie były problemem globalnym.
– Tak, Ministerstwo tak, ale choćby szpital? Teatr? No i dużo innych miejsc… – to były spore budynki i teoretycznie powinny mieć większą szansę na to, by złapać ogień i spłonąć, prawda? A jednak… A jednak stały niemal nietknięte. Można było to zwalić na to, że było tam więcej czarodziejów, którzy mogliby z tym ogniem walczyć i go zgasić, a jednak nie tłumaczyło innych rzeczy: braku smrodu, dymu i pyłu, który krążył po budynku, dziwnych run i innych.
Wzrost wzrostem, ale podłoże nie będące parkietem, a żwirowaną ścieżką nie było najlepszym do tańca, Victoria nie miała więc nic przeciwko, że tutaj nie narzucili jakiegoś mocniejszego tempa tańca (do czego totalnie była zdolna, a Atreus jej świadkiem), zresztą w ten sposób łatwiej się rozmawiało.
– Nie. Chodzi o to, że ponoć wzięli ślub w jakimś cygańskim obrządku, o którym nikt nie wiedział. Rodzina się wściekła, jak się dowiedzieli po ślubie u Blacków i nie uznała tego… cokolwiek to było, bo nie ma na to nawet żadnych papierów – zresztą jak to tak, co to za jakieś nieformalne zawieranie „małżeństw” czy czego w zasadzie. – No i jeszcze było wyciąganie brudów na mojego kuzyna Williama i jego żonę w gazecie… gdzie dali zdjęcie tego samego Mulcibera i Eden i podpisali, że to William – Victoria westchnęła i pokręciła głową. Na tym etapie chyba nikt już nie pamiętał (albo było to mniej ważne) o pojedynku o honor Loretty, na którym się pojawiła i potem wynikła z tego jakaś bójka. – Takie tam ploteczki – dodała i uśmiechnęła się lekko, ale chyba te ploteczki dobrze tłumaczyły niechęć.